Przygotowując się ostatnio do jednego z wykładów dla „moich” seniorów musiałem posłużyć się przykładami zawartymi w znanej wszystkim książce J. G. Frazera „Złota gałąź”, ponieważ rzecz dotyczyła sfery duchowej społeczeństw starożytnych, co akurat mieliśmy na tapecie.
Przy okazji przypomniałem sobie niektóre jej ustępy, które wprawdzie nie dotyczyły naszych tematów, ale wyglądają, jak pisane tu, dziś, i to pod naszym adresem.
Cytaty:
„ … władza najwyższa wpada zwykle w ręce ludzi obdarzonych największą inteligencją, ale pozbawionych jakichkolwiek skrupułów”
„ Jest bowiem rzeczą wielce prawdopodobną, że więcej szkody wyrządzili światu uczciwi głupcy na wysokich stanowiskach, aniżeli inteligentne kanalie.”
„Wielu ludzi, którzy władzę zdobyli w sposób jak najmniej rzetelny, bez względu na to, czy władza, której pragnęli polegała na majątku, stanowisku politycznym czy też czymkolwiek innym, po osiągnięciu swego celu potrafili ją wykorzystać w sposób jak najbardziej pożyteczny. W polityce zdarza się, że chytry intrygant czy okrutny, bezwzględny zwycięzca kończy jako mądry i szlachetny władca błogosławiony za życia, opłakiwany po śmierci, podziwiany i chwalony przez potomność. Najbardziej jaskrawymi przykładami są tu Juliusz Cezar i August.”
„Ale głupiec zawsze głupcem pozostanie i im większą władzę posiądzie, tym bardziej katastrofalną może się ona okazać w jego rękach. Gdyby Jerzy III nie był uczciwym durniem, mogłoby nie dojść do największej katastrofy w historii Anglii – do zerwania z Ameryką”.
Powyższe cytaty znalazły się w tym fragmencie książki, w którym mowa jest o … czarownikach plemiennych, co w naszym dzisiejszym odbiorze dodaje im szczególnego smaczku.
Można oczywiście spierać się, czy Frazer nie był zbyt naiwny w swoich sądach. Wychodził bowiem z założenia, że gdy inteligentna kanalia osiągnie swój cel np. materialny, nie będzie podążała dalej w tym kierunku, lecz zajmie się sprawami publicznymi i szczęśliwością powszechną. Niestety, nie oznaczył, bo nie mógł, granicy owych dążeń.
Patrząc na współczesnych nam czarowników, którzy „za nasze piniendze” prowadzą w mniemaniu dużej części społeczeństwa „hulaszczy tryb życia” (że posłużę się jednym z ładniejszych charakterystycznych pojęć minionej epoki) można dojść do wniosku, że są jeszcze bardzo daleko od tej granicy, bowiem ich zainteresowanie sprawami mojej szczęśliwości jest znikome, a przynajmniej tak to odczuwam.
No i co teraz? Iść za radą Frazera i pozwolić im „nachapać się”, która to myśl napawa zgrozą lud nadwiślański, czy też iść za „głosem ogółu” (cokolwiek to jest) i „puścić w skarpetkach”?
Nieomalże to be or not to be.
Puszczenie czarowników w skarpetkach wprawdzie nie poprawi znacząco mojej sytuacji, ale czasem mam wrażenie, że odczuwana z tego powodu satysfakcja stawiana jest wyżej od realnej poprawy sytuacji usatysfakcjonowanego, a jeśli tak, to wypadałoby traktować ją w kategoriach jak najbardziej prawdziwych zysków. Potwierdza to poklask będący udziałem polityków, którzy uszyli sobie sztandary z błyszczącej lycry rozliczeń i różnych słów na „de”.
Nawiasem mówiąc relacja czarownik – plemię bardzo często opierała się na zasadzie do ut des. Nieudolny czarownik, który nawet głupiego deszczu nie potrafił sprowadzić, bywał wypędzany, czasem karany, czasem tracił głowę w dosłownym sensie.
Mało tego – takie relacje nie zmieniły się nawet w okresie panowania w Europie chrześcijaństwa.
Pozwolę sobie przytoczyć ciekawy przykład z terenów dzisiejszej Białorusi, niegdyś polskich. Otóż w prawosławiu św. Mikołaj jest takim „jockerem” wśród świętych. W logice konstrukcyjnej ikonostasu może zastąpić właściwie każdą postać z Jezusem włącznie. Do niego też zanoszono modły we wszystkich możliwych sprawach. Nie był, jak inni święci, ograniczony jakimś sztywnym zakresem swojej działalności, jego możliwości dotyczyły wszystkiego.
Ale szła za tym również odpowiedzialność. I tu rzecz najciekawsza, obserwowana jeszcze na początku XX wieku we wsiach białoruskich.
Zanoszący modły, niezadowolony z efektów pracy świętego, „karał go”. Polegało to na czasowym odwróceniu ikony licem do ściany. Innymi słowy – stawiał świętego do kąta. O klęczeniu na grochu etnografowie nie wspominają.
Wnioski ze wspomnianego wykładu nie były optymistyczne. Wyszło nam, że historia starożytna nie jest tym obszarem, w który można wejść chroniąc się przed koszmarami dnia dzisiejszego. Za dużo w niej spraw, które zmuszają do porównań, podsuwają kuszące analogie, sugerują rozwiązania.
I ciekawe wnioski. Np. ten, że od ponad 2,5 tysiąca lat ludzie szukają idealnego ustroju (Grecy nazywali go eunomią – ustrojem sprawiedliwym) i jakoś nie mogą znaleźć. A może to w ogóle nie jest możliwe?
Na pewno wartościowe są do dziś przemyślenia ateńskiego prawodawcy Solona, który opisując swe starania pisał, że jego celem było „znalezienie równowagi pomiędzy interesami różnych warstw społecznych”.
Aktualne? Jak najbardziej, szczególnie w dzisiejszej Polsce, która wciąż poszukując własnej eunomii rzuca się od ściany do ściany, dając posłuch to postawom lewicowym, to liberalnym i zawzięcie dyskutuje o „wyższości” którejś z nich. 2600 lat temu Solon twierdził, że żadna z nich nie powinna dominować.
Historia wielu państw świata przyznawała rację Solonowi. Warstwy wyższe we własnym, dobrze pojętym interesie i w trosce o swoje, całkiem fizyczne bezpieczeństwo, zawsze szły na liczne koncesje w stosunku do zawsze liczniejszych warstw uboższych.
Skrajnym przykładem był Rzym, w którym w czasach świetności 90% z milionowej populacji nie pracowało i żyło z państwowego i prywatnego rozdawnictwa dóbr wszelakich.
Nasi rodzimi „książkowi” liberałowie dostaliby zawału.
Ciekawym polem do obserwacji są też efekty rządów tzw. tyranów. Piszę „tzw.” by nie mylić tego słowa z dzisiejszym jego sensem w języku polskim. Mało kto zdaje sobie sprawę, że najcenniejsze pomniki kultury greckiej powstały w dużym procencie za ich rządów, a nie w czasach demokracji.
O Sparcie pisze się często z podziwem, tworzy się filmy sławiące bohaterstwo jej żołnierzy itd. O Hitlerze i Stalinie pisze się źle. I kto wspomni, że jeden i drugi nie stworzyli państwa nawet w połowie tak totalitarnego, jak Sparta?
Państwa, które niemal dosłownie właziło człowiekowi do łóżka i wykorzystywało każdą właściwość, każdą cechę homo sapiens dla celów państwowych. Nawet skłonności homoseksualne. To przecież Spartanie wpadli na pomysł, by tworzyć oddziały zbrojne złożone z par homoseksualnych licząc na to, że ci żołnierze związani ze sobą nie tylko więzami braterstwa broni będą bardziej dbać wzajemnie o siebie, bronić się solidarniej i walczyć jeden o drugiego.
To prawo spartańskie zezwalało na posiadanie dzieci pozamałżeńskich nie ze względu na panującą tam swobodę obyczajową, ale ze względu na konieczność wypełnienia przez kobietę jej misji, którą było urodzenie dziecka.
A przecież wydawałoby się, że kobieta spartańska miała większą swobodę i więcej praw, niż w zachwalanej demokracji ateńskiej.
Przy okazji zabawna analogia. Spartanie uważali, że ich obyczaje, prawo Likurga itd. chronią Spartę przed wrogami wewnętrznymi. Sęk w tym, że tych wrogów sami sobie dobrowolnie prokurowali, że wspomnę tylko o kryptejach.
Do złudzenia przypomina to znane powiedzenie z PRL, że „socjalizm rozwiązuje problemy, które nigdy by nie powstały, gdyby nie …socjalizm”.
Kobieta w Atenach musiała mieć swojego opiekuna – kyriosa – reprezentującego jej interesy. Zwyczaj z zamierzchłych czasów, prawdopodobnie z paleolitu, gdy pośród plemion wędrownych kobieta była „dobrem chronionym”, jako gwarantująca przetrwanie biologiczne grupy.
Przykład pokazujący, jak nawet najsensowniejsza rzecz, nie dostosowywana równolegle do coraz to nowych warunków rzeczywistości, wyradza się i zaczyna być swoim własnym przeciwieństwem. Kobieta w światłych Atenach nie była już „dobrem chronionym”, ale ubezwłasnowolnioną istotą.
Stary zwyczaj już nie działał na jej korzyść, choć jako taki był pierwotnie pomyślany.
W najgorszych nawet z dzisiejszego punktu widzenia ustrojach, jak w spartańskim też dało się znaleźć interesujące rozwiązania.
W czasie niedawnych, pełnych emocji głosowaniach sejmowych dot. OFE przypomniała mi się pewna zasada stosowana przez spartańską geruzję – radę starszych, która miała prawo wnoszenia wniosków pod obrady zgromadzenia obywateli.
Otóż zdarzały się sytuacje, że członkowie zgromadzenia wnosili poprawki do proponowanego projektu idące tak daleko, że uchwalone wypaczyłyby sens stanowionego właśnie prawa.
W naszej polskiej rzeczywistości już to się zdarzało i jedyną drogą do poprawienia wykoślawionej ustawy było (i jest) uchwalenie nowej, w lepszej wersji. To zaś wymaga czasu ze względu na obowiązujące procedury.
Geruzja była w lepszej sytuacji. Jej nikt nie zastraszyłby 999 wniesionymi poprawkami. Geruzja miała bowiem prawo wycofania wniosku na każdym etapie obrad, gdy widziała, ze wnoszone poprawki zmieniają sens projektu.
Pewnie i w tym rozwiązaniu można by znaleźć negatywy, ale rzecz jest warta zastanowienia.
Wszystko już było – mówią jedni. Historia magistra vitae – dopowiadają drudzy.
A w piosence, która w czasach mojej młodości często słyszana była przez radio był refren
Wspaniałe są mądrości wschodu.
Lśni jak perła każda z nich.
Tylko szkoda, wielka szkoda,
że tych pereł nie podnosi prawie nikt.
Ben Akiba tak mówił nam…


Pamiętam jak za młodu czytałem „Złotą gałąź” . Nic z tego nie rozumiałem, w sensie rozumienia procesów historycznych, ale fragmenty mnie fascynowały. Dziś dalej nie rozumiem dlaczego oczywiste procesy historyczne nikogo niczego nie uczą.
„Wychodził bowiem z założenia, że gdy inteligentna kanalia osiągnie swój cel np. materialny, nie będzie podążała dalej w tym kierunku, lecz zajmie się sprawami publicznymi i szczęśliwością powszechną. Niestety, nie oznaczył, bo nie mógł, granicy owych dążeń.”
.
Chyba Jacek Fedorowicz powiedział kiedyś, że lepszy jest taki dyrektor, który rozbuduje i rozhula fabrykę, a przy okazji zbuduje sobie luksusową willę – niż ten, który uczciwie i skrupulatnie, bez osobistych zysków, będzie pilnował, żeby biedy nikt nie rozkradł.
JŁ: co do tych 90%. O rozdawnictwie państwowym oczywiście uczyli nas w szkole. Rozdawnictwo prywatne – filantropia chyba miała bardzo mały zasięg – więc chyba szło o kupowanie głosów wyborców? Te perły. Mój stary, co wykładał dwa razy dłużej i dwa razy lepiej niż ja, mawiał: fałszywe perły, przed prawdziwe wieprze. Oczywiście to nie dotyczy Bratkowskiego, do którego stosowne byłoby raczej to biblijne, o mądrości, co woła na ulicach, ale nikt nie wejdzie do jej domu, bo nie ma gwarancji, że te siedem kolumn wytrzyma do najbliższych wyborów. (natomiast gwarancja musi być podpisana przez innego głupola, o tej samej orientacji politycznej, co oczywiście jest nieosiągalne.)
@angor , oczywiście, że nie chodziło o filantropię. Katylina nawet popadł w długi z powodu tego rozdawnictwa. Kiełbasa wyborcza nie była w Rzymie przenośnią, a konkretem.
A wieprze … cóż, ludziom wydaje się, że wystarczy w innym rozpoznać idiotę, by automatycznie zostać mędrcem. No a przecież innym przyglądamy się statystycznie częściej, niż swemu odbiciu w lustrze, n’est-ce pas ?
JŁ. Dla niektórych, nie tylko dla egotystów, cały świat jest tylko lustrem, co w nim widzą własną buziuchnę. A tej Matyldzie, od Heinego, to gwiazdy najpiękniej się odbijały w paryskich kałużach. (oni wtedy tam jeszcze mieli błoto na ulicach). A dla mojego ojca ta refleksja dotyczyła bardziej własnych wątpliwości co do wyników stosowania przekazywanej wiedzy, niż poziomu odbiorców (wykładał ekonomię). Co i dzisiaj jest dziedziną dosyć rozlegle rozje…ą, (przepraszam – rozdyskutowaną) w każdy możliwy otwór. Dość posłuchać Balcerowicza i Antagonistów.
Sokrates przecież mówił : wiem, że nic nie wiem. Nie każdy osiąga taki poziom wiedzy, by zauważyć, jak wiele mu brakuje.
Na szczęście zawsze jest jakaś Ksantypa, na którą można wszystko zwalić.
Panie Jerzy: Przypatrzmy się przez chwilę ukrytym pierwotnym przyczynom naszych problemów. Mają podstawę makroekonomiczną. Wcześniej, jeszcze sto lat temu nie znano dobrych narzędzi analitycznych i obsługi przyszłości – to były prostackie czasy głupawych, łatwych i często zasadniczo się mylących diagnoz, reguł i twardego życia.
Z początkiem dwudziestego wieku łajdactwo zysku bezwzględnego zaczęło nagle bardzo się opłacać – historia Morgana, Rockefellera, europejskich Schlotbaronów i wielkiej finansjery to pasmo trudnych nawet dziś do wyobrażenia machloj i przekrętów: pierwotny kapitalizm wielkoprzemysłowy właśnie wypróbował swe szpony.
Te postfeudalne reguły nie były lepsze, np. dotyczyły praw władzy do czerpania pożytków z destrukcji.
Fuzja różnych stylów ekonomicznego wyzysku stworzyła naszą teraźniejszość, ze skutkiem globalnym na prawie przeludnionej planecie.
.
Przeludnionej nie dlatego, że nie można wszystkich wyżywić, lecz że koncentracje kapitału od końca lat osiemdziesiątych XX w. po eksplozji informatyki, robotyzacji i taniego, żółtego outsourcingu koncentrowała technologie w centrach wzorniczych i dużych wytwórczych, zabierając społeczeństwom całe ich ochronny dorobek stanowiące konstrukty umów socjalnych, związkonośnych – nie pozostawiając pozaselekcyjnej ZBĘDNEJ reszcie świata dostatecznych ALTERNATYW ZAROBKOWYCH.
.
Dużo ludzi – to wtedy dużo problemów.
.
Administracje natychmiast zaczęły zjeżdżać w desocjalizację, w politycznie skwapliwie eksploatowane egzystencjalne wyścigi szczurów i w osłony propagandowe, ogłupiające tzw. „średnią świadomościową” na tyle, by to nie chciało przypadkiem eksplodować.
Moda na decentralizmy i nieszczęśliwie zwulgaryzowana ogólna idea liberalizmu gospodarczego znacznie pogarsza ów stan, wprowadzając hazard i wyścigi (=się nachapać), w których coraz węższe grono właścicieli kapitału i polityczna władzuchna wspierająca ukrytą selektywność dostępu do kapitału gromadzą (zwykle akumulując, nie inwestując) coraz większe środki w tych „obozach władzy”, kosztem poważnie ograbianych społeczeństw, osłaniając proceder siłowo zglajchszaltowanymi mediami.
.
Samosterowność gospodarki staje się wtedy śmiesznym mitem. Cierpimy przez to biedę jako społeczeństwo.
Rządzi kłamstwo i „grzeczna” przemoc „administracyjno” – prawno-sądowa na wszystkich szczeblach. Perfekcyjną reklamową komercję i jej techniki przeniesiono szybko w świat polityki, jakoż politycy nagminnie sami sięgali po te PR- ułatwienia konserwujące fajne skutki medialnych sub-świadomościowych manipulacji wyborczego bydła; szybko utworzył się naturalny triumwirat – PRZEKUPNOŚĆ nieodpornej na tantiemy od kapitału polityki I MEDIÓW szła razem z kapitałem – tworząc filc współzależności wzajemnych, ciężki do przejrzenia. Tak, ciężki: oto i w tej dyskusji przypatrujemy się chętnie CAŁKIEM obocznym drobiazgom.
.
Siła polityki zaczęła być mierzona efektywnością medialnego kłamstwa; probierzem dzielności polityki stawały się bezkarnie przekręcane, ostentacyjnie na obcych serwerach, wybory, i to skleiło obydwie te, wzajemnie tylko sobie potrzebne strefy – w kapitałowe PARTIE WŁADZY, POMIJAJĄCE WSZYSTKIE RACJE rozwoju krajowego nie dające OBOZOWI WŁADZY doraźnych (teraz, zaraz, rrrwa, dawaj) -dużych zysków.
.
Jest to nowe jakościowo przestępstwo stanu, w Polsce w 2013 roku jeszcze pod ochroną sprawców.
Wzajemna adhezja komponentów tego stanu jest, niestety, wysoka. Ludzka głupota jest rzadko gotowa, swe przyzwyczajenia odmieniać; musiałaby z niewiadomych i irracjonalnych zapewne powodów nagle przestać nią być.
Więc nie ma Pan racji, szanowny Panie Jerzy z twierdzeniem, iż nie każdy mógłby osiągać swój własny poziom miarodajnych ocen o sobie samym: to wszak całkiem niemożliwe. Nielogiczne. I w ogóle.
&de mowski.
Dobry tekst, gdyby Bogdan Motyl żył, miałbym pewność że to On napisał. Nie wiem czy gratulować stylu.. tak czy siak tekst baaardzo dobry.
………nie pozostawiając pozaselekcyjnej ZBĘDNEJ reszcie świata dostatecznych ALTERNATYW ZAROBKOWYCH…
wg. prognoz, 20% populacji świata będzie żyło z pracy.. Reszta jest zbędna…
Chwalisz mnie za styl, o Magogu, Człowieka, o którym nic nie wiem: czy on abdyzostał, bo za mądrze pisał? Pod gust Rojthaendle? Nie piszesz jasno.
To jest mój własny, przymusowo- autorski, „styl”.
Nie na darmo pisałem o pułapce roku 1987: architektura kulis tych globalnych wydarzeń jest mi z bliskości znana; przyczyną recesyjnego zastoju jest załamanie podaży rynkowej nośnych innowacji. To jest materiał na długi, ładny osobny artykuł.
W tym samym stylu, hehe.
.
Nie mam ostatnio tyle czasu dla SO, ile bym chciał, a teraz to J. Łukaszewski mnie sprowokował jakimiś zasrańcowatymi starożytnymi mniemanologicznymi specjalistami od niewiedzy (-jak byśmy byli na to skazani), i że zapewne są gdzieś jakieś facety, gładko osiągający bezprzymiotnikową (tj. maksymalną możliwą, dla nas już niemożliwie daleką i daleko niewyobrażalną-) autoświadomość.
Hadkość taka. Więc rzekłem – nie mogę, muszę: na ołtarze pluć nie dam.
Ale to zbędne 80% zawsze się odradza!
Nie prowokujmy może złotych myśli à la aborcje prof. Leszczyńskiego!
Szanowny Panie De Mowski, chyba przecenia Pan naszych pożal się boże władców. No i te Pańskie teorie spiskowe… Świat (władzy) jest mniej skomplikowany i bardziej głupi niż się Panu wydaje. On sobie zbuduje zbiorniczek na Kasprowym, a jak będzie zbiorniczek to i zbuduje się resorcik, a potem kasynko. Ot takie gaworzenie kompletnych idiotów. Za komuny mówiło się „a szuflady naukowców puste”. Dziś to dotyczy naszej kochanej władzy. Ani pomysłów, ani idei, byle się nachapać, bo po nas choćby potop. Pomysłami rzuca Kaczyński, ale to pies ogrodnika, który sam nie ma i innemu nie da. Już lepszy złodziej, który sam weźmie i innym da zarobić.
Świat nie jest bardziej głupi, Andrzeju Pokonosie, i to nie harce przygłupów, skoro masa pochłaniana nimi jest wystarczająca, by 80% narodu zubażającymi skutkami dotknąć.
.
Nie ma wydarzeń bezprzyczynowych.
.
Hierarchie są po to, by nie było niepodporządkowanych, dzikich przypadków, powodowanych przez Niestowarzyszonych. Tam, gdzie hierarchie, tam organizacja celowa wydarzeń, które mają nadejść, przyszłych właśnie lub odpowiedniego wykorzystywania skutków tych już nastałych & oczekiwanych. Konieczny przy tym wysiłek organizacyjny – jest organizowany, to jest – zapis obowiązków i ich kolejności, zapisek czynności do spełnienia, spisek tychże po prostu.
.
Nic nadzwyczajnego. Jak już jesteś Tam na miejscu, to łatwo Ci będzie się o tym przekonać, opiszę dobrą amerykańską metodę:
bierze się brezińskiego dziadka, bynia, i opowiada mu, że istnienie masonerii jest ofiarą okropnych globalnych teorii spiskowych, bo są to organizacje, jak wiadomo, jednoosobowe, złożone z Wielkich Mistrzów głównie, bo, jak powszechnie wiadomo, nikt nie należy do żadnych masonerii (-można przecież w tłumie głośno spytać), a te trzynaste i trzydzieste trzecie stopnie to nie są od żadnej hierarchii, tylko od liczby guziczków przy ineksprymablach czy surdutach, by się ichnie emeryty w tłumie rozpoznawaly.
.
Dziadek jest już trochę drańciwy, z samego ataku śmiechu się rozleci: Pęknie, jak nic.
Myślę że sprawiedliwy może być tylko taki ustrój gdzie ludzie będą sprawiedliwi.
Wystarczyłoby, żeby chrześcijanie byli prawdziwymi chrześcijanami czy buddyści prawdziwymi buddystami aby ludzie nie czynili sobie zła. Demokracja, w której ludzie myśleliby o innych, dałaby ten efekt.
Niestety, nie ma takiego ustroju który okiełznałby dostatecznie złe skłonności i głupotę ludzką.
Co do inteligentnych drani to mam mieszane uczucia. Ogólnie zgadzam się z tezą, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Ale inteligentny (a często nie tyle inteligentny co przebiegły) drań, po awansie będzie zwykle tym samym draniem tyle że o większych możliwościach. Nie przekonuje mnie nawoływanie żeby dać takiemu władzę i pozwolić się nachapać to się zmieni.
„Złotą gałąź” czytałem bardzo dawno. Przeszkadzało mi w niej już wtedy, że wszystko się tłumaczy według jednego wzorca, który potem i tak okazał się nieprawdziwy. Ale ciekawe było poznanie wierzeń i obrzędów różnych ludów.
@ PIRS , tam nie ma nawoływania, by takiemu dać władzę. Jest stwierdzenie, że tacy najczęściej ją zdobywają, a to różnica.
Człowiek stwierdza fakt widoczny gołym okiem i próbuje się do tego faktu jakoś ustawić. Też mam wątpliwości, czy Frazer pokazuje najlepsze wyjście, ale daje przynajmniej jakiś punkt odniesienia.
Pamiętać też należy, że on żył na przełomie XIX i XX wieku w Anglii, a to dużo znaczy, jeśli chodzi o nauki humanistyczne.
Może i on co rano dziękował Bogu, że urodził się Anglikiem.
A co jest prawdziwe? Nie wiem. Wiem tylko, że kiedyś w jakiejś uczelnianej dyskusji zanegowałem możliwość istnienia matriarchatu jako formy organizacji społecznej poprzedzającej patriarchat. Oczywiście, podniósł się chór oburzonych, ale nikt nie umiał odpowiedzieć na proste pytanie: po co miałby on istnieć? Jakie cele mogło osiągnąć społeczeństwo przy takiej formie organizacji?
Ale oczywiście, dalej upierali się, że istniał, choć jego „ślady” moim zdaniem świadczyły raczej o społeczeństwie matrylinearnym, a to jednak nie to samo.
@Jerzy Łukaszewski
U Frazera nie podobało mi się coś innego, te tłumaczenia obrzędów i mordowania króla wybranego na rok (teraz już wiele zapomniałem). To mi trochę przypomina Danikena, który wszystko tłumaczy interwencją kosmitów, jak widzi minaret – to będzie kopia rakiety, piramidy – zbudowali kosmici (mimo że są papirusy wyliczające ile kosztowała żywność dla budowniczych itd.).
Uwaga o oddawaniu władzy cwanym draniom ma ogólniejszy charakter. Często słyszymy postulaty, żeby dać władzę bogatym, bo nie będą kraść. Takie kryteria wyboru władz są infantylne (niż nie ujmując Cezarowi :)).
@PIRS, tłumaczenia obrzędów zawsze są obciążone ryzykiem. Współczesne też. Zawsze ryzykujemy, że jeszcze czegoś nie wiemy i każde kolejne odkrycie przynosi rewizje już istniejących poglądów. O wielu rzeczach nie dowiemy się nigdy ze 100% pewnością. Dotyczy to m.in. króla lasu z okolic La Riccia. Tym bardziej, że chodziło o króla – kapłana, a sam zwyczaj o ile wiem, już w starożytnosci był nie do końca zrozumiały, o czym Frazer pisze podając greckie wyjaśnienia, jako próbę interpretacji, a nie jako hipotezę naukową.
Bogowie greccy nie byli przecież greccy i sami Grecy musieli na nowo „wmontować” w swój świat Zeusa, Atenę, Afrodytę i co było szczególnie trudne – Artemidę. Przejmując ich dla siebie zachowali nieco ich pierwotnej tradycji, której my kompletnie nie znamy, dodając elementy własne. A niektóre tradycje pochodzą z czasów, o jakich więcej mamy domysłów, niż źródeł. I pewnie tak zostanie.
@Magog, akurat nie trzeba być prorokiem, by snuć takie prognozy. W historii bywało już tak niejeden raz. Choćby we wspomnianym Rzymie.
Sęk w tym, czy znajdzie się lekarstwo na tę sytuację. Ich sprawdzało się przez 200 – 300 lat, a potem wszystko się posypało. Zaklęcia nie pomogą, nasze „zamawianie” problemów przez czarowników też ma bardzo krótkie nogi.
A właściwie, to o co Panom chodzi?
O sformułowanie doskonałego modelu zarządzania społeczeństwem i państwem?!
To idiotyzm.
Nie wystarczy wam stary poczciwy model reagowania na bieżące potrzeby i zmiany?
Nawet automatycy, mając prościutkie w porównaniu ze spoleczenstwem układy, stosują tzw PID, ktory niewiele wie o układzie. Wzorowany jest na zachowaniu sternika statku…