Jan Cipiur: Niech bierze dzik przykład z emu

Print Friendly, PDF & Email

W domniemanym interesie polskiego rolnictwa, na wojnie z dziką przyrodą, polec mają tysiące dzików. Nie mnie oceniać, jak powstają i znikają choroby, jednak pamiętam wraz z Wami grypę ptasią i świńską oraz szalone krowy, które były, ale nie są.

Obrona dzików przed mordem nieledwie rytualnym i codzienne spożywanie mięsa hipokryzją śmierdzi. Do najświętszego oburzenia uprawnieni są zatem wyłącznie weganie lub ich waga lżejsza w postaci wegetarian. Jest jednak różnica między dzikiem, a świnią z chlewa. Dzik żyje sobie mimo nas, a świnia jest z hodowli. Dalibyśmy spokój dzikom i innej zwierzynie, a byłoby cacy, bo człowiek jest na Ziemi zbójem i jeśli się nie zmieni, jak zbój – źle skończy.

Małom w „ad remie” mocny, więc na anegdotę pora. Ktoś bardziej oczytany, a takich u nas nie na pęczki, przypomniał jak wielki Mao walczył z wróblami i przegrał. Na polach było bez świergotu, ale hałas nie umilkł, bo w miejsce świergotu stał się chrupot. Chrupała szarańcza, jak również owadzi nielot.

Parę dekad wcześniej, sporo na południe od Chin również mieli kłopot. Też z ptactwem, ale tysiąc razy cięższym od wróbla, ze skrzydłami jak trzeba, ale z egzaminem z latania niezdanym.

Rzecz podam w skrócie. Była I wojna. O Gallipoli z Turkiem bili się na tej wojnie nie tylko woje rodzimi, ale także przybysze z antypodów, to znaczy – „przeciwstopia”. Gdy skończyła się wojna, wrócili żołnierze do tej swojej Australii. Wielu było w bojach mężnych, więc rząd czuł się winny, oprócz blaszek honorowych na mundury, wyrazić hołd i wdzięczność bardziej materialnie.

Uchwalono nadania ziemskie dla weteranów w Zachodniej Australii. Osadnicy, tacy jak nasi na Kresach, orać, bronować i siać zaczęli, marząc o korcach pszenicy. Rosło sobie zboże, a gdy już kłosić zaczynało, zjawiało się to cholerne wielkie ptactwo, ku rozpaczy chłopstwa, do syta się nażerając. Współżyli jakoś z emu osadnicy lat kilka, ale zaczął się Wielki Kryzys i było już na antypodach antypodów znacznie, znacznie mniej lekko.

Ruszyła zatem z supliką do Canberry delegacja i, o dziwo, powróciła z tarczą. Minister obrony sir George F. Pearce zgodził się wysłać na południowy zachód karną ekspedycję z misją wystrzelania stad emu z karabinów maszynowych „lewis”. Dowodził odsieczą „przeciwptaczną” major G.P.W. Meredith z 7. Ciężkiej baterii Królewskiej Artylerii Ciężkiej. Miał pod sobą sierżanta i strzelca, dwa lewisy i skrzynki z amunicją w liczbie sztuk dziesięciu tysięcy. Chwałę oręża zachować mieli dla potomności operatorzy kroniki filmowej wysłani przez rząd wraz z wojskiem.

Operacja rozpoczęła się 2 listopada 1932 r., tuż po deszczach. W raporcie stoi napisane, że w pierwszej potyczce zabito „pewną liczbę ptaków”. Drugi kontakt z wrogiem był skuteczniejszy – zabito „prawdopodobnie tuzin” wrednych jak polskie dziki emu. 4 listopada przyuważono z zasadzki ponoć aż 1000 sztuk ptactwa w stadzie. Ku potomności i dla wiedzy wojennej szerzenia odnotowano w papierach, że mają do czynienia z przeciwnikiem sprytnym, zuchwałym, wręcz niebyle jakim: „każda grupa wydaje się mieć teraz swojego przywódcę – wielkiego ptaka z czarnych piórami, który stoi i na wysokości 6 stóp i czuwa, podczas gdy jego towarzysze dokonują swego dzieła zniszczenia”.

Major Meredith dwoił się i troił, ale jakoś nie szło. W chwili olśnienia wyciągnął z annałów bolszewickiej sztuki wojennej taczankę Siemiona Budionnego. Wprawdzie rzecz miała miejsce na zadupiu, ale zadupiu już stosownie rozwiniętym, więc erkaem zamontowany został na ciężarówce – nie na wozie konnym. Efektów nie było jednak, bowiem ciężarówka trzęsła niemiłosiernie na wertepach i celować się nie dało. Po niecałym tygodniu, wobec krytyki mediów, które – jak zwykle – wszystko psują lub popsuć próbują, minister akcję odwołał. Pozostawiła za sobą koszty materialne i od 50 do 500 ubitych emu, ale na szczęście – jak major odnotował po pierwszym etapie misji – „jego ludzie strat żadnych nie ponieśli”.

W tych szczęsnych okolicznościach, w odpowiedzi na apel premiera Australii Zachodniej, po kilku dniach minister polecił wznowienie operacji eksterminowania emu. Po miesiącu i ostatecznym końcu walk major mógł się pochwalić sukcesami w polu. Wg jego sprawozdań, kładł tygodniowo trupem po 100 sztuk ptactwa. Łączna liczba ofiar śmiertelnych po stronie nieprzyjaciela wyniosła 986, a strzelcy zużyli dokładnie 9860 sztuk amunicji, czyli statystycznie po 10 nabojów na jedno truchło. Skuteczność mogła być nawet wyższa, bo dowódca suponował, że naliczył po drugiej stronie również jakieś 2 500 rannych. W każdym razie, powrót z akcji do koszar nie był ciężki, bo w skrzynce z nabojami do lewisów ostało się jedynie 140 sztuk z 10 tysięcy wydanych przez zbrojmistrza.

W wydaniu z 5 lipca 1953 r. „Saturday Herald” relacjonował wypowiedź, już wówczas pułkownika, Mereditha, który twierdził, że:

gdybyśmy mieli dywizję z odpornością tych ptaków na kule, to moglibyśmy walczyć przeciwko każdej armii na świecie. Emu mogą mierzyć się z karabinami maszynowymi z wrażliwością czołgów. Są jak Zulusi, których nawet pociski dum-dum nie mogły powstrzymać.

Godnego miał Meredith przeciwnika i w starciu z nim nie podołał. Rolnicy jeszcze kilkakrotnie nawoływali władze do interwencji. Postulowano także naloty bombowe z niskich wysokości, ale rząd nowych regularnych wojen z emu już nie wypowiadał. Tępienie szkodników zlecono pospolitemu ruszeniu. W nagrodę za charakterystyczny dziób emu płacono w najlepszym momencie nawet 4 pensy, a jeśli z dziobem dostarczył kto jeszcze jajo, dostawał pensów razem dziesięć. Gdyby porównać tę kwotę do dzisiejszych średnich tygodniówek, byłoby to (te 10 pensów) jakieś 15-16 dolarów australijskich, a więc nie za dużo. W zależności od roku liczmani wypłacali co roku pieniądze za minimum 5 tysięcy zabitych ptaków, ale w 1934 r. zgłoszono trofea w liczbie ponad 57 tysięcy. Gatunek ma się jednak dobrze.

The Great Emu War, bo tak ją nazwano, znalazła miejsce w encyklopediach. Pod hasłem Casuariiform Brittanica zamieściła taki m.in. passus:

Wkrótce rozwiały się marzenia strzelców karabinów maszynowych o bezpośrednim ogniu skierowanym w stronę zwartych ugrupowań emu. Naczelne dowództwo Ptactwa nakazało najwidoczniej taktykę partyzancką, a niesprawna armia emu podzieliła się wkrótce na niezliczone oddziałki, co pozbawiało używanie wobec nich sprzętu wojskowego ekonomicznego sensu. Przybite tym obrotem spraw siły zbrojne wycofały się zatem z pola walki już po około miesiącu. Jakaż u tej natury czelność!”.

Wyrażam, sądzę, nadzieję wielu, że za jakiś czas podobna notka ozdobi życiorysy dwóch ministrów. Jeden z nich Ardanowski, a drugi Kowalczyk. Szkoda, że dziki nie umieją czytać.

Jan Cipiur

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com