Jerzy Łukaszewski: Wiara czyni cuda

napoleon2013-09-10.

Kiedy niedawno dziwiłem się, że można całym masom ludzi wmówić, że białe jest czarne, rozmówcy z SO dowodzili, że nie tylko takie rzeczy. Jak się tak dobrze zastanowić, to jest to prawda i zawsze tak było. Umiejętność wciskania ludziom kitu od dawna jest umiejętnością bardzo cenioną i przydatną, ponieważ cele, jakie stawiali przed sobą ludzie w historii nie zawsze były do osiągnięcia za pomocą prawdy, choćby same w sobie zawierały myśl pozytywną.

Historyk z takimi sytuacjami ma do czynienia nader często i od jego umiejętności (ale także uczciwości) zależy, jak badany przez niego problem zostanie opisany. Są w tym celu zalecane sprawdzone procedury badań, fachowo noszące nazwę „analizy krytycznej źródeł”.

Nie chcąc zanudzać czytelnika szczegółami powiem tylko, że historyk na ogół ma narzędzia, by stwierdzić, czy np. jakiś dokument zawiera prawdę, czy też nie. Prawdę niezależną od jego własnych chęci i poglądów.

Myliłby się ktoś, kto sądziłby, że znajdując np. jakiś stary dokument wyczyta z niego jakąś „prawdę o przeszłości”. Przed jego dokładnym zbadaniem lepiej powstrzymać tego rodzaju nadzieje.

Od zawsze powtarzam informację, że jedną z pierwszych komórek organizacyjnych Zakonu Krzyżackiego, jeszcze w Akkonie, była … pracownia fałszowania dokumentów. I pomimo, iż i papier i inkaust zgodny będzie z datą figurującą na dokumencie, historyk musi umieć zdemaskować takie fałszerstwo.

Mam w swoich zbiorach ulotkę z czasów nieco bliższych, bo kampanii napoleońskiej, która jest doskonałym przykładem tego, o czym mowa powyżej.

Tłumaczenie:

Oficjalny komunikat

Kara niebios, która dotknęła niewdzięcznych, niesprawiedliwych, wiarołomnych, starła armię austriacką na proch.  Ponad dwudziestu generałów zostało zabitych lub rannych; jeden arcyksiążę został zabity i wielu jest rannych. 30 tysięcy jeńców wojennych, chorągwie, armaty, magazyny i tabory są plonem zwycięstwa. Tylko małe szczątki armii, która sprowokowała  armię francuską do walki, przejdą z powrotem przez Inn. Tak jak koło Jeny, tak i tutaj, los wojny był szczególnie niekorzystny dla tych, którzy ją spowodowali. Książę Luchtenstein, jeden z najbardziej szalejących został śmiertelnie raniony. Cesarz otoczony przez 40 tys. żołnierzy Przymierza Reńskiego, robi taktyczny zwrot. Przemówienie Jego Cesarskiej Mości do sojuszników spowodowało ożywienie ich entuzjazmu.

Rohr, między Landshut i Regensburgiem

dnia 21 kwietnia 1809 r.

Niezwykle cenne informacje, podane  „z pierwszej ręki”, druk niewątpliwie z epoki, tylko się cieszyć, że coś takiego znaleźliśmy, prawda?

Nie tak szybko. Historyk ma obowiązek zachować się, jak prokurator, jak centrala wywiadu, która musi mieć potwierdzenie informacji z kilku źródeł.

Skoro musi, to jej szuka. I co znajduje?

Pierwszą dziwną informacją jest ta, że ulotka wydana w dużym nakładzie, była do 1945 r.  m.in. w zbiorach  Volkerschlacht Museum skatalogowana tam, jako …”biuletyn armii francuskiej”.  Przypomnijmy: w nagłówku mamy „armię niemiecką” (reńską)

A potem to już same rewelacje.

Po zbadaniu innych zawartych w niej „faktów” otrzymujemy nieco inny obraz sprawy.

Komunikat jest datowany i to właśnie data jest w nim najdziwniejsza. Drukowany w Kassel w Hesji, czyli ok. 300 km od Regensburga, który widnieje jako miejsce wydania. Takiej odległości nie pokonają w jeden dzień nawet rozstawne konie. Z wielu innych źródeł wiemy, że bitwa trwała od 20 do 22 kwietnia. Sugerowałoby to, że komunikat drukowano przynajmniej na jeden dzień … przed bitwą!

A poza tym?

Armia austriacka nie została doszczętnie rozbita nawet po bitwie pod Eckműhl, żaden arcyksiążę nie stracił życia, a Lichtenstein nie został śmiertelnie raniony, był niedługo potem adiutantem cesarza i negocjatorem pod Znaim.

Jedno kłamstwo po drugim. Po co ją więc wydano?

Nie tak trudno odpowiedzieć na to pytanie. W tym czasie w Hesji (elektorskiej) dawniej wchodzącej w skład Prus, a po 1806 r. Westfalii trwała walka z partyzantką antynapoleońską i mniej więcej w czasie podanym na ulotce weszła w fazę decydującą. Partyzanci liczyli, że pomyślny wynik bitwy cesarza z Napoleonem pozwoli temu pierwszemu na udzielenie im zbrojnej pomocy. Nadzieja, jak wiadomo, może w takich momentach umocnić morale wojska, co przekłada się na jego wartość bojową.

Ulotka miała im tę nadzieję odebrać.

Obliczona była na stosunkowo krótki czas oddziaływania. Prędzej czy później do Hesji musiały dotrzeć prawdziwe wieści o wyniku zmagań, ale widać dowództwu francuskiemu potrzebny był nawet krótki czas, bo mógł on zadecydować o „rozwiązaniu” problemu.

Przykład innej plotki – ulotki pokazuje nam, jak wielką siłę oddziaływania  może mieć tego rodzaju propaganda.

Po bitwie pod Aspern, która  z punktu widzenia wojskowego niczego nie zmieniła w obrazie wojny, ani w układzie sił, Europę obiegła wieść o schwytaniu Napoleona, dwór wiedeński wydawał rozporządzenia, szykowano się na tryumfalny powrót do Wiednia itd. Napoleon wydając fałszywkę o własnej klęsce sprowokował dowództwo austriackie do kilku nieprzemyślanych ruchów, co zapewniło Francuzom przewagę taktyczną w dalszym czasie.

Takich przykładów jest wiele. Oczywiście te z XIX wieku i młodsze są łatwiejsze do zdemaskowania, bo i źródeł informacji mamy więcej, niż np. w stosunku do epok odleglejszych w czasie.

Ale i nawet bardzo stare rzeczy dają się rzetelnie zbadać. Jeśli, oczywiście, chce się to zrobić.

Piszę o tym dlatego, że żyjemy w dziwnej epoce, w której z jednej strony osoby nie dość, że politycznie zaangażowane, to na dodatek z niedostatkiem warsztatu biorą się za „odkrywanie prawdy” o przeszłości. Co jakiś czas arenę medialnego cyrku obiegają dzikim galopem wieści strojne w pawie pióra autorskiej pychy, podkute cynizmem, mające na celu zaszokować nas rewelacjami na temat jakiejś postaci znaczącej we współczesnym świecie.

Nie jestem dziennikarzem, więc nie wiem na ile redakcje przykładają wagę do rzetelności źródeł i ich weryfikacji, ale z tego co się czasem do ogółu przebija słyszę, ogranicza się rzecz jedynie do zbadania, czy redakcja może spodziewać się pociągnięcia jej do odpowiedzialności prawnej, czy nie. Istota sprawy pozostaje jakby z boku.

Ponieważ wiele z nich chcąc obniżyć koszty nie zatrudnia nawet korektorów, nie przypuszczam, by zatrudniły nagle specjalistów od weryfikacji informacji.

A zresztą po co? Pomyślcie – ileż to pasjonujących tematów wylądowałoby w koszu? Ileż to powodów stracilibyśmy, by nienawidzić tej czy innej osoby, na którą właśnie „znaleziono papiery”!

To byłoby nieludzkie. Tak nie można.

Jerzy Łukaszewski

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. bisnetus 2013-09-10
  2. de mowski 2013-09-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com