Jan Różdżyński: Spowiedź fotografa

2012-05-06. – Nie, od dawna nie robię zdjęć. Bo co mam dzisiaj fotografować? Bezsensowną wojnę w Czeczenii? Albo oligarchów? Nie chcę. Poza tym jestem już stary… Ale opowiem panu o czymś, co na pewno zainteresuje polskiego korespondenta: fotografowałem tak zwane wyzwalanie zachodnich ziem Białorusi i Ukrainy. Opowiem, bo teraz już mogę. Nikt mnie za to nie zwolni, nie ześle, nie wsadzi…

Jest początek maja 1995 roku. Za parę dni przypada 50 rocznica Zwycięstwa. W Moskwie ostatnie przygotowania do defilady. Weterani obojga płci, jak co roku o tej porze – młodnieją. Polerują ordery i odznaczenia, przygotowują uroczyste kolacje, cieszą się z niewielkich podwyżek emerytur i umawiają na spotkania w Parku Gorkiego. To przecież ich rocznica. W dodatku okrągła.

Ulica Oneżska na północnym zachodzie rosyjskiej stolicy. Nad jezdnią migające żarówki na drucianych stelażach układają się w dobrze znane gwiazdy. Sklepowa witryna udekorowana pomarańczowo-czarnymi wstążkami, baretkami Orderu Zwycięstwa. Ludzie ze świątecznymi zakupami przemierzają zaśmiecone podwórko. Na odrapanej klatce schodowej zapach gotowanej kapusty i pancerne, stalowe drzwi do mieszkania. Zamalowany farbą przycisk dzwonka. Przytłumiony głos upewnia się, że jestem polskim korespondentem. Metalowe odrzwia uchylają się z łoskotem. Przysadzisty, tęgi mężczyzna przygląda mi się uważnie spod krzaczastych brwi.

– Witam. Jestem Chaldej, Jewgienij Ananiewicz.

Nie przychodzę z pustymi rękami. Żartuję, że do 50 rocznicy pasuje 50-procentowa, polska wódka „Polonez”. A na widok kiełbasy „Krakowskiej Suchej”, surowa twarz gospodarza rozpromienia się.

Szesnaście metrów kwadratowych mieści pokój-klitkę, mini-kuchenkę i jeszcze mniejszą łazienkę, które pełnią także rolę: muzeum, archiwum i ciemni fotograficznej. Na półkach, w kartonach, w kopertach, w skrzyniach na podłodze, na ścianach – wszędzie setki, tysiące zdjęć. Są nawet w łazience, zajmowanej także przez dwa pokaźne powiększalniki. Następne dwa, nie pierwszej młodości, królują na stole w pokoju. Są ciągle w użyciu. Zdjęcie najbliższej osoby gospodarz umieścił najwyżej, w złotej ramie pod sufitem, w kącie nad tapczanem. Jak ikonę. Tylko zamiast światełka, w maleńkim wazoniku stoi tam bukiecik świeżych, wiosennych stokrotek. Z pożółkłej fotografii uśmiecha się piękna kobieta, zmarła przed laty żona Jewgienija Ananiewicza. A obok – regał z jego albumami w kilku językach i aparat „Leica”. Nowiutki i bardzo nowoczesny.

– To prezent od Amerykanów z Los Angeles. Niedawno oddałem im moją starą „Leicę” do tamtejszego muzeum fotografii. Służyła mi przez kilkadziesiąt lat. Zrobiłem nią najbardziej znane moje zdjęcia. A oni w zamian podarowali mi to cudo. Tylko, że ja już nie robię zdjęć…

Jego fotografie z drugiej wojny światowej zna cały świat. Nie ma chyba takiej encyklopedii, czy podręcznika historii najnowszej w dowolnym języku, w których nie byłoby zdjęć Chaldeja, wojennego fotokorespondenta TASS. Zrobił ich tysiące: na pierwszych liniach kilku frontów, w oswobadzanych stolicach Europy, potem z kapitulacji III Rzeszy, z konferencji w Poczdamie, z klęski Japończyków w Mandżurii, z procesu Norymberskiego… Gdyby żył w normalnym kraju, dzięki honorariom stałby się bardzo bogatym człowiekiem, tak powiedzieli mu Amerykanie, potem powtarzali to Austriacy, Niemcy, Brytyjczycy, Francuzi – wszyscy, którzy wydawali albumy z jego zdjęciami. A ojczyzna dała mu to mikroskopijne mieszkanie i emeryturę. Też mikroskopijną.

– Nie skarżę się. Mam co jeść i mam dach nad głową. Dobrze pan wie, że, po tylu latach, wielu moich rówieśników nie ma nawet tego – robi miejsce na stole, odsuwając nieco w bok powiększalniki, żeby poczęstować mnie herbatą i spróbować, jak smakują upominki z Polski…

Ale mam żal że po wojnie wielokrotnie wyrzucali mnie z pracy. Robili to z absurdalnych powodów: a to za „niewłaściwe pokazywanie socjalistycznej rzeczywistości”, a później za „kosmopolityzm”… 50 lat temu, w zdobytym Berlinie, dzięki zwykłej igle, chyba cudem udało mi się uniknąć srogiej kary za to, że chciałem rzekomo „wypaczyć wizerunek sowieckiego żołnierza”.

Jego najbardziej znane zdjęcie to „Sztandar zwycięstwa nad Reichstagiem”: sowiecki żołnierz wspina się na kolumienkę wieńczącą dach Reichstagu, podtrzymywany przez drugiego żołnierza i zatyka na tej kolumience flagę z sierpem i młotem. Flagę Chaldej przywiózł zawczasu z Moskwy, a obu żołnierzy, pomny poleceń politruków, długo ustawiał przed obiektywem, żeby wyszło jak należy. Zużył wiele klatek drogocennego negatywu. Mimo to naraził się na gniew dowódców, bo nie zwrócił uwagi, iż żołnierz, który trzyma tego ze sztandarem, ma na obu rękach… zegarki. Na rozkaz zdenerwowanych przełożonych, ostrym końcem igły delikatnie i precyzyjnie wydrapał na negatywie kontur jednego z czasomierzy. Właśnie wtedy to poprawione zdjęcie opublikował „Ogoniok”, a za nim inne gazety i agencje. Mówi, że praca fotoreportera na wojnie niosła ze sobą wiele niebezpieczeństw, nie tylko w okopach pierwszej linii. Bo zdjęcia miały pokazywać rzeczywistość nie taką, jaka jest, ale taką, jaka powinna być. Pewnie dlatego, przez całą swoją karierę, mimo, że jego fotografie obiegły cały świat, nie doczekał się w ZSRR wielkich zaszczytów.

– Po raz pierwszy naraziłem się w 1939 roku, jako 22 – latek, od niedawna w „Fotokronice” TASS. We wrześniu zostałem wysłany do Mińska, gdzie dowiedziałem się, że będziemy wyzwalać naszych zachodnich braci, „okupowanych przez wstrętną, burżuazyjną Polskę”. Moje zadanie miało polegać na uwiecznianiu ogólnej radości i powszechnego entuzjazmu ludności spowodowanego wkroczeniem naszych oddziałów. Ale 17 września, kiedy z ciężarówki robiłem pierwsze ujęcia, jakiegoś szczególnego entuzjazmu nie widziałem… Na nasz widok, cywile, w pierwszym odruchu chowali się po domach. Tylko niektórzy we wsiach i miasteczkach, głównie Białorusini i Żydzi, zachowywali się bardziej przyjaźnie. W pierwszych dniach tego wyzwalania nie widziałem ukwieconych bram powitalnych, czy czegoś podobnego. Polscy żołnierze, zrezygnowani, siedzieli w rowach albo szli dokądś małymi grupkami, oddawali broń naszym. Ni to w niewoli, ni to na wolności. Nie czułem do nich wrogości, raczej coś w rodzaju współczucia, bo przecież z jednej strony gnali ich Niemcy, a z drugiej my… Rozmowy z nimi były zabronione. Na naszej drodze do Białegostoku nie doszło do wymiany ognia, ale dowiedzieliśmy się, że o Grodno, o Wilno i Lwów toczą się walki. Właśnie wtedy od moich szefów dostałem pierwsze i to od razu poważne ostrzeżenie, że moją niewłaściwą postawą mogą zainteresować się odpowiednie organy… Bo na moich pierwszych zdjęciach było za mało entuzjazmu. Starsi, bardziej doświadczeni korespondenci, doradzali, żeby ten entuzjazm… organizować, ustawiać, inscenizować. I we wszystkim słuchać politruków, którzy się na tym dobrze znają. Pewnie dlatego już w Białymstoku nie musiałem się wysilać. Wszystko było przygotowane: komitety powitalne, dziewczyny z kwiatami, wiece z przemawiającymi komisarzami i transparentami, orkiestry i defilady. Ale było coś jeszcze: zwykłe życie, tak bardzo inne od naszego. Tego polskiego życia nie wolno było fotografować, chociaż w duchu je podziwialiśmy…

Pierwsze, co po przekroczeniu granicy zaskoczyło Chaldeja, to drogowskazy. Nie tak, jak w ZSRR, każda, nawet najmniejsza droga po polskiej stronie oznaczona była drogowskazem, informującym dokąd prowadzi i jak tam jest daleko. Jego zdziwienie rosło na każdym postoju także z innego powodu: wokół widział porządnie, a nawet elegancko ubranych ludzi (i to chłopów i robotników!) i wyraźną oznakę ich bogactwa – wielką liczbę rowerów! A w Białymstoku zobaczył niesamowitą, nieznaną w ZSRR obfitość towarów w sklepach. Wymiana złotówek na ruble po księżycowym kursie 1:1 spowodowała, że krasnoarmiejcy szybko oczyścili sklepowe półki. Pierwszym zakupem Chaldeja był prawdziwy szwajcarski zegarek za marne sto rubli i elegancka sukienka dla siostry.

– Wtedy po raz pierwszy w życiu jadłem prawdziwą kiełbasę! Miała cudowny smak, podobnie, jak obiady w małych żydowskich knajpkach. Byłem królem życia! O! Tak wtedy wyglądałem – pokazuje zdjęcie uśmiechniętego młodego mężczyzny w skórzanym płaszczu i wysokich butach, z nieodłączną „Leicą” przy oku, opierającego stopę o brzeg ogrodzenia fontanny na białostockim Rynku Kościuszki. Chyba dawno nie oglądał tej fotografii. Patrzy na siebie, młodszego o 56 lat i uśmiecha się. Upominki z Polski mają w tym rozrzewnieniu zapewne też swój udział.

W Białymstoku przez prawie rok miał bazę wypadową. Fotografował „krzepnięcie” władzy sowieckiej przy akompaniamencie zgodnego wysiłku ludu pracującego miast i wsi. Czyli rzeczywistość. Ale taką, jaka powinna być. Mieszkał wtedy w centrum – u Józefa Rabinowicza, w jego zakładzie fotograficznym. Rabinowicz początkowo nie miał nic przeciwko temu, co działo się po wejściu Armii Czerwonej, a jego żona i inni krewni chętnie brali udział w wiecach poparcia dla nowej władzy.

– Ten entuzjazm Rabinowiczów skończył się nagle, późną wiosną 1940 roku. Pamiętam, jak wszyscy korespondenci zostali wezwani do redakcji „Białostockiej Prawdy”. Oficer NKWD miał do nas dłuższą przemowę o „Polakach – wrogach ludu”, „antysowieckich burżujach” i tak dalej. Skończył słowami: „dzisiaj wywieziemy tę hołotę”. Każdy z nas został przydzielony do jednej z grup NKWD dysponujących listami osób, całych rodzin, do wywózki. Mnie nie wiadomo dlaczego też przydzielili, chociaż surowo zakazali fotografowania tego strasznego polowania, które zaczęło się po zapadnięciu zmroku… – Ukrywa twarz w dłoniach. Chwilę ciszy w moskiewskiej klitce przerywają jedynie dochodzące przez ścianę popularne melodie sławiące sowieckie zwycięstwo sprzed pół wieku.

– Pan przecież wie, co tam się działo… Polacy, których nazwiska były na tych listach, próbowali coś tłumaczyć, chowali się pod schodami i na strychach swoich domów. NKWD-yści z krzykiem, brutalnie wyciągali ich na ulicę. Po chamsku odnosili się do kobiet… Na moich oczach wepchnęli na ciężarówkę jakiegoś mężczyznę, który głośno prosił, żeby pozwolili mu zaczekać na żonę i córkę, bo potem się nie odnajdą. „Właź! Spotkasz się z nimi na tamtym świecie”!, usłyszał ten nieszczęśnik. Nie każdy z nich zdołał wziąć najpotrzebniejsze rzeczy i żywność. Potem pakowali ich do bydlęcych wagonów i wywozili… Ale tego już nie oglądałem. Bo nie wytrzymałem. Korzystając z ciemności uciekłem do domu Rabinowicza. Ten, zanim otworzył drzwi, upewnił się, że jestem sam. Patrzył na mnie, jak na zbrodniarza. Nigdy nie zapomnę jego słów: „Okłamaliście nas, a my tak czekaliśmy na władzę sowiecką”. Potem, przy zgaszonym świetle, obserwowaliśmy przez okno, jak główną ulicą Białegostoku, przemianowaną na Sowiecką, przejeżdżają ciężarówki wypełnione ludźmi.

Potem fotografował kolejne sukcesy nowego ustroju na odzyskanych ziemiach Białorusi i Ukrainy: zakładanie kołchozów, agitacyjne wiece w miasteczkach i wsiach, otwarcia nowych fabryk. Uroczystości towarzyszące uruchomieniu, po odbudowie, kanału Dniepr – Bug, którym na stronę niemiecką popłynęły pierwsze barki z sowieckim zbożem, zapamiętał szczególnie, ze względu na … komentarz Rabinowicza.

– Jeszcze niedawno Polska wysyłała Niemcom swoje wieprze, a oni dobrze się na nich spaśli i napadli na Polskę, powiedział mój gospodarz. Dodał, że teraz, jak Niemcy najedzą się sowieckiego zboża, to napadną i na nas… A ja wtedy roześmiałem się tylko i popukałem w czoło. Jaki byłem głupi…

Nad Moskwą zapada przedświąteczna, gwarna noc. Żegnając się zauważam na wieszaku, przy metalowych drzwiach, starannie uprasowany garnitur, z Orderem Wojny Ojczyźnianej i Czerwoną Gwiazdą w klapie marynarki gospodarza. Jewgienij Ananiewicz też przygotowuje się do uroczystości. Kiedy dziękuję za ciekawą rozmowę, przerywa: – To ja jestem panu wdzięczny. Męczyło mnie to od dawna, a dziś kamień spadł mi z serca. Teraz mogę świętować.

Święto Zwycięstwa Jewgienij Ananiewicz Chaldej obchodził później jeszcze dwukrotnie. Zmarł 23 października 1997 roku.

Jan Różdżyński

tekst ukazuje się  w majowym numerze „Nowoj Polszy”

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Federpusz 2012-05-07
  2. Roman Strokosz 2012-05-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com