jestem panu bardzo wdzięczny, jako jedynemu dotąd czytelnikowi, zabierającemu głos w głównym temacie mego tekstu „zatrute drzewo z diabłem na gałęzi”. nie ma większego znaczenia, że jest pan moim oponentem, bo nigdy nie pretendowałem do nieomylności. każdy kto zabiera głos na forum publicznym musi z góry wkalkulować możliwość pomyłki w koszta operacji. inni komentatorzy, nawet gdy chwalili, przyprawiali mnie o zły nastrój, bo zdawali się być głusi na podstawowy temat artykułu – jak daleko może się posunąć dziennikarz w celu zdobycia materiału do publikacji. czy zatem wolno mu udawać kogoś innego niż jest, a jeżeli tak, to czym różni się od niezmordowanego tropiciela korupcji „agenta tomka” i innych funkcjonariuszy „pod przykryciem”. z lektury pańskiego komentarza wynika, że jest pan bardziej przeciwnikiem metod rycerzy IV RP, niż ich zwolennikiem. usprawiedliwia pan wysłanniczkę „GW” powołując się na to, że nie nagrywała potajemnie i nie prowokowała swych rozmówczyń do ujawniania żadnych tajemnic.
nie musiała tego robić bo fakty, które relacjonowała są ogólnie znane i były opisywane dziesiątki. wystarczy wspomnieć choćby publikacje na temat warunków pracy w „biedronce” i innych marketach.
dlaczego zatem redaktorzy GW uznali za stosowne wysłać dziewczynę do pakowania krówek?
są dwie szkoły interpretacji takiego zachowania: grójecka i biłgorajska. według zasad szkoły grójeckiej nic nie uwiarygodnia lepiej dziennikarskiej relacji, niż to, że autor zna problem z autopsji. „GW” nie jest tabloidem, ale prawa rynku są bezlitosne i mały wzrost nakładu osiągnięty nawet w sposób, który dotąd był monopolem rewolwerówek nie aż tak zeszmaca poważne tytuły jak drzewiej sądzono. trzeba tylko zrobić pierwszy krok. a potem publiczność się przyzwyczai, bo jak śpiewał wojtek młynarski: „chleba jest dość, lecz wzrasta popyt na igrzyska”. a co dalej? nie jest to trudne do przewidzenia bo apetyt na circenses rośnie wraz z podażą i ani się obejrzymy jak wszyscy znajdziemy się w colosseum – jedni jako gladiatorzy, inni w charakterze żądnych krwi widzów. gazety ulegają tej żądzy, bo presja sprzedawalności jest bardzo silna.
według szkoły biłgorajskiej inicjatywa winna wychodzić od wykonawcy, a przełożeni tylko ją akceptują.
moja koleżanka z roku dostała pracę w gazecie, ukazującej się w szczecinie. już na samym początku chciała zabłysnąć przebojowym reportażem. ubrała się więc, wymalowała i uczesała tak, by upodobnić się do bywalczyń słynnego naonczas lokalu „bajka”. już na samym wstępie zwróciła uwagę na wysoką dziewczynę. siedziała na barowym stołku, paliła papierosa i powoli sączyła jakąś tamtejszą „łzę komsomołki”.
świeżo upieczona reporterka zagadnęła ją na temat warunków pracy. dziewczyna uśmiechnęła się z politowaniem.
– pani redaktor, po co się pani tak wysila. ja tutaj też służbowo. jestem z obyczajówki i mam czuwać, żeby dziewczynki nie zrobiły pani kuku…
appendix:
w filmie billy wildera „świadek oskarżenia” marlena dietrich, grająca niemieckiego szpiega pyta charlesa laughtona, który oskarża ją w procesie czy w anglii nikt nie zostaje niewinnie skazany. staramy się, by nie było to regułą. obawiam się, że w polskich mediach to, co nie powinno stać się reguła już od dawna nią jest…
zaprzyjaźniona pani z krakowa napisała mi:
to, że środowisko dziennikarskie w polsce i pewnie gdzie indziej tez jest pod taką presją sprzedawalności prasy , że zniża się do zagrań nieetycznych , jest niestety prawdą. boli mnie darmowe oskarżanie, szkalowanie, przesadzanie, nakręcanie i prowokowanie. obniżenie jakości języka pisanego, ewidentne błędy językowe; gramatyczne i składniowe – o ortograficznych nie wspomnę, bo też bywają.
wszędzie należy zachować umiar, elegancję słowa( nawet klnąc siarczyście), i szacunek dla rozmówcy. nagrywanie bez zgody jest nieetyczne, to jasne. ale czasami przekraczanie tej granicy pozwoliło na objawienie niejednego szalbierstwa. jak przekraczać, gdzie przekraczać – to chyba też zależy od klasy i zdrowej oceny przekraczającego.
dla mnie nic nie jest białe albo czarne, czasami nieetyczne może być moralnie dopuszczalne. c’est la vie.
czytałam cię z calym zrozumieniem, no bo tak powinno być jak piszesz, gdyby byli inaczej…
b*** miła, ja też czytałem to co piszesz z całym zrozumieniem i sympatią, ale jako człowiek z branży medialnej mam więcej obaw. boję się, że presja okaże się zbyt silna, by się jej oprzeć
nathan gurfinkiel



Cholera, nie mogę… Drogi Natanie, uwielbiam z Tobą polemizować, polemika z tobą to rozkosz, to łagodne łechtanie zwojów mózgowych, to upojne wyciskanie dopaminy.
Łapałem się pisać już przy „Zatrutym Drzewie”, ale pomyślałem: wyjdziesz na czepialskiego, nie monopolizuj wpisów, siedź cicho i daj się innym Czytelnikom wypisać…
Teraz, jak tylko się da powściągliwie: „nie czas żałować róż, kiedy”…
Bardzo bym nie chciał, by w ogniu tej dyskusji nie poległy Głuchołazy, nie poległa ludzka krzywda, nie poległa obrzydliwa niemoc państwa, które sobie z takimi (nagminnymi niestety) problemami poradzić nie potrafi.
Jak inaczej można było napisać taki reportaż? I Autorka i redaktorzy GW postąpili bez zarzutu, zdeptali, może, przywiędłą mocno różę, o której piszesz, ale – na Jowisza! – wszak starali się uratować las!
Starzeję się jakoś zatrważająco szybko i liczę na to, że kojfnę nim zmienię się z liberała w bolszewika. Ale liberalizm, kapitalizm w ogóle, ma sens tylko, jeśli państwo prawa jest świetnie na oliwione i na wieść o praktykach w Głuchołazach aż przystaje z oburzenia, a potem podnosi do ciosu swoją karzącą rękę… Aby nikomu nie przyszło do głowy robić czegoś podobnego… Jeśli państwo sobie z tym nie radzi, to pal licho liberalizm! Więc, OK, urońmy łezkę nad zdeptaną różą, między nami, starcami, ale skupmy się na tym lesie, nim się porządni ludzie poprzemieniają w żądnych obalenia takiego państwa bolszewików.
PS. z tym „deko” to jesteś pewien? Sprawdziłeś u Markiewicza? On wszak nobilitował prawie wszystkie ćwierć – i półinteligenckie błędy, a przy formie poprawnej dopisał „arch.”… Nam też kiedyś to zaaplikują, to „arch.”, od „archaizm”, tylko kwestia, czy doustnie, czy wręcz przeciwnie…
jacku, też mnie nie zrozum fałszywie. wszystko o czym piszesz dostrzegam.niekiedy nawet aż zanadto i to mnie właśnie wkurwia.
to nie jest tak, że państwo nie daje sobie rady z setkami takich głuchołazów. ono nie chce sobie dać rady, bo kapitalizm, w któryśmy się wtransformowali wywodzi się z latynoamerykańskich dyktatur a nie europejskich demokracji. wstrȩt do komunistycznej opresji był tak silny, że na każdym, ktp zająknął się bodaj o jakieś formie interwencji pańswta na rynku pracy dokonywano publicznej egzekucji, klasyfikując go jako komunistę. nic zatem dziwnego, że nie mamy normalnie działającej lewicy, bez której demokracja kuleje. SLD – jedyna wzgłędnie silna „sinistra” bardziej aniżeli partią jest związkiem zawodowym b. akcjonariuszy firmy PRL. taki związek dba tylko o swoich, a inne związki zawodowe istnieją tylko w postaci fantomów.
nic dziwnego, że nie mamy ustawodawstwa socjalnego, płacy minimalnej, ukladów zbiorowych, powszechnego ubezpieczeniasystemu emerytalnego, w którym nawet najniższe świadczenia orzekraczałyby próg ubóstwa – tak jak to się dzieje w dawnych państwach UE.
nie wszystko to wynika z niskiego PKB, bo sytuacja taka może również trwać w warunkach gopspodarczej prosperity. kiedy szwankuje świadomość obywatelska…
wracając wszakże do naszych baranów – bez presji opiniii publicznej nie ma szans na zmian;e sytuacji, kto ma jednak kształtować tę opinię, kiedy granica między poważną prasą, a bulwarowymi szmatławcami coraz bardziej się zaciera…
niech każdy robi tyle, ile może, ale nie akceptujmy takiej sytuacji, a już w każdym razie nie usprawiedliwiajmy naszej niemocy tym, że i tak nic nie można zrobić…