Zwykle tak bywa, że historia swoje, a ludzka pamięć swoje. Aleksander Macedoński sławiony przez potomność po dziś dzień za „rozszerzanie wpływów kultury greckiej” bardzo by się zdziwił otrzymywaną oceną, ponieważ – co bez trudu można wyczytać z jego dziejów – nie to akurat spędzało mu sen z oczu.
Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – jego stosunkowo krótkie życie było jedną wielką ewolucją w kierunku wschodniego pojmowania roli władcy i stopniowym przejmowaniem tamtejszych obyczajów. Jeśli kultura grecka coś na tym zyskała w sensie zasięgu geograficznego, to stało się niejako mimochodem, przypadkiem wcale nie zamierzonym.
Ale ludziska i tak wiedzą swoje.
Tym jak niełatwo czasem ocenić człowieka i jego czyny zamęczałem ostatnio słuchaczy przy okazji rozmów o II rozbiorze Polski, Targowicy i osobach w te wydarzenia zamieszanych.
Z perspektywy 250 lat wszystko wydaje się jasne i proste, ale nie trzeba wiele wysiłku, by pokazać, że żyjącym wówczas ludziom mogło się nieźle w głowach zamieszać. Dowodem dzieje pojedynczych osób z kart naszej historii.
Opowiadałem kiedyś o bohaterze narodowym występującym w państwowym hymnie – Janie Henryku Dąbrowskim. Ilu z nas wie, że gen. Dąbrowski podpisał akt konfederacji targowickiej? Zaskoczenie?
Owszem, tym większe, że to on był jedynym, który zbrojnie przeciwstawił się wkraczającym do Polski wojskom pruskim.
Józef Zabiełło, poseł na sejm 4-letni, który manewrem spowodował szybkie uchwalenie Konstytucji 3 Maja – następnie targowiczanin, ostatecznie powieszony w czasie insurekcji kościuszkowskiej.
Takich postaci można by pokazać kilkadziesiąt bez większego szukania.
Jeżeli już koniecznie chcemy dokonywać oceny, to jak je ocenić?
Jest w naszej historii ciekawy moment, który słabo przebija się do narodowej świadomości, bo w szkole tego na ogół nie uczyli, a teraz już z pewnością uczyć nie będą.
Kiedy sejm grodzieński przyklepał II rozbiór na emigrację udało się wielu działaczy z okresu uchwalania Konstytucji. To – przyjmujemy jako oczywiste – rzecz normalna.
Ale jak to się stało, że w tym samym momencie na emigrację poszła spora część targowiczan? Nawet osławiony Szczęsny Potocki oparł się aż w Hamburgu.
Co się stało? Dlaczego akurat oni opuszczali kraj?
Ambasador rosyjski Sievers był zszokowany postawą Polaków, na których – jak sądził – mógł liczyć choćby dlatego, że wypłacał im stałe pensje.
Poszukując po sejmie grodzieńskim człowieka na urząd kanclerza nie mógł znaleźć chętnego. Wszyscy co bardziej znaczący odmawiali. Marszałek Małachowski złożył urząd i dopiero szósta z kolei osoba zgodziła się na propozycję przejęcia urzędu – osoba bez znaczenia, a więc nie taka jakiej chciał Sievers. Marszałek konfederacji Walewski złożył laskę i nie wycofał dymisji pomimo gróźb dowódcy wojsk rosyjskich Igelstroema, który zapowiadał zajęcie jego dóbr i jeszcze parę innych pomysłowych represji.
Sievers otrzymawszy od Katarzyny II ogromny fundusz na łapówki dla Polaków nie bardzo miał je komu wypłacić.
Przy okazji: wziął 1500 dukatów Raczyński podpisując kwit, który pozwolę sobie przytoczyć w całości jako ciekawostkę dla Czytelnika.
„Podpisany wyznaje (confesio), że odebrał sumę 1500 dukatów z rąk p. Sieversa ambasadora Najjaśniejszej Imperatorowej całej Rosji jako pensję roczną, którą Jej Imperatorska Mość raczyła mi przyznać i w której jestem zaspokojony aż po dzień 1 stycznia 1794. W dowód kwit ten podpisuję
Dan w Warszawie 1793 20 marca
Raczyński”
Sievers miał całą listę takich Raczyńskich przechowywaną wraz z kwitami potwierdzeń w warszawskim banku Teppera, ale tym razem coś się zawiesiło. Co?
Ludzie, którzy latami pobierali sute apanaże od Katarzyny, nagle stanęli dęba.
Targowiczanie opuszczali Polskę, w której to ich wysuwano na wszystkie znaczące stanowiska. Normalne trzęsienie ziemi.
Sievers nie mógł tego zrozumieć. Bał się zresztą o własną skórę, bo sytuacja mogła posłużyć Katarzynie do wysunięcia wobec niego zarzutu nieudolności. W najlepszym wypadku.
Najwyraźniej przekroczona została jakaś granica. Jaka?
Z zachowanych pamiętników, korespondencji i tym podobnych źródeł niezbicie wynika jedno.
Uczestnicy konfederacji targowickiej en masse wierzyli w sens swoich działań.
Szli złą drogą wierząc, że prowadzi ona do zbawienia ukochanej Ojczyzny, do restauracji wolności, którą zdławiła nienawistna Konstytucja 3 Maja.
Każdy kto chciał im pomóc w tej drodze wydawał się aniołem zesłanym z niebios przez Najwyższego, a takiemu aniołowo wierzy się przecież bez zastrzeżeń.
Niestety, anioł miał na imię Katarzyna i zobowiązany był pilnować interesu kraju, którym przyszło mu rządzić, nie zaś przejmować się tłumem zagubionych w politycznych odmętach krzykaczy bez wyobraźni.
Krzykacze, bezwolny tłum magnackiej klienteli nie spodziewali się, że ich działanie doprowadzi do kolejnego podziału Polski. Poczuli się oszukani.
Nie ma znaczenia jakimi słowami dziś opiszemy ich postawę i poziom intelektu (Szczęsnego Potockiego współcześni opisywali jako kogoś kto IQ miał mniejsze, niż obwód uda).
Jest faktem bez trudu zauważalnym w źródłach, że oni naprawdę wierzyli w to co robili.
Czy byli przez to mniej niebezpieczni dla kraju? Oczywiście, że nie. Powiedziałbym, że nawet bardziej. Przekupnego sprzedawczyka można skłonić do zmiany zdania tak samo jak zaczął głosić poprzednie. Do człowieka, który wierzy w to co robi nie trafisz.
W pewnym momencie Sievers stwierdził, że konfederację targowicką trzeba rozwiązać (co uczynił), ponieważ stało się coś co sprawiło, że nie są oni już godnymi zaufania sojusznikami Jej Mości Imperatorowej.
Sejm grodzieński przegłosował II rozbiór… bez głosowania. Na sali byli w ogromnej większości zwolennicy Targowicy, część wybranych za moskiewskie pieniądze, co potwierdzał sam Stanisław August.
Ale kiedy okazało się nad czym mają obradować, na sali zawrzało.
Po wielu protestach zapadła cisza, nikt nie chciał zabrać głosu. W nocy z 2/3 września 1793 roku kiedy padła propozycja głosowania nad „wynegocjowanym” traktatem, nie odezwał się nikt. Marszałek uznał milczenie za wyrażenie zgody i przeszedł do innych punktów porządku. Nikt, nawet najbardziej zagorzali zwolennicy Targowicy nie zagłosowali „za”. Ciekawe, prawda?
Świadomość tego co się stało zaczęła z czasem docierać do mas szlacheckich. Podział społeczeństwa, istniejący od dziesiątków lat, był podziałem na koterie, na grupy klienckie, bez znaczenia jako element trwałej polityki.
Teraz to się gwałtowanie zmieniło. Teraz podział na „my i oni” zaczął pachnieć szubienicą w zależności, kto akurat był przy władzy.
Teraz już nie można było zasłaniać się tłumaczeniem „ja chciałem dobrze”, nikt by tego już nie słuchał.
Insurekcja kościuszkowska zaktywizowała i Rosjan i ich najwierniejszych zwolenników. Biskup Massalski zaproponował Rosjanom, by wykorzystali Wielką Sobotę do wyłapania „wichrzycieli”. Mieliby po rozpoczęciu nabożeństw otoczyć kościoły i wyłapywać wychodzących podejrzanych. Nieźle, jak na biskupa.
Nawisem mówiąc za jego radą poszło w stanie wojennym ZOMO kiedy w kościele mariackim w Gdańsku odbywało się spotkanie z Wałęsą wypuszczonym z internatu. Wrażenie niezapomniane, a pomagające docenić pomysł biskupa Massalskiego.
Na szubienicy zawisł i Massalski i biskup Kossakowski i paru innych, którzy nie mieli gdzie wracać.
Z nimi już nikt nawet nie próbował rozmawiać. Nie było o czym.
Dobrze byłoby czasem o tym pamiętać, że zasłanianie się „wiarą” w posłannictwo wodzów jest argumentem tylko do pewnego momentu. Jeśli się go przegapi i nie powróci do ojczyzny uczciwości i rozumu, to koniec może być tylko jeden.
Opisane przypadki to tylko jeden z przykładów, gdy ludzkość rozwiązywała problem węzła gordyjskiego w stylu Aleksandra. Takich zdarzeń było wiele.
Aby nie pozostawiać Czytelnika w ponurym nastroju, a jednocześnie nie odejść od głównego wątku opowieści, przytoczę list ambasadora Sieversa do przyjaciółki, pani Elżbiety Hexküll, w którym w osobliwy sposób donosi o dokonanym rozbiorze Rzeczypospolitej.
„Dzień dzisiejszy, moja droga Lizetko, głośny będzie w dziejach Polski, Rosji i Prus. Dzisiaj ze strony rosyjskiej w prowincjach obsadzonych przez gen. Kreczetnikowa, ze strony pruskiej gen. Möllendorfa, ogłószony jest nowy rozbiór Polski.
Ponieważ wiem, że lubisz geografię, odczytam ci lekcję (…)Weź kartę Polski i poszukaj krańca Kurlandii gdzie leży Druja, stąd puść się prosto na dół o szerokość trzech twoich paluszków znajdziesz Narocz, trochę na prawo Dubrowę, idź na dół granicą województwa wileńskiego aż do Nieświeża zostawiając na prawo Ostróg, Kaniów i Zasław.
Spuść się do Jampola, potem Dniestrem gdzie zaczyna się granica Turcji. Wszystko co na prawo będzie wcielone do Rosji. Kijowskie, Wołyń i Podole to bardzo piękne prowincje, ogromnie urodzajne i z wielce łagodnym klimatem.”
Sielanka, prawda? Tak to wyglądało w oczach rosyjskiego urzędnika.
Kiedy wśród emigracji polskiej w Saksonii decydowano, że przywódcą przyszłego powstania będzie amerykański generał brygady Andrzej Kościuszko (to nie pomyłka, tak miał ten pan na pierwsze chrzestne imię) wiadomo już było, że sielanki nie będzie.
Skończyła się.
Każda się kiedyś kończy, ale czy wszyscy chcą o tym pamiętać?
Jerzy Łukaszewski



Mieli szczęście targowiczanie że nie było wtedy PiS i większości obozu solidarnościowego. Taki gen. Dąbrowski nie wywinął by się od potępienia i nie pomógłby mu hymn narodowy. Zresztą wiadomo już, że on sam niewiele zdziałał bo w gruncie rzeczy wojskami dowodził utalentowany żołnierz Lech K. A ten nigdy nie wysługiwał się w żadnej formie Rosji.
Panie Jerzy, Pan powinien te felietony wydać . To się czyta z zapartym tchem. Już wiele razy pisałam, że szkolnej historii nie znosiłam, ale gdybym miała takiego nauczyciela, to może nie chemikiem bym została.
Takie felietony byłyby świetną lekturą dla naszych licealistów, to one mogłyby być zaczynem dla ciekawych dyskusji.
A może już pan wydał swoje opowiastki, pełne faktów, o których się milczy, pokazujące zdarzenia niejednoznacznie jak bywa w szkolnych tekstach? Proszę się więc pochwalić, gdzie można je nabyć. A jeśli nie, to ma pan przed sobą ogromną misję – powinien Pan to zrobić.
Panie Jerzy, Pan powinien te felietony wydać . !!
Od dawna tak twierdzę.
O tym np. nie miałem pojęcia, „amerykański generał brygady Andrzej Kościuszko (to nie pomyłka, tak miał ten pan na pierwsze chrzestne imię) ”
Taką wersję Historii zwyczajnie czyta się jednym tchem.
A odnośnie postępowania ludzi gdziekolwiek na świecie to należy stwierdzić.
NIHIL NOVI, tylko nie wszystko jest wyciągane na światło dzienne…
Kłaniam się nisko Panu Historykowi.
Moja zona interesuje się historią Alaski. Byla tam wiele razy. Po przeczytaniu książki na ten temat powiedziała mi, ze ani Rosjanie nie chcieli jej sprzedać, ani Amerykanie nie chcieli jej kupić. Zwolennicy kupienia Alaski załatwili sprawę przy pomocy wielkich łapówek dla amerykańskich parlamentarzystów. Szczegółów nie pamiętam, ale były smakowite. To tak dla przypomnienia, ze niektóre łapówki maja dobre intencje i następstwa.
.
To tak na marginesie następnej prezydentury USA. Historycy będą mieli co pisać.
Czekam na książkę j.Luka.
Koniecznie z ilustracjami Autora. A także paroma wierszami, które bywają znakomite.
j.Luk na Prezydenta!
Jest książka rewelacyjna „Pomorza historie mniej znane”. Dostałem ją od Autora w prezencie, wziąłem do ręki, a odłożyłem, jak skończyłem. Miałem przysłać na SO recenzję, ale ostatnio słabo mi idzie wywiązywanie się z obowiązków służbowych, rodzinnych i moralnych. W każdym razie, kupujcie: https://aksiazka.pl/produkt-231443,pomorza-historie-mniej-znane
Już kupione 🙂 Przy okazji zakupiłam prezenty pod choinkę – komiks Wajraka.
Teraz w takim razie czekamy na następne książki z ilustracjami autora, bo to perełki.
Lekcja z tej lekcji historii ogromnie smutna płynie. I „my” i „oni” żyjemy obok siebie, przekonani o własnej racji, niezdolne do rozmowy, i jedyne, co może przynieść otrzeźwienie, to niewyobrażalna tragedia. A to już będzie za późno.
Historia według Autora jest właśnie prawdziwa przez wielobarwność i niejednoznaczność postaci. Zwykliśmy Konfederację Targowicką traktować jako jednoznaczną zdradę stanu a jej uczestników za zdrajców. Tymczasem nic nie jest ani proste, ani oczywiste. Byli jawni zdrajcy, byli przebiegli politycy (w ówczesnych kategoriach), byli wreszcie patrioci, którzy zostali wmanewrowani. Dla członków i popleczników PiS to bolesna przepowiednia.
Kiedyś, jeden z wybitnych opozycjonistów z czasów PRL sformułował taką tezę, iż upadek państwa polskiego zaczął się w II połowie XV wieku, ponieważ szlachta przestała najwybitniejszych swoich synów kierować do szkół i do administracji publicznej. Upadek tej ostatniej zapoczątkował degenerację państwa polskiego. Ciekawe czy taki pogląd ma oparcie w faktach?
Nie będąc wybitnym opozycjonistą, wypowiem swoją własną tezę, ze upadek państwa polskiego był kiedyś i jest teraz spowodowany przez rozrost Kościoła Katolickiego, który pełni rolę nowotworu. Ciekawe czy taki pogląd ma oparcie w faktach?
„niektóre łapówki maja dobre intencje i następstwa.”
Napisałem to zdanie dość automatycznie. Po powtórnym przeczytaniu nie jestem pewien, czy los Indian można zaliczyć do dobrych następstw.
Próbowałem kupić, ale nic z tego, bo firma nie przyjmuje cywilizowanych form płatności.
Można spróbować tutaj. Akceptują wszystkie możliwe sposoby płatności.
http://www.nieprzeczytane.pl/Pomorza-historia-mniej-znana,product680706.html
Dziękuję! Zamówione!
Tez zamowilem z wysylka do domu na Saskiej Kepie i zaplata przy odbiorze. Dziekuje! Kiedy nastepne ksiazki?
Dziękuję wszystkim za miłe słowa, ale z książką w Polsce nie jest najlepiej w ostatnich latach. Materiałów mam na co najmniej kilka, niektóre zawierające absolutnie unikalne znaleziska, ale pierwsze pytanie, które obecnie wydawca zadaje autorowi (jeszcze przed przeczytaniem co ten nadesłał) to „Czy załatwi pan jakieś dofinansowanie do wydania?”. Nie załatwi. Nie ma najmniejszego zamiaru.
Historia z perspektywy pojedynczego człowieka jest na ogół ciekawsza, niż lekcje szkolne, bo prędzej czy później czytelnik zada sobie pytanie: jak ja bym w tej sytuacji postąpił. A to już zaczyna bardzo osobistą relację z postacią, o której się czyta, co z kolei prowadzi do innego spojrzenia na całość.
Ciekawe ilu dzisiejszych pseudopatriotów spokojnie przeczytałoby listy Kościuszki, który stacjonując za młodu we Włocławku błagał przełożonych, by go „zabrali z Korony bo wytrzymać tu nie może” i przenieśli na ukochaną Litwę? Te listy zachowały się w archiwach.
Kościuszko był kim był, zrobił tyle ile zrobił, ale miał prawo do prywatnych sympatii i antypatii? No oczywiście, że miał bo niby dlaczego nie? Czy to umniejsza jego postać?
Pokazanie Kościuszki latającego za dziewczynami jest moim zdaniem wręcz wychowawcze. Pokazuje uczniowi/studentowi, że zwyczajny człowiek, jak ty i ja, mający te same problemy, oddający się tym samym namiętnościom, jest w stanie stanąć na wysokości zadania w chwili gdy zajdzie potrzeba. Bohaterowie narodowi to nie postacie wykute w skałach, które nie spały nie jadły i nie … no, tego tam … , tylko myślały o Ojczyźnie, ale normalni ludzie. Z takiej lekcji uczeń/student powinien wynieść przekonanie, że jego też stać na podobne rzeczy, powinien poczuć się nie gorszy od innych. Jest to o tyle ważne, że dziś wśród coraz bardziej głośnej grupy społeczeństwa polskiego widać objawy klasycznego polskiego zakompleksienia wyhodowanego w czasie zaborów, z którym jak dotąd nikt nie tylko nie umiał sobie poradzić, ale niektórzy cynicznie zaczęli tę polską cechę wykorzystywać dla własnych korzyści.
Niedługo znów będziemy uczyć się w szkole o machaniu szabelką i obawiam się, że żaden nauczyciel nie opowie o Kościuszce, który kazał długo czekać na odpowiedź gdy zaproponowano mu przywództwo powstania. To nie był oszołom z szabelką, ale oficer fachowiec. Musiał przemyśleć wiele rzeczy, zważyć szanse itd.
Przypomniała mi się jeszcze jedna fajna scena z naszej historii.
Po bitwie pod Racławicami Kościuszko spędził na pobojowisku jeszcze wiele godzin ze swoimi wojakami, w większości świeżakami bez doświadczenia. Wygłaszał pochwały, wręczał odznaczenia, awanse, przemawiał co i rusz itd. Dlaczego? Bo jako fachowiec z branży wojskowej wiedział, że mając okazję w postaci zwycięstwa (w bitwie bez większego znaczenia strategicznego, bo pobił tylko straż przednią armii rosyjskiej) musi ją wykorzystać dla dodania pewności rekrutom, co w przyszłości zaowocuje ich jeszcze lepszą postawą na polu walki. Docenił element psychologiczny i odstawił pod Racławicami teatrzyk przeciągając go niemal do rana. Morale wojska podniosło się niewątpliwie. Trzech kosynierów awansowano na pierwszy stopień oficerski.
Kolejna śmieszna trochę sprawa. Wojciech Bartosz – legendarny kosynier z obrazu Matejki uznał, że jako oficer nie może dalej nazywać się „po chłopsku” i przybrał nazwisko Głowacki. Wbrew pozorom to całkiem poważna sprawa nadająca się na osobne studium, bo takich przypadków było więcej wśród chłopów i mieszczan.
A sami kosynierzy? To przecież nie „naród”, który spontanicznie odpowiedział na wezwanie Naczelnika, ale wyszkolone oddziały przez braci Slaskich. A kosy? Chłop chwycił, przekuł na sztorc i poleciał bić Moskala? Niezupełnie. Był nawet podręcznik stosowania kos w walce, bo skuteczne były jedynie w niektórych sytuacjach.
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/a2.jpg
A nasi „spontaniczni” kosynierzy byli jednostkami wyposażonymi w większości w broń palną.
http://ruslan.pecado.pl/upload2/readfile.php?file=ruslan/a1.jpg
I tak można bez końca.
Panie Jerzy,
„…i tak można bez końca”. Skoro można, a widać że i trzeba, to ma pan to zrobić!
Poczytnych autorów się chyba jednak drukuje. Bieżemy się do roboty, by tę co już napisana reklamować. Ktoś może ma inne możliwości, ja skromne, ale tyle ile mogę – już rozreklamowałam kilku bibliotekom (teraz wydają pieniądze na zakupy, bo budżet przepadnie).
Tyle ciekawych historii, do tego opowiedzianych tak, że oderwać się od tekstu nie można.
Wiem, że to zabrzmi pompatycznie, ale tego nam teraz właśnie potrzeba, tej pracy u podstaw, z sensem użytecznej.
Chodzenia z flagami i napinania muskuł, a właściwie strzępienia języków oraz skandowania mam już trochę dość. Skandowania dzieci mają uczyć się w tej zmienionej szkole, a nam potrzeba tego, co Pan potrafi.
To bardzo prosimy. Wnuczęta muszę zaporowo ( przed Dobrą Zmianą) dokształcać. Robię, co mogę, przynajmniej na temat naszej Gdyni …ale potrzebujemy więcej. Pozdrawiam serdecznie. :))
Podsumowując Ignacym Kraszewskim:
„Dobry rozum po szkodzie,
jeszcze lepszy przed szkodą”
Amen
Moim zdaniem bardziej pasuje Kochanowski: „… przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”. Zdanie zaczyna się od przymiotnika „nową”. Ale to nie jest nowa przypowieść. Stara, dawno kupiona.
@j.Luk: A co Pan powie na temat e-book? Od jakiegoś czasu można pisać i publikować w internecie. Amazon sprzedaje takie książki. W Polsce na pewno tez można. Do tego nawet nie trzeba wydawcy.
Słów parę o wydawaniu książek.
Nie jest trudne zrobienie tego samemu. Wiele lat temu trafiłem do buddyjskiej sangi. W Polsce wydali jedną książkę swego znakomitego mistrza. Miała powodzenie. Zapytałem w sandze, czy mistrz niczego więcej nie użyczył swoim licznym uczniom w wielu krajach świata? Ach, nie, jest mnóstwo materiału z jego rozmów z uczniami i oni nawet próbowali coś w Polsce wydać, ale się nie udało, bo ktoś tam nawalił itd. No i w ogóle nie ma pieniędzy.
W minutę wymyśliłem jak wydać książkę bez pieniędzy. Macie (mamy) wielu praktykujących w Polsce. Można zrobić coś w rodzaju subskrypcji. Łatwo policzyć ile kosztuje przygotowanie książki do druku, a więc w przybliżeniu można będzie określić nakład i cenę, w oparciu o zgłoszenia chętnych. Subskrybenci wpłacą za książkę i są pieniądze.
Ach, jaka dyskusja się rozpętała, a wniosek jeden, jak to w Polsce – to nie jest możliwe. Zrozumiałem, że jeśli chcę zobaczyć taką książkę to muszę to zrobić sam.
W skrócie. Przygotowałem książkę, choć nie były to materiały mistrza. Przyjaciółka malarka zrobiła okładkę i piękne ilustracje. Znalazł się młody człowiek, który przygotował książkę do druku od strony technicznej. Książkę wydałem, potem poszedłem do kilku firm od dystrybucji i szybko się rozeszła. Potem jeszcze tzw. pozytywni hakerzy skopiowali ją nielegalnie i do dziś krąży w internecie.
Tu parę słów o rynku książki w Polsce (a wydawca niemiecki pisał mi że u nich nie lepiej). Otóż panem jest dystrybutor który zwykle zgarnia połowę pieniędzy ze sprzedaży, a jego zadanie zwykle ogranicza się do rozesłania książki do księgarń. Co więcej, często działa bez zaangażowania. Kiedy pierwsza książka się ukazała (a wydałem ich w sumie kilka), pisali do mnie i dzwonili ludzie z różnych stron kraju, że chcą ją kupić ale nie mogą jej dostać. Interweniowałem u dystrybutorów. Okazało się, że książka na składzie jest, ale nikomu nie zależy żeby ją po raz drugi dostarczyć do księgarń, mimo że pierwsza partia szybko się sprzedała. Robili to czasem po mojej interwencji. Duzi wydawcy mają swoje księgarnie i dbają o dystrybucję, mniejsi są tylko przekaźnikami i mało się interesują.
Część książek sam dostarczałem do księgarń, co dało dobre efekty i wyższy zysk (choć nie wydałem książki dla zysku, to była moja działalność uboczna). Przy następnych książkach, które wydałem tylko dla amatorów i zwykle nie dostarczałem do księgarń, sam wysyłałem książki zainteresowanym. Książek nie reklamowałem (nie zależało mi na dużej sprzedaży), ale niektórzy z czytelników umieszczali informacje o nich na swoich stronach internetowych i do dziś amatorzy do mnie trafiają.
Niektóre z wydawnictw same wszystko przygotowują i książkę wydają, trzeba im tylko zapłacić za obróbkę techniczną, korektę, okładkę i ew. ilustracje. Dystrybucją można zająć się samemu bądź powierzyć wydawcy. Gdyby pan Jerzy przygotował krótką zachętę z soczystymi fragmentami książki i rozprowadził wśród uczniów, zamieścił w Studio itp. to mógłby zrobić subskrypcję. Zorientowałby się ilu wstępnie jest chętnych, podzielił koszty i wtedy zaproponował subskrybentom odpowiednią cenę. Jeśli potwierdzą chęć nabycia za taką cenę to można zebrać od nich pieniądze i książkę wydać. Powodzenia!