Motto:
„Byliśmy lwami i lampartami, po nas przyszły osły i barany”.
Giuseppe Tomasi di Lampedusa „Lampart”
Gdy wsłuchamy się w propagandę partii niemiłościwie nam rządzącej, dowiemy się, że źródłem wszelkiego zła, wręcz samym złem wcielonym, są „elity” i „establishment”.
Zacytujmy Słownik Języka Polskiego (PWN), co te terminy znaczą.
Elita to „grupa ludzi wyróżniająca się lub uprzywilejowana w stosunku do reszty społeczeństwa ze względu na posiadanie pewnych cech lub dóbr cenionych społecznie. Elita naukowa, artystyczna, intelektualna;
Establishment to „grupa osób mających władzę i autorytet, wywierających wpływ na życie publiczne. Artystyczny, bogaty establishment”.
No to jesteśmy w domu. Wrogiem PiS-u jest „grupa ludzi wyróżniająca się lub uprzywilejowana w stosunku do reszty społeczeństwa”, oraz „grupa osób mających władzę i autorytet, wywierających wpływ na życie publiczne”. No dobrze, powie ktoś, ale przecież politycy PiS to też „grupa ludzi wyróżniająca się i uprzywilejowana w stosunku do reszty społeczeństwa, oraz mających władzę i wpływ na życie publiczne”. No to o co chodzi?
Uważny czytelnik zapewne zauważył, że zdania te nie są do końca takie same. Owszem, PiS to grupa ludzi wyróżniająca się i uprzywilejowana w stosunku do reszty społeczeństwa”, ale nie „ze względu na posiadanie pewnych cech lub dóbr cenionych społecznie”, tylko dzięki dorwaniu się do władzy metodą oszukiwania społeczeństwa, szczucia, zmasowanego kłamstwa i chamskich zagrywek. Zwycięstwo PiS-u nie wyrosło na bazie „cech cenionych społecznie”, tylko dzięki odwoływaniu się najgorszych cech ludzkiej osobowości, do nienawiści, zawiści, rasizmu, ksenofobii, nieuctwa i głupoty. Tym właśnie się ta jelita różni od elity.
Podobnie z establishmentem. PiS dobrze wie, że do bycia establishmentem brakuje mu jednego, ale istotnego elementu: autorytetu. Obie definicje ze słownika nie pozostawiają wątpliwości, o jaki autorytet chodzi: naukowy, artystyczny, intelektualny… Oczywiście, wedle definicji establishment jest też „bogaty”, ale chyba nie tego ludziom PiS-u brakuje. Politycy PiS-u na pewno do biednych nie należą.
Propaganda PiS głosi też, że samym złem są ludzie którzy „utracili władzę i przywileje”, a samym dobrem są ludzie, którzy dorwali się do władzy i przywilejów. Ta dość osobliwa logika wyrażona została niedawno przez Prezesa Wszystkich Prezesów w wywiadzie dla agencji Reuters: „Traciliśmy miliardy […], [a obecnie] po prostu zabieramy pieniądze elitom, które je gdzieś zagrabiły”. Toż to typowa logika Kalego: oni zabierali nam (to źle), a mu zabieramy im (to dobrze). Przypomnijmy jeszcze, że nie ma tu mowy o bogatych, czyli establishmencie, bo w definicji elity nie ma mowy o bogactwie, tylko o cechach cenionych społecznie, naukowych, artystycznych, intelektualnych. Oczywiście to, że naukowcy, artyści i intelektualiści „zagrabili miliardy” istnieje tylko w chorej wyobraźni Prezesa.
Ale idźmy dalej: „wymieniamy elity” mówi Prezes i wtóruje mu dawny miłośnik cudzych adidasów, oraz wzorzec cnót moralnych i religijnych, który niegdyś kradł radia z samochodów „z pobudek patriotycznych”.
Otóż, jak się coś wymienia, to wypadałoby powiedzieć na co. W starym sowieckim dowcipie „pomieniali” parowóz na wódkę. Tym razem podobnie, wymienia się naukowców, artystów i intelektualistów na posła fryzjera, co nie słyszał o Carycy Katarzynie, wychodzi się demonstracyjnie z sali, gdy Sejm ma uhonorować Andrzeja Wajdę, Sejm przenosi się do kanciapy…
— Co to dziś za Wersal – pytały zające.
Odezwał się jeden: — wybaczcie, że wtrącę:
— gdy bydło w salonie, to salon na łące.
Krzysztof Łoziński
„łże-elita, lumpen-inteligent, wykształciuch”



Dobrze brzmi: PiS jelita… doszli do władzy kłamstwami i oczernianiem innych. Teraz rządzą doborem wsobnym, oszukując, że znają się na rzeczy. Niszczą wszystko, także morale narodu. Jak długo jeszcze opozycja będzie się jednoczyć przeciw tym barbarzyńcom?
@Pokonos , „dobór wsobny”? też jesteś od nas, bajologów? Nie ma sprawy, ale nie wciskaj nam tej terminologii, co trochę nie po drodze. U mnie to się nazywało chów wsobny. Wisz major, lewy do prawego, prawy do lewego i nasza opo się zjedno. A ta siła wyższa (chwilowo) różni się od nich, w gruncie rzeczy, niewiele. Tyle że jest niecierpliwa i chce przepchnąć wszystkich swoich do kołaczy bez pracy. (co zresztą było ideałem bytu już u starożytnych Rzymian.) Władza ma pozwolić ten stan rzeczy utrzymać na tyle długo, aby się nachapać, skitrać zdobycz w majtki i uciec w krzaki. Bo przecież ten drugi oddech kaczuchy nie będzie długi (wis major Kostucha). Naprawdę ciekawi mnie, jak następna władza będzie (i czy) ożywiała zadeptaną po drodze demokrację.
Z sieci..
„Platforma z Pisem
za łby się wodzą.
Mają ludzi w dupie
i krajowi szkodzą.”
To nawet nie jest jelita – to ciemny, nienawistny i chamski lud. Oni też to świetnie wiedzą i stąd taka nienawiść. Ale nic im już nie pomoże. Zbudowanie czegoś trwałego na kłamstwach, oszustwach i szczuciu Polaków przeciw sobie jest niemożliwe.
Cóż może wyjść z jelit?
No co?, no co? A czy obecny Sejm w ktorym najpierw sie cos je, pokazuje srodkowy palec, lub taranuje ludzi na drodze, to nie to co moze wyjsc z tych jelit?
Czy panowie zapomnieli, że jelita to jeden z najstarszych herbów szlacheckich?
Sprawdziłem – Byli tam np. Kisielewscy, ale na pewno nie kaczyński.
Nie zapomnieli. Wiemy i o Florianie Szarym i in. Ale jak Pan zapewne wie, herby szlacheckie miewały różne odmiany.
Ta współczesna wyglądałaby mniej więcej tak
Dobrze, że zamiast tłuczka do kartofli nie dzierży tego fiuta z własną gębą, który upublicznił jego osobisty bulterier.
We wszystkich grafikach upowszechnianych przez Pana Jerzego główny bohater ma twarz mężną, okrutną i zawziętą. Długo nie mogłem jej nazwać i dopiero dzisiaj skojarzyła mi się, a jakże, z ptakiem tym razem drapieżnym jakim jest sęp. Skojarzenie ma wiele wymiarów uniwersalnych i pasujących jak ulał dla naszego „guru” – np. zasępić się, załapać się na sępa, wreszcie „sępić” jako oznaka hojności. Prawdziwy sęp żywi się padliną. Nasz pupilek szczególną odmianą padliny – z tronu na którym siedzi.
Skojarzenie absolutnie zbieżne z moim. Jeden z pierwszych rysunków w tej wersji wyglądał tak
Dla mnie jest też i kaczką.
Taką, do jakiej sikałem w szpitalu, a teraz od święta będę wywieszał na balkonie.
Coś takiego?
Nie, to chyba jest basen, czyli coś dla dam lub na grubszą robotę.
Ale zawsze kaczkę można w basenie zanurzyć.
Wprawdzie autor nowego herbu nie protestuje, ale dla mnie to nie tłuczek, tylko firlejka, czyli mątewka. Jeszcze nie tłucze, ale już mąci.
Zgadza się, to fyrla 🙂 Uznałem to za szczegół, więc nie protestowałem, ale ma Pani rację. To się daje wyinterpretować 🙂
Moja teściowa (Wielkopolanka, urodzona wiek temu w Gnieźnie) mawiała o tym narzędziu kwirlejka, a używanie go – kwirlaniem
Też mi coś nie pasowało z tym tłuczkiem, ale nawet niemieckim kpiarzom jegomość na nocniku kojarzył się z kartoflem, więc pozostałem przy tłuczku. Teraz już wiem, jak to coś się nazywa, a skoro mam (jeszcze nieużywane) w szufladzie, dowiem się, do czego w istocie służy. 🙂
Mątewka (firlejka), w niektórych rejonach Polski z wiejska koziołkiem zwane, to wielce zacne urządzenie, którym rozrabia się rzadkie ciasto, barszcz, śmietanę, maślankę, jogurt, etc. Kiedy nie były upowszechnione miksery urządzeniem tym świetnie rozrabiało się ciasto na naleśniki.
Jednakże sądząc po dzierżycielu, w jego przypadku działalność tym urządzeniem delikatnie rzec ujmując nadawała by mu określenie mąciwoda, by nie zaoszczędzić czytelnikom dosłowności w zakresie mącenia zawartości „tronu”.
W okolicach mojego dzieciństwa sprzęt ten był zwany „kłótką”, a czynność kłóceniem (płynnego ciasta czy kwaśnego mleka). Sądzę, że ta nazwa jest najbardziej adekwatna w tym kontekście…
Jako urodzony Poznaniak (pierwszy w rodzinie) nazywałem to urządzenie kwyrlejką. Ale nie mam pojęcia czy to poznańska nazwa czy przyniesiona przez mego dziadka z Galicji. To jemu zawdzięczam umiejętność wykonywania tego cudu z choinek świątecznych. Jak wyrzucało się choinkę po świętach to trzeba było uciąć sam czubek wraz z pierwszymi gwiaździście odchodzącymi gałązkami tuż pod.nim. Do tego nadawały się jedynie bardzo symetrczne czubki. Gałązki boczne ucinało się na kilka cm długości, zaokrąglało spód pod nimi na prawie płasko. Im bardziej prostopadłe gałązki były, tym bardziej wydajna kwyrlejka. Całość się obierało z cienkiej kory. I taka gładka lśniąca i biała kwyrlejka obracana w dłoniach służyła mi potem do robienia kogla-mogla! Trochę mi szkoda, że teraz stała się berłem. I znakiem mąciwody, bo nawet to drobne urządzenie nie zasługuje na takie łapy!
Na internecie znalazłem to zdjęcie idealnej kwyrlejki
Ale się narobiło. Całkiem zakwyrlaliśmy Autorowi wątek.
Tak mnie zaskoczyły te różne nazwy, że zrobiłam szybki research i uprzejmie donoszę w temacie firlejek 😉
.
Pluje się w dłonie, ujmuje pomiędzy nimi kwyrlę i kwyrla się (znaczy obraca się kwyrlę wokół jej osi naprzemiennie w obie strony) (z Internetu)
Aż poczułam się w obowiązku sprawdzić jak to jest w różnych częściach kraju – w gwarach, ale i w zwyczajowych nazwach.
U mnie w domu to była mątewka i leży sobie od czasów przedwojnia, taka stara, poczerniała, z drewna. Współczesne, ogłaszane na witrynach ze sprzętem AGD bywają już nawet z… silikonu (o zgrozo!), ale także tradycyjnie drewniane z brzozy, buka. Oczywiście nie brak tych z czubków choinek, robionych w domach zwyczajowo do tej pory co roku (pierwszy raz o tym słyszę).
Nazwy bywają najróżniejsze:
kołotuszka – lwowska,
kołotewka od lwowskiej kołotuszki,
kwirlejka lub firlejka – Poznań,
firlejka – Pałuki (kaliskie?),
rogalka lub rogulka – Beskid,
rogalek – olkuskie,
wiatraczek – lubelskie,
montewka – warszawskie,
fyrlok – Śląsk Czarny,
koziołek – kujawskie,
kwećka – Łódź, Piotrków,
rogołka – Żory,
kręciołek, fyrtałka, bełtniczka – bez adresu. Oraz szokujący rekultywator spożywczy (coś jak męski zwis górny?).
@ MALGORZATA TYMIANKOWSKA – brawo i ukłony. W ten sposób żart ze starego sępa zakończył się lekturą pożytecznych wiadomości, wzbogacających naszą wiedzę o tradycyjnych narzędziach kuchennych i języku polskim. To dużo bardziej twórcze i wartościowe niż omawianie „przymiotów” satrapy nikczemnego wzrostu.
@Sławek : przyłączam się, podziw dla Pani Małgorzaty (perły). Nie mam pojęcia, czy niemiecki Quirl był pierwszy, czy odwrotnie, (jak ten ich Pflug – z naszego pługa). W każdym razie warto dokumentować, że Polacy już od niegdyś mieli swoje różne języki.
Jakie to szczęście, że nie posadziłem go na ryczce, bo wtedy by się zaczęło 🙂
W antrejce na ryczce stały pyry w tytce. 😉
.
Nie dam się sprowokować, bo mi paluszki uświerkły (awaria c.o.) 😉