Stefan Bratkowski: Jak to na wojence ładnie

2017-05-31.

Stan wojenny?

Jakże inteligentnie Jarosław Kaczyński dobrał aktorów do iście amerykańskiej w stylu kampanii wyborczej, sam ukryty za jej kulisami! Wymijających prawdę ataków i fałszów nikt nie prostował, ani też nie przepraszał za nie. To dzisiaj uchodzi. Pojęcie wstydu zanikło.

Ale ówczesny wybraniec narodu był przynajmniej cyniczny kulturalnie. Grał kogoś innego i wiedział o tym doskonale. Grał jak potrafił. Miał zebrać trochę sympatii dla wodza, bo wodza wyborcy na razie nie trawili. O ile wiemy, Jarosław Kaczyński wycofał się z bezpośredniej gry, dowiedziawszy się, że jest jednym z trzech najbardziej nielubianych polityków polskich.

Powstała nowa sytuacja. Ta sytuacja jest nowa któryś raz z rzędu. 25 lat wcześniej chętnie kupowano perspektywę szybkiego dobrobytu od tajemniczego miliardera z dżungli. Kiedy przyszło co do czego, nie miał po co otwierać swojej mitycznej teczki, bo niczego w niej nie miał. Nikt za to nie podważał autentyzmu Leppera, byłego dyrektora PGR-u. To nie był człowiek znikąd. Mógł obiecywać to, co rozumieli i on, i jego wyborcy. Kiedy już nie miał czego obiecywać, zaplątał się prawdopodobnie w jakieś nieciekawe interesy i skończył honorowo, samobójstwem, którego nikt nie próbował rozszyfrować, zapewne przez szacunek dla śmierci. I na ogół nie kłamał. Na ogół.

Nie interesujmy się wszelako kłamstwami, tu byłyby zbędnymi ozdobnikami. Chodzi o pytanie podstawowe – jak człowiek, którego pół roku wcześniej po prostu nikt nie znał, mógł wygrać z kimś, kto cieszył się zaufaniem 70% współobywateli, czyli większą wiarygodnością, niż jakikolwiek polityk ostatnich 25 lat, z samym Lechem Wałęsą włącznie?

To samo z nagłą karierą energicznej wygadanej pani, parę miesięcy przedtem nie za bardzo znanej nawet w samym PiS. Ożywił i tę wymyśloną postać Jarosław Kaczyński. Pokonała w samym PiS rywali o znanych nazwiskach. Też bardzo inteligentna. Już popularniejsza od wodza.

Było oczywiste, że będzie rządził z tylnego siedzenia. Nikt nie mógł tylko przewidzieć, czy rozsądnie. Kwalifikacje intelektualne klasy najwyższej udowodnił samym projektem kampanii wyborczej. Niestety, jego charakter psuje mu te kwalifikacje. Podatność na żądzę zemsty nie maleje, niejednokrotnie ją manifestował, nie potrafi jej ukryć.

Do tego – nasilająca się próżność i chorobliwa dziś lekkomyślność. Płynie ona z pewności siebie, deformuje ocenę sytuacji. To wszystko niczego jeszcze nie tłumaczy i o niczym nie przesądza, w końcu to sam Kaczyński pozwalał swojemu talentowi zrażać sobie ludzi i przegrywać istotne konfrontacje. Sam siebie przegrywał i może znowu tak się to wszystko obrócić. Totalną, kompromitującą, niespotykanej skali klęskę, 27 do 1, zadała mu Unia Europejska, odrzuciwszy kandydata, którego wystawił – on zaś udaje, że nic się nie stało. Niemniej w tej historii jest nadal postacią pierwszoplanową. Bo nie można spodziewać się po nim, że przeprosi tych, którym wymyślał w sejmie, tych, których obrażał. Nie przypuszczam, by siadł z nimi do narady nad przyszłością polityczną kraju. Jego zamysły i powołanie wykraczają nawet poza skalę Europy. Już obserwowaliśmy, jak próbował decydować o niej.

Stabilizacja, właściwa demokracjom, sama siebie podważa, zwłaszcza, gdy nie rozdaje władzy, stąd reakcja odrzucenia przez żądnych władzy. Wśród nich– Kaczyńskiego. Pamiętam to – „idziemy po zwycięstwo!” Trzeba walczyć i zwyciężać, oni wszyscy chcą czuć się ważni, nie tylko on, inni też, jak uczył hitlerowski nauczyciel walki, Carl Schmitt. To w ustabilizowanym świecie nie przychodzi ani łatwo, ani szybko. Władza, jak się ją zdobędzie, rozgrzesza z bezmyślności. Stare demokracje zaś niezbyt przejmują się bezmyślnymi buntami. Władza demokracji wie, że te bunty mijają. I tylko czasem dyskutuje nad nimi. Bywa, niestety, że za późno.

Nasza tu „zimna wojna” domowa w różnych wariantach miała obalić funkcjonujący reżim. Tak to sobie przedstawiano i w to wierzono. Ilu wśród zwolenników było wyrachowanych „poputczyków” i ambitnych niedouków, możemy obliczać tylko szacunkowo. Pokój i bezkarność zawsze owocują urodzajem wariatów tudzież idiotów z jakimś programem dezorganizacji państwa…

Zwycięstwo zapewnił Dudzie Kukiz i gdyby nie jego „ruch”, Komorowski wygrałby. Minimalną większością głosów, ale wygrałby. Tyle że to nie zmieniłoby obrazu, najwyżej podniosłoby złowrogimi demonstracjami temperaturę podniecenia. Nie zmniejszyłoby w niczym jej potencjału.

Agresor wypowiedział wojnę (jeśli uznać, że ją wypowiedział!), miała ta wojna strategię, i długofalowy program, i rozbudowaną technologię. Populizm rzadko buduje się na jednym, powtarzalnym motywie i sposobie publicznej rozmowy. Powtórzę: sprawdziła się ta wytrwała, ciągła i drastyczna dyfamacja, osobista i polityczna, konsekwentne odbieranie wiarygodności całej zaatakowanej stronie wojny, wyśmiewanie i podważanie postępów i sukcesów przeciwnika, obelgi i chuligańskie awantury na spotkaniach z jego ludźmi, gesty odmowy współpracy, często nawet kontaktów – z wszystkimi typowymi dla sytuacji bezwstydnymi kłamstwami, z uruchamianymi, narodowymi naszymi kompleksami, urazami, idiosynkrazjami, niechęcią, zawiścią i skrytą nienawiścią, co selekcjonowano z taką precyzją jako materiał do insynuacji i wymysłów. Wszystko, co skrupulatnie obmyślał prawdopodobnie Kaczyński ze swoimi ludźmi – jak i wycofanie się z tego stylu uprawiania polityki. Choć na zwycięstwo Dudy nie liczył. To raczej on sam, Kaczyński, ratować miał kraj z chaosu, jeśli go wywoła…

Pytaniem, tematem wartym zastanowienia, jest: jak ludzi, którzy nadstawiali głowy i włożyli tyle wysiłku w odzyskanie i budowę odzyskanego państwa, czyli faktycznych autorów niepodległości i wolności Polski, zrobiono w opinii redaktorów „gadzinówek” wrogami tej radości? Tego nie zdziałali ani Kukiz, ani Mikke. To również potęga skutecznej populistycznej manipulacji, którą dla samej ciekawości warto odsłonić.

Większość klientów Kaczyńskiego i Dudy – tak, większość – nie wiedziała, że niepodległość zawdzięcza właśnie tym „wrogom”, obrzucanym kłamstwami gówniarzy wobec nas, ludzi starszych. Kiedy starsi koledzy ryzykowali głowami dla Polski w roku 1956, wielu dzisiejszych bohaterów dopiero niedawno wstawało z nocniczków – co nie uwłacza niczyim talentom, wszyscy przeszli tę fazę życiorysu. Wtedy nikogo nie uczono ani robienia kupki, ani kombinacji w grze politycznej. Nawet i samej gry. Kaczyński, autentycznie zdolny, opanował tę sztukę sam.

Zwielokrotnienie aktów agresji robiło wrażenie, tym bardziej, że zastało drugą stronę całkowicie nieprzygotowaną – nikt się w cywilizowanym kraju nie spodziewał takiego wybuchu zła i chamstwa. Jeszcze z oskarżeniami o „przemysł pogardy”, który, gdyby istniał, bardzo by się przydał.

Na szczęście, i dla nas, i dla siebie, Kaczyński popełniał błędy. Chciał zająć możliwie dużo z umysłowego terytorium Polski, ruszył pierwotnie na podbój inteligencji. O tyle zasadnie, że inteligencja, zawsze oporna, żywiła irytująco krytyczny, nawet prześmiewczy stosunek do PiS-u. Nie wierzyła w zamach smoleński, którym Macierewicz nadal próbuje wysadzić to państwo w powietrze. Inteligencja polska z wyprowadzania od stołów operacyjnych w kajdankach nawet największych chirurgów mogła dedukować, że dla władzy Kaczyńskiego i Ziobry nie ma mocnych. Chirurdzy są w świecie inteligencji polskiej najwyżej cenionym, uświęconym zawodem, niemal symbolicznym. Uratowali od śmierci dziesiątki ludzi i przeszli do mitów.

Kaczyński postanowił zaś uderzyć szerzej, zniszczyć przed kamerami i znakomitego menedżera – w osobie wyprowadzanej z domu w kajdankach kobiety dyrektora. Sam dyrygował najściem na jej dom; nie udało się, a zakończyło się jej śmiercią. Nikt nie wyjaśnił przebiegu wydarzeń. W programie Kaczyńskiego jej śmierci nie było, za to można ręczyć. On sam, choć to nie okazja do popisów humoru, jeśli kiedyś w ogóle umrze ze swym poczuciem nieśmiertelności, to raczej na brak poczucia humoru.

Pewni żołnierze tej wojny, którymi nikt nie musiał dowodzić, walczyli dla samej frajdy gnojenia adresatów agresji. Ta niechęć dawno zresztą przekroczyła swą skalą niechęć, która dzieliła strony konfliktu społecznego, zakończonego pokojem społecznym 1989 r. Populizm go nie znosi.

Potępia się, degraduje się więc pokój Okrągłego Stołu jako inicjatywę wrogą, jej sukces obniża bowiem autorytet jej dzisiejszych krytyków, odbiera im ducha walki. Wojna to wojna. Kłamstwo jest w niej naturalnym pociskiem. Bohaterowie, odważni w czasach bez barykad, zwierają się w jedność niechęcią do innych, wrogością wobec tych, których uważają za przeciwników i za lepszych od siebie, wobec wszystkich, nie zachwyconych tą partią i jej poczynaniami. I też wobec „innych”, równie obcych, którzy tego wyjątkowego plugastwa nie znoszą. Wobec nich też wszystko wolno.

W pewnej chwili wolno było wszystko i wobec Wałęsy. Poddano go uwłaczającej kampanii propagandowej. Miał zniknąć ze sceny powszechnej akceptacji, bo u szczytu sławy laureata Nobla bardzo przeszkadzał, zwłaszcza, gdy odkrył, kto go i do czego potrzebuje. Obroniliśmy go jednak społem, pozostał wielkim Wałęsą…

A nawet 90-letniemu bohaterowi Powstania Warszawskiego wynajdowano fikcyjne grzeszki sprzed 1989 r., jemu akurat, bohaterowi  legendarnemu, jednemu ze zdobywców „Pasty” podczas Powstania; przetrwało po nim rzadkie, słynne jego zdjęcie z tej akcji. Był po latach akurat jednym z moich najbliższych przyjaciół, wiedziałem, jak prymitywnie kłamano rzekome donosy na przyjaciół i znajomych. Prof. Witold Kieżun, ów bohater, często pisywał w „Życiu i Nowoczesności”, w czasie, kiedy byliśmy jako ”Życie i Nowoczesność” przedmiotem żywej wrogości aparatu, a tu jakoś w rzekomych donosach nazwiska naszych autorów, wszystko przyjaciół i znajomych Witka (jest dla mnie zaszczytem, że mogę tak go nazywać) nie pojawiły się w ogóle! …

Musimy uważniej przyjrzeć się populizmowi jako tłu wydarzeń. Nie decyduje ono, ale bez niego nasza historia współczesna układała by się nieco inaczej. W swoim czasie wykończano Michnika, zbyt sławnego, zbyt wpływowego, denerwująco inteligentnego, postać za życia już historyczną… Trudno to było znieść. Komorowski znów, ceniony, szanowany, nie udawał, nie grał Michnika. Grał przyzwoitego człowieka, jakim był. Michnik był tylko takim samym celem nieco tylko innej, wcześniejszej kampanii.

Temat chyba jest ważny. Narosła z latami nowa nasza narodowa przyjemność – narzekanie i mówienie o wszystkim źle, czy jest powód, czy go nie ma. W całym dzisiaj naszym społeczeństwie przyjemnością jest mówić źle zwłaszcza o kimś, kto w hierarchii uznania lub szacunku, stoi wyżej.

Agresja zaś zobowiązuje. Wypowiadasz się w telewizji czy radiu na dowolny temat, musisz obowiązkowo wyzłośliwić się lub zaatakować tych, których mamy za przyzwoitych, choćby z tematem nie miało to nic wspólnego…

Leżącego ze mną w szpitalu znajomego, który przytaczał różne ciekawe anegdoty, ale nie powiedział ani jednego pozytywnego słowa o kimkolwiek ani o czymkolwiek, zapytałem – czy jest ktoś, o kim w tej chwili mógłbyś powiedzieć coś dobrego? Zastanowił się i odparł – A wiesz, że nie…? Czesi opowiadają, jak to Pan Bóg obiecał każdemu z chłopów różnych narodów zrobić dla niego, o co poprosi. Niemiec chciał mleczną krowę, Szwajcar owcę, a Czech nie prosił o nic dla siebie, tylko, żeby sąsiadowi chałupę spaliło.

Słowem, nieżyczliwość nie jest tylko naszą specjalnością, ale w naszym przypadku – szczególną, choć może nie tak nową. Ten swoisty nawyk ukształtował się, wedle moich obserwacji, w czasach narodzin podziałów partyjnych i innych politycznych, w końcu XVIII wieku. Bijemy tylko przodków natężeniem złości.

Ku czemu zmierzamy? Teraz pierwotny program buntu przeciw, dosłownie, ciepłej wodzie z kranu, z hasłem Kukiza zdemolowania państwa, rozrósł się do pogromu wielkiej chirurgii, zdemolowania szkolnictwa, kadr armii i prób rozbicia sądownictwa, co wszystko razem pozbawi nas nie tylko kontaktu z ciepłą wodą, ale i z cywilizacją.

Myślę, że to było mimowolnie pomyślane jako właśnie populistyczny protest durnia przeciwko wszystkiemu, co jest Polską. Bo wszystko jest źle.

Mamy teraz wiedzieć, czego się bać. Co znamienne, ta rewolucja nie szuka pokoju do zawarcia, nawet korzystnego. Żadnego Okrągłego Stołu. Ona nie chce – i nie potrzebuje pokoju. Nie dba o sympatie ludzi przeciwnika, choć to pół narodu. Nie chce ich przekonać do siebie. Chce zwyciężyć, a jak by się dało – rozgromić drugą stronę wojny. Zgnieść, lub usunąć na zawsze ze sceny politycznej, jak to publicznie zapowiadał kiedyś Kaczyński.

Żeby zbudować własne państwo z władzą prawie absolutną. Z kontrolowanymi swobodami obywateli.

Taki plan wyłożył Kaczyński w swojej książce. Już dziś zaprojektowano zdyscyplinowaną, „narodową” telewizję i radio. I już powstała.

Zarysowałem powyżej obraz na pewno niepełny, nie dość wnikliwy, a niedokończony. Mam jednak nadzieję, że Czytelnicy rozszerzą go o wszelkie agresje w różnych jej, równoczesnych wersjach i formach populizmu, włącznie z wojną psychologiczną.

Ta wojna, uprzedzam, nie zakończyła się jeszcze. I nie skończy się zawartym pokojem, jak ten w roku 1989. Ten agresor nie przystanie na żaden pokój, który nie potwierdzi jego racji. Ta wojna może potrwać lata. A może nawet przyjąć wersję wydarzeń gwałtownych – proszę wyobrazić sobie demonstrację miliona ludzi i zaognione perspektywą walki oddziały Macierewicza…

Latem 1981 r. wchodziłem w skład grupy negocjacyjnej, która pośredniczyła wtedy między stronami konfliktu, by doprowadzić do rozmów. Byłbym gotów i dzisiaj pomóc, przyłożyć ręki do powstania takiej grupy (beze mnie), ale na razie nie widzę żadnej szansy na powodzenie takiej inicjatywy. Od pierwszej chwili po zainstalowaniu w pałacu nowy prezydent, deklarując zaangażowanie w budowę wspólnoty, objawił się jako sojusznik i narzędzie agresji – nie usłyszeliśmy żadnego „przepraszam”.

Dawniej mielibyśmy cennego sojusznika w Kościele, ale jego prominentne postaci, w tym i moi przyjaciele, albo odeszli z tego świata albo na emeryturę; brakuje na razie tych zdolnych pośredniczyć w porozumieniu narodowym. W tych warunkach trudno spodziewać się, by szybko wrócił zdrowy rozsądek Polaków, który pozwolił na „cud polski”…Bo rozsądku nie można udawać.

Stefan Bratkowski

VN:F [1.9.22_1171]
Oceń artykuł
Rating: 10.0/10 (34 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +41 (from 45 votes)
Stefan Bratkowski: Jak to na wojence ładnie, 10.0 out of 10 based on 34 ratings

22 komentarze

        • Therese Kosowski 2017-06-09

Odpowiedz