2015-05-06. Krótko, możliwie najkrócej. Wszyscy chcemy zdrowego rozsądku, przyzwoitości i kompetencji; nie lubimy populizmu, agresji, kłamstwa i ordynarnego języka. Ale chodzi o pytanie zasadnicze – komu potrzebne jest wolne państwo wolnej Polski.
Proszę wybaczyć mi osobisty, wręcz rodzinny ton w kwestii aż tak bardzo nie osobistej. Jeden z moich bezpośrednich przodków był z armią Napoleona w Moskwie i walczył w Powstaniu Listopadowym, nieco bliższy – w Powstaniu Styczniowym, akurat pod dowództwem dziadka Wisi Szymborskiej; ojciec był w Legionach. Mojemu pokoleniu było dane, co w dużej mierze samo sobie załatwiło, racjonalnie ułożyć stosunki z Moskwą – dziś mimo pogróżek ze strony Putina, który wysyła do nas pozera motocyklistę i obrażającego nas, anonimowego pozera dyplomatę. Przeżyjemy.
Odpowiedź na tytułowe pytanie jest prosta. O wolne państwo polskie chodziło setkom i tysiącom Polaków, przygniatającej ich większości,. Zwłaszcza tym, którzy dla niego bezpośrednio narażali życie lub siedzieli po więzieniach. Dlatego dziś, gdy ich i nasze marzenia się ziściły, śpiewnie zanoszone błagania „ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie” z ust byłych w większości tchórzy brzmią obelżywie. Tak samo – ich reklama beznadziejności w kraju, który nadzieję dla siebie stworzył sam. Bez nich. Wtedy nieobecnych.
Odzyskaliśmy państwo nie poprzez masakrę, a dzięki przytomnemu porozumieniu z ówczesną klasą rządzącą, której nasza strona zagwarantowała bezpieczeństwo i równe prawa. Dziś kwestionuje się to porozumienie – w imię marksistowskiej doktryny walki klasowej. Już kiedy za prezydentury Wałęsy ostatnie sowieckie oddziały opuszczały Polskę, na ulicach Warszawy palono jego kukłę. Umykało pamięci, że to porozumienie pozwoliło całemu narodowi ustrzec się wojny domowej, w której druga strona dysponowała by wszystkimi środkami walki zbrojnej, armią z jednostkami specjalnymi, policją, służbami tajnymi, oddanym aparatem politycznym i pieniędzmi, środkami dostatecznymi, by nas zgnieść i pozbawić nasz kraj przyszłości. Co potrafiła ta druga strona, ukazał 13 grudnia 1981 r. stan wojenny, najlepiej przygotowany i zorganizowany wojskowy zamach stanu w historii, nie tyle przejęcie władz najwyższych i najbardziej wpływowych mediów, co sparaliżowanie całego społeczeństwa. Z końcem lat osiemdziesiątych byliśmy zaś nadal na widelcu. Nie zmusiliśmy sił tej drugiej strony do ustąpienia. Nie mieliśmy czołgów. Dogadaliśmy się z nimi – w imię dobra kraju. W imię bezpiecznego rozwoju. Te siły ustąpiły. Ustąpili ich przywódcy, których dziś obraża się i tępi. Którzy jednak, odchodząc, umieli zadbać o pośmiertne swe życie w pamięci narodu. Co pisze człowiek, który jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy, użył w grudniu 1981 roku terminu „wojna polsko-jaruzelska” i w miarę swych skromnych możliwości robił, co potrafił, by tę wojnę domową Polacy wygrali.
Nie byłem w Magdalence. Do roku 1989 bezrobotny raz siedem lat, potem osiem, mam emeryturę poniżej średniej, a i to ZUS uprzejmie zaliczył mi okres bezskładkowy jako okres pracy bez wynagrodzenia. Za to dziś mój były przyjaciel, ongiś utalentowany poeta i autor wybornych szkiców literackich, w młodości zapamiętały stalinowiec, który w minionym ustroju dorobił się jednak pięknej willi, żąda zerwania porozumień z byłą klasą rządzącą, choć po 13 grudnia, kiedy wszyscy zerwaliśmy, nie bez strat, z państwowymi wydawcami, wydawał u nich książki. Dziś chce wieszać. Jak on, popisuje się równie typową krwiożerczością tchórza bohater, którego nie pamiętam z czasu, gdy przydałoby się jeszcze paru odważnych. Umie znieważać umarłych i wzywać, by strzelano do żywych. Obu takich osobników państwo nie obchodzi. Chętnie by je rozbili. Jakby nie wiedzieli, że pracują dla Putina.
Państwo przestało się liczyć. Samo słowo jest niby wycieraczka na zamglonej szybie. Wybitnie inteligentny przywódca największej opozycyjnej partii nie uczestniczy w rozmowach ani w pracach ważnego ciała władz najwyższych państwa, poświęconego obronności państwa. Jak wszyscy dzisiejsi opozycjoniści uprawia politykę zasmradzania państwa. Nie wskazują oni, co należałoby w tym naszym państwie poprawić, nie zajmują się błędami i tym, co jest do zrobienia, poniżają już nie władzę, a to państwo. Nie robią nic dla kraju poza propagandą nieobecności obywatelskiej i wrogości wobec własnego państwa, bo nie jest ich. Jakby nie wiedzieli, że nie mamy i nie będziemy mieli innego. Dużo w nim braków, czasem trudnych do usunięcia (wiem coś o tym), ale i najbardziej wpływowy człowiek opozycji, który dysponował już kiedyś władzą w naszym państwie, nie zrobił dla niego – przykro powiedzieć, nic. Raczej partolił. Dwa lata.
Zanikło pojęcie racji stanu. Pamiętam, jak niedawny wtedy, radykalny guevarysta odkrył w sobie ducha „narodowego” – jakby na zamówienie służb specjalnych dla rozsadzenia znikomej wtedy jeszcze opozycji (sam ją ostrzegałem). Objąwszy władzę, zachował rewolucyjną mentalność walki klasowej: zamiast pozyskać dla Rzeczpospolitej agentów wywiadu PRL, wysypał ich jak jej wrogów. Żadną racją stanu się nie przejmował. Decydowało to, kogo on uznał wrogiem swej władzy.
Tacy jak on psuli nasze stosunki z Zachodem i związki z nim, jakbyśmy liczyć mogli na innego sojusznika. Mielibyśmy być suwerenni, bez Unii Europejskiej i bez Rosji. Co praktycznie oznaczało poddanie tej drugiej. Dlatego psuli polską politykę zagraniczną swymi ironicznymi wypowiedziami o Unii Europejskiej i o Brukseli jako nowej Moskwie. Ten najbardziej wpływowy obrażał własne państwo określeniami typu „kondominium”. Dziś jego ludzie też psują nasze stosunki z Zachodem, który wspomógł nas miliardami dolarów, zmieniającymi obraz kraju. Zapowiadają próby zmian w przepisach NATO i Unii dla „obrony suwerenności”. Ma Unia czy NATO takie czy inne mankamenty, do poprawy, ale nie dla „suwerenności”! Zrażają tym zagranicznych partnerów do państwa polskiego jako całości, czynią nas partnerem niepoważnym. Prowokują uczucie odrzucenia i kpiny. Już nie przyrównaniem do kartofla. Opinią ludzi, których polityka odpowiada interesom Putina i budzi szczere zadowolenie jego dworu. Jak Targowica.
Dziś zapominamy, że miała się nie udać polska prezydencja w Unii. W Czechach dla rozwalenia ich prezydencji – wystarczył jeden Klaus. Węgry załatwiły się i załatwiają same. U nas miała być draka, i to nie jedna. Organizacja, posługująca się nazwą „Solidarności”, próbowała rozwalić i skompromitować tę polską prezydencję. A przypomnę czołówki „Warszawskiej Gazety” (z tytułem gramatycznie rosyjskim): przed 10 kwietnia ogromnymi literami, niemal przez całą stronę, hasło: „Polacy już czas”. Po nim „Rewolucja w końcu nadejdzie”, i nie podpisany tekst wewnątrz numeru, zapowiadający, że rewolucja, która nadejdzie „będzie straszna”. Ale nas jest 38 milionów, „drak” trzeba widać było większych. Ta wojna domowa nie doszła do skutku. Przeżyliśmy.
Łatwo zapominamy. Prawda, że zdrowie państwa zależy w dużym stopniu od zdolności wybaczania, Pittakos, rządzący wyspą Lesbos w VI wieku p.n.e., sformułował nieśmiertelną zasadę – „przebaczenie jest mocniejsze niż zemsta”. Słowem, amnezja uczy politycznego spokoju w imię przyszłości. Nie oznacza to, że należy zapominać. Nasze opozycje nie interesują się, jaką zostawią po sobie pamięć, co zapisze historia, nie biorą pod uwagę, że przyszłość nie podda się ich „polityce historycznej”. Tak więc historia przebaczy, ale zapamięta, kto to nadzorował plan i operację najścia na dom niewinnej kobiety („to nie tak miało być”), operację zakończoną jej śmiercią, prawda, że raczej przypadkową. I to jego ludzie zlecili w operacji „Romeo” agentowi, by uwiódł kobietę dla skorumpowania jej i skompromitowania, po czym zrobili go posłem! Dla demonstracji siły aresztowano lub wyprowadzano od stołów operacyjnych w kajdankach najwybitniejszych chirurgów. O co chodziło człowiekowi o wybitnej inteligencji? Bo już nie o bolszewicką w stylu zemstę na byłej klasie rządzącej? Potem, gdy pożegnał się z rządem, zapowiedział, że rola jego opozycji ograniczy się do krytycyzmu, czyli faktycznie dezawuowania rządzących, w konsekwencji – degradowania państwa, którego władzę oddał legalnymi, demokratycznymi wyborami. Jego opozycja nie splamiła się jakąkolwiek propozycją czegoś do zrobienia, tym bardziej niczego razem. Podważając za to systematycznie działalność władz państwa, ośmielała zagranicznych wrogów jego słabością. Media Putina zawsze traktowały tę politykę z uznaniem. W rezultacie już nie trzeba zakładać pod okiem Putina nowej Konfederacji Targowickiej. Trudno robić nową Targowicę w jedynym kraju Europy, który nie uległ kryzysowi, ale nasze opozycje nie ustają w swych wysiłkach. Nie potrzebują państwa. Potrzebują władzy. Jak Targowica.
Przywódca polityki degradowania państwa gra „państwowca”. I nie tylko Jarosław Kaczyński, zrównujący Polskę z Białorusią. Wszyscy wodzowie opozycji chcą, żeby było śmieszniej. Bez ambicji przyszłych mężów stanu, wystarczą im ambicje – smarkaczy stanu. Media walnie pomogły im zamienić wybory prezydenta w kpinę z państwa. Media stworzyły Tymińskiego i Leppera, teraz stworzyły kandydatów na prezydenta „z nikogo” – media, które powinny nie tylko informować, ale i objaśniać świat. Nadal panuje w Europie swoista pogoda dla ruchów co najmniej faszyzujących, z nacjonalizmem i ksenofobią, od Finlandii po Hiszpanię, ale to chyba nie znaczy, że media mają w nich widzieć równorzędne, tolerowane w demokracji partie, tyle że o innych poglądach. Nie widzę symetrii między ich odmową uznania dla porządku konstytucyjnego a partiami, które szanują ustrój demokratyczny i godzą się z wynikami wyborów. Nasze opozycje przesadzają w idiotyzmach. Ich mentalność nie mieści pojęcia racji stanu, bo po co im to; nie jest pewne, czy w ogóle rozumieją, co to jest.
Szefowie tych partii nie stanęli do wyborów. Nikt nie pyta, dlaczego. Oni sami jakby nie zdawali sobie sprawy, że swoją demonstracyjną nieobecnością ośmieszają państwo. Obawiali się, że ewentualna porażka w wyborach pozbawiłaby ich co najmniej przywództwa w swojej partii. Wystawili się więc do społeczeństwa cudzymi twarzami. Twarzami swych substytutów. Niczyimi, nikomu nieznanymi – jakby któremuś z tych przywódców mogło zaszkodzić uplasowanie w pierwszej czwórce najważniejszych polityków kraju. Gdyby dziś któryś substytut wygrał, zagraniczni goście spotykaliby się nie z formalną głową państwa, a z przywódcą jego partii. Tak robi się pośmiewisko z państwa polskiego. Obraża się w konsekwencji nas, dla których to państwo, z takim trudem odzyskane, warte jest tyle, ile trud i ofiary w odzyskanie go włożone. Psuje się obraz państwa, które zarobiło już na szacunek i uznanie autorytetów międzynarodowych. I media tego nie zauważają.
W całej obecnej kampanii substytuci, nadymani cudzymi myślami, obrażają sam urząd, o który się starają, a nie wyczytali w konstytucji, co na tym urzędzie wolno, a czego nie. Mimo to chcą, byśmy ich traktowali poważnie; ich, którzy potrafią tylko mówić źle o innych. Za to obiecują gruszki na wierzbie.
Topieni krzykliwą nienawiścią, mamy naprawiać Polskę, zbawiać ten upadający kraj, rządzony przez złodziei (żebyż choć jednego wskazali), rozprzedawany zachodnim oszustom, pod skorumpowaną władzą, która nie umie rządzić i nie chce dać obywatelom, co sama sobie przywłaszcza (też bez choćby jednego przykładu), nie walczy z narastającą biedą, która ogarnia kraj (gdzie średnia dochodów stale rośnie i przygniatająca większość Polaków jest zadowolona ze swej pracy). Piosenkarz chce być prezydentem i obalić „system”, bo nie wie, że gospodarka rynkowa, która mu pozwala krocie zarabiać, to wolna gospodarka, wolna właśnie od systemów. Administracji państwa, niedomagającej w różnych dziedzinach, fachowcy od niej sami by chętnie nadali choć trochę elementów systemu. Śliczna panienka o urodzie modelki chce odrzucić całe prawo. Z drugiej strony – Bianka Mikołajewska odsłoniła malwersacje na pieniądzach SKOK-ów, ale nikt już potem nie badał majętności ludzi opozycji, poczynając od malwersantów. Media nie prostują bredni rzeczowymi informacjami, jeszcze fascynują się palantami, którzy są przeciw wszystkiemu. Można jeszcze cytować inne brednie, czyli epitety w akcji tego smrodu, którym pokrywa się kraj, by szerzyć powszechne niezadowolenie. Przy założeniu, że nawet jeśli się nie wygra, to smród zastanie. Po co nam opinia szanowanego państwa, które w ciągu tych dwudziestu pięciu osiągnęło największe postępy w Europie? Taka opinia pracuje na korzyść obecnie rządzących. Po co nam państwo, jeśli nie pod naszą władzą?
Oczom normalnych obywateli nie odkrywa się tych kandydatów-substytutów, dość sympatycznych ludzi, choć niezbyt mądrych, jako pajaców pociąganych za sznurki. Pozostałych jako pajaców samorzutnych. Oni może to i ścierpią dla występów na ekranach. Wszyscy ci (prócz Palikota) politycy od wczoraj uwodzą takich jak oni sami, zawistnych, z kompleksem niższości, sfrustrowanych. I otaczają się bez protestu hałastrami ordynarnych wrzaskunów, ze stekami wyzwisk, obelg i pomówień na językach i transparentach. Czy warto być wodzami takich żywiołów? Ci rzekomi nacjonaliści nie zniżają się do argumentów. Ośmieszają nawet i nacjonalizm. Grożą. Anonimowo, oczywiście. Ordynarnie. W polityce ubikacyjnej. Czy ci chłopcy nie wiedzą, w co grają? Kompromitują nasze państwo, jak nasi biskupi swój Kościół Wojujący. Nie tylko przed nami. Ten obraz przenosi się do zagranicznych mediów. I może o to chodzi? Towarzyszowi Putinowi en passant najpewniej tak.
Chciałbym, żeby tego przynajmniej dowiedzieli się krajowi nasi wrogowie państwa polskiego. W tym i motocykliści, którzy dla okazania mu wrogości jechali witać „Nocne wilki” na granicy. Te „Nocne wilki” demonstracyjnie poparły rosyjski napad na sąsiednie państwo. Ich niewpuszczony wódz groził nam u granicy – „doigracie się”, a rosyjski (radziecki właściwie) dyplomata w Warszawie obrażał kraj swych gospodarzy, udając, że nie rozumie, dlaczego Polska nie wpuszcza zwolenników łamania prawa międzynarodowego. Zachód nie wpuszcza większych takich zwolenników niż motocykliści. Ale może nie tylko polscy motocykliści nauczą się szacunku dla państwa, które im zapewniło swobodę jazdy po całej Europie i umożliwiło dochodami zakup drogich motorów.
Przyznaję: Putin już osiąga wielkie sukcesy – podniósł swój naród z klęczek, na których jak widać udało mu się podbić pół Europy. Uwolnił też Putin Rosję od zbyt wymagającego szacunku całego świata, od zbędnego prestiżu i męczącego zaufania. To mu świat zapamięta. My raczej też – to nie on doszedł do Berlina w 1945 roku. On doszedł do Sewastopola przez bezbronny Krym.
Namawiam wrogów naszego państwa, którzy popisują się w tej kampanii wyborczej pomocą dla Putina, by otwarcie upomnieli się u niego pieniądze za to. On zna doświadczenie Katarzyny Wielkiej. Umiała nagradzać zwolenników, szanowna Targowico.
Stefan Bratkowski


Nigdy dość przypominać o polskiej racji stanu i, niestety, jej zaniku w politycznej debacie publicznej. Także o etosie służby publicznej.
Model prymitywnych partii wodzowskich, w których brylują ludzie w sposób oczywisty niekompetentnych do pełnienia wysokich stanowisk państwowych to rzeczywistość jak najbardziej systemowych partii politycznych.
W wywiadzie dla Polityki z grudnia 2014 roku PEK powiedziała, że najważniejszym celem PO w 2015 roku jest niedopuszczenie PISu do władzy. Określenie najważniejszego celu polityki przez premiera, a tym samym zwierzchnika sił specjalnych oraz zwierzchnika administracji państwowej jako: niedopuszczenie opozycji do władzy to jakie to standardy? Łukaszenko zapewne często powtarza podobne „mądrości”, czy premier Wielkiej Brytanii, prezydent Francji lub USA, kanclerz Niemiec też?
Ależ @Masz: gdzie jeszcze na świecie istnieje takie coś jak PiS? Czy to jest opozycja? Myślę, że autor powyżej odpowiedział rzeczowo na to pytanie. Co czeka Polskę pod rządami Kaczyńskiego, Macierewicza, Fotygi, Ziobry z pyzatym na prezydenta? Czy należy znowu wypuścić ten mappet show na cały świat? To właśnie racja stanu nie pozwala na ich dominację w życiu politycznym. Niech sobie szczekają, wyją i podkładają nogi. Ale z boku. Jak dotąd. Jedna lekcja wystarczyła.
Panie Andrzeju, mając do wyboru Kaczyńskiego, Ziobre, Fotygę i Macierewicza z jednej strony, zaś z drugiej: Kopacz, Niesiołowskiego, Piotrowską, Grabarczyka rozważam odwieczny dylemat wyboru pomiędzy dżumą i cholerą 🙂
Drogi Panie @Masz. To kwestia gustu. Osobiście cenię spokojną i wyważoną postawę pani Premier Kopacz. Nie tworzy wokół siebie fajerwerków i dworu klakierów. Robi swoje w ciszy gabinetu, nie zapominając, co cenie, wydawać co jakiś czas oświadczenie do mediów jak sprawy stoją.
Nie razi mnie jej wykształcenie, bo bycie lekarzem wymaga wielkiego wysiłku intelektualnego tak w czasie nauki jak i potem. A wypominanie właśnie takiego wykształcenia przez kogokolwiek, to zgrywa pod publiczkę a nie efekt wyważonego pomyślunku.
Czy ma Pan przykład z tamtej steony (opozycja PiSia) na podobnie dyplomatyczną i wyważoną postać?
Problemem premier Kopacz nie jest jej wykształcenie, lecz brak kompetencji. Wcześniej pełniła dwa wysokie stanowiska: Min. Zdrowia i Marszałka Sejmu. Żadnego z nich w sposób wybitny, a mimo to została wyniesiona na fotel premiera. Takie partyjne gierki w państwie, które ma przed sobą wiele wyzwań zarówno gospodarczych jak i geopolitycznych to niebezpieczna i szkodliwa zabawa. Zarówno w PO jak i w PISie są osoby o znacznie wyższym poziomie kompetencji od PEK.
@Masz: weryfikacja nastąpi za kilka miesięcy w czasie wyborów. Jak napisałem powyżej, cenię wyważone rządy premier Kopacz. Wprowadziła większy spokój i potrafiła tonować ataki Kaczyñskiego i jego zgrai. Jak dotąd nie przeszła kryzysów jakie miał na koncie premier Tusk, trudno zatem wyrokować na temat jej kompetencji. Myślę, że w kraju szowinistycznie męskim daje sobie nieźle radę.
Czytam tekst szlachciury, przepojony mityczną wersją historii Polski, wrogością w stosunku do socjalizmu (zrozumiałe u potomka „walczących ze zniesieniem pańszczyzny” (pamiętamy propagandę przedwojenną, aż śmieszną ale nie śmieszniejszą niż obecna) ale oczy przecieram, kiedy dochodzę to fragmentów o żenującej dla Polaków awanturze z grupką motocyklistów rosyjskich, niezbyt subtelnych złośliwostkach o „dyplomacie radzieckim” czy napadzie Rosji na jakiś kraj! Jakbym czytał pisma kościelne z lat dwudziestych! Czy naprawdę żyjemy w tej samej Polsce, która tak skwapliwie i bez chwili zastanowienia łamie własną konstytucję na każdej „lekcji” religii w państwowej szkole? W tym samym państwie, które wydaje miliardy na Pendolino, zamiast naprawiać walącą się infrastrukturę kolejową? W tym samym, w którym ktoś tak podła postać jak „profesor” Chazan, może piastować swoją funkcję? Przypominam, że owo państwo zlikwidowało się samo w momencie, w którym pan Wałęsa z panem Falandyszem brutalnie zamordowali pierwociny demokracji. Obecnie to tylko podgniła fasada.
Takie jest państwo i możemy mieć nowe, zmienić je.
Pomylił Pan państwo z krajem. Kraj mamy i wygląda na to, że mieć będziemy, państwu też nic nie grozi poza klerem i potomkami posiadaczy niewolników, którzy masowo wracają do kraju, wyciągają ręce po „swoje” majątki i zaczynają przywracać ustrój folwarczny. Z sukcesami!
Znakomita, acz smutna wielce diagnoza Polski A.D. 2015 (nie tylko zresztą). „Jeśli nie moje, to złe, więc ja w tym nie będę uczestniczył, nawet dla dobra wspólnego”. Ja nie widzę w Polsce wspólnoty jako wartości. Wobec najwyższego dobra wspólnoty powinny blednąć spory, ale tak się nie dzieje.
Mam uwagę – nie zgadzam się z Pana zdaniem w pierwszym akapicie „Wszyscy …. nie lubimy populizmu, agresji, kłamstwa i ordynarnego języka.” Moim zdaniem, właśnie kłopot polega na tym, że „lubimy”, tj. zbyt duża i wcale niemalejąca grupa w polskim społeczeństwie lubi. Zadymy, awantury, lżenie innych – publiczne – to wszystko jest OK. Jest na to przyzwolenie społeczne. A nie powinno być. Bo to kwestia respoektu dla samego siebie.
Ukazanie opozycji jako zła wcielonego i przyczyny klęsk naszych jest zawężeniem problemu. Należałoby przeprowadzić raczej analizę dająca odpowiedź na pytanie: czy część społeczeństwa jest „kształtowana” przez tę opozycję, czy też opozycja jest jej emanacją. Wzorem p, Bonikowskiej opowiedziałbym się raczej za tym drugim wariantem. A jeśli tak, to istnienie tego czy innego wodza nie ma znaczenia.
http://www.youtube.com/watch?v=V2sedTLIRWU
To wszystko prawda, co redaktor Stefan Bratkowski napisał powyżej. Najlepszym tego dowodem są bezradne próby ze złośliwościami nijakiego Less’a. Ja jestem optymistą. Bo Naród jak dotąd dobrze wybiera i nie daje się robić w trąbę przez niedorosłych lub spóźnionych na barykadach krzykaczy i naganiaczy spod Kaczyńskiego i jeszcze bardziej na prawo. (Ten przytup z dzisiejszych nagłówków nt jurajskiego gada z Jurrasic Park, który jest żydem, mówi wszystko. Ja rechoczę się na samo wspomnienie).
Cóż przyjdą jedne wybory, pomimo krzyków wygra urzędujący prezydent. Nie ma poważnego konkurenta. A potem będą wybory parlamentarne. Też nietrudny wynik do przewidzenia. Polacy sami rozwiązują swoje problemy. Trefne drogowskazy im nie potrzebne.
Demokracja to proces tworzenia przez parę pokoleń. Pomimo niedociągnięć, nieuczciwości, wielu braków, Polska kwitnie, rozwija się, uczy się szybko. Dlatego te wszystkie mankamenty niektórych braków i problemów nie przysłaniają większości społeczeństwa dokonania mądrego wyboru przy urnie. Zainteresowanie wyborami rośnie. I to jest dobry znak czasu. Może w końcu polska polityka pozbędzie się inteligentnego inaczej krzykacza z Żoliborza. Już czas na jego odejście. A jego pyzaty kandydat na prezydenta? Może już tylko mu pomóc odejść.
Świetny artykuł, celnie opisujący smutny stan rzeczy, ale czy trafi do tych, których miałby przekonać? Czy w ogóle tych zaślepionych od „Ojczyznę wolną zwróć nam Panie” można jakoś przekonać? Przecież to stan uczucia, a nie stan rozumu.
A co do stanu rozumu. Pisze Autor „Wybitnie inteligentny przywódca największej opozycyjnej partii ” i co do tej inteligencji ma rację. Ale czy nie należałoby dodać, że ta inteligencja jest skażona potężnym zaburzeniem, jeśli nie wręcz chorobą psychiczną? Polecam lekturę Kępińskiego, szczególnie „Psychopatie”/PZWL1977/, szczególnie rozdział „Typ paranoidalny”. Ot, taki fragment:
„Do grupy osobowości lub psychopatii paranoidalnej zaliczamy te osoby, które mają na ogół nieufny stosunek do otoczenia społecznego i które łatwo tworzą konstrukcje urojeniowe. Otoczenie społeczne jest dla tych ludzi zawsze tajemnicą; nigdy nie wiedzą, jakie w nim siły działają, jakie machinacje są dokonywane, mogąc im zaszkodzić. Analogicznie jak w schizofrenii, świat społeczny u nich dzieli się na „ja” i „oni”. Stosunek bezpośredni: „ja” – „ty”, „my” – „oni” jest u nich słabo wykształcony.
Są to ludzie samotni, zdani tylko na siebie. W dzieciństwie i młodości niejednokrotnie brak im było kontaktów zabawowych”.
Dalej jest jeszcze ciekawiej, skojarzenia z tą „wybitną inteligencją” bardzo wyraźne.
a to Andrzej Łobaczewski;
Quote;
Paranoidalne zaburzenia osobowości:
Charakterystycznym sposobem zachowania się osób paranoidalnych jest to, że są one zdolne do względnie poprawnego rozumowania i dyskusji, póki rozmowa dotyczy drobnej różnicy zdań. Kończy się to raptownie, kiedy argumenty rozmówcy podważają ich idee nadwartościowe, zaczynają kruszyć utrwalone stereotypy myślenia, albo zmuszają do uznania wniosku uprzednio podświadomie odrzuconego. Takie bodźce wyzwalają u nich potok wypowiedzi paralogicznych, pełnych paramoralizmów i często obrażających rozmówcę, ale zawsze w jakimś stopniu sugestywnych.
Tego rodzaju wypowiedzi budzą awersję u ludzi kulturalnych i rozsądnych, ale zniewalają umysły mniej krytyczne, jak np. osób z różnymi rodzajami upośledzeń psychicznych, osób które były już wcześniej przedmiotem egoistycznego wpływu jednostek z zaburzeniami osobowości, a w szczególności dużej części młodzieży.[…]
………………………..
fakt, prezes jest wybitnie ynteligientny,
prawie zwierzę polityczne typu Walesa.
Wczoraj skończyłem lekturę książki „Byliśmy głupi”, dzisiaj ten świetny tekst Pana Stefana. Nie jest źle, diagnozy znakomite. Źródła zła zdemaskowane, teraz tylko budować. Dlaczego tych świetnych piór tak mało, dlaczego tak niewielu uczniów i uczennic się dorobili? Sam jestem ciekaw na ile tych przestróg jakże zasadnych przełoży się na głosowanie. Przecież to jest tragifarsa z tym psudo-programami, niby kandydatami. Pozostaje „morderca saren”, ale przecież nie dlatego, ale mimo tej przywary warto go wybrać. Nie mam obsesji Kaczyńskiego, ale jego szkodliwość tylko dla ślepców jest niewidoczna.
Szanowny Panie redaktorze Bratkowski.
Napisał Pan dość długi artykuł, którego główną konkluzją jest zrównanie wszystkich kontrkandydatów na urząd Prezydenta ze zwolennikami Putina.
Oczywiście wyjął Pan z grona zwolenników Putina urzędującego Prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Aha i jeszcze przykleił Pan gębę gówniarzy wszystkim, którzy tych kontrkandydatów mają czelność popierać.
Brawo!
Też jestem po lekturze książki Króla „Byliśmy głupi”. Znakomita, do dyskusji skłaniająca. Artykuł pana Bratkowskiego odczytuję jako jej uzupełnienie, ale pod tytułem: „Jesteśmy nadal głupi”. Marcin Król zwraca uwagę na miliony Polaków, którzy pozostali poza przemianami 1989 r., którzy z nich nie skorzystali, którym nic nie zaoferowano, bo ich się nie znało i się nimi nie interesowano. Takie państwo, jakie teraz mamy, chyba im do niczego nie jest potrzebne. Oni nie pójdą głosować i nikogo nie wybiorą.
@Magogu: fakt, Wałęsa być może nie powinien zostać prezydentem. Historia ma tu swoje meandry. Ale wtedy, gdy konsolidowała się opozycja postsolidarnościowa, by rządzić krajem, Wałęsa był tym, kto łączył inteligencję z bracią robotniczą. To było społeczne spoiwo, które spełniło swoje zadanie.
.
Ale Pańskie stawianie znaku równości pomiędzy sprytnym głupkiem Kaczyńskim, (myślę, że tak należy interpretować słowa autora o nadinteligencji tegoż), który zawsze ma mega rację i do tego dzielącym i napuszczającym Polaków na siebie – a Wałęsą, który starał się Polaków łączyć. Dlatego, choć się na to zżymałem wtedy: „wzmacniał lewą nogę” aby uniknąć tego co dziś mamy – skłóconą pod niebo prawiczkę u rządów i w opozycji. Cóż, lewica nam sama obumiera na naszych oczach. Ale to zupełnie inna historia.
.
Nie można stawiać znaku równości pomiędzy strachliwym oportunistą Kaczyńskim, który choć zdobył wysokie prawnicze wykształcenie, okazywał swoje ograniczenia, ignorancję i głupotę polityczną na każdym kroku, włączając w to brak wiedzy prawniczej – a Wałęsą, który nadstawiał karku wtedy, gdy można było stracić zdrowie i życie, który nie tylko przeskoczył płot Stoczni aby zostać liderem najważniejszego w polskiej historii strajku (tak, tak!), ale króry przeskoczył samego siebie, swoje braki wykształcenia i wspomógł polską politykę w krytycznym momencie.
.
Magogu, więcej otwartego spojrzenia: Kaczyński to punkt widzenia, Wałęsa to horyzonty ponad czasowe. Dziś z perspektywy czasu lepiej to widać.
@ andrzej Pokonos
Wałęsa był tylko szyldem dla tych co już w Alei Zasłużonych na Powązkach..
To była wyższa szkoła jazdy politycznej.
To prawda. Na tym polega robienie polityki. Obie strony wzajemnie korzystały. Dla mnie to przykład dobrej polityki.
Co zaś do kompromitowania się, to nie ma tu wyjątków. Ostatnio „błysnęła” posłanka Mucha.
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Wez-dlugopis-na-wybory-Poslanka-PO-wez-tez-kartke,wid,17520156,wiadomosc.html?ticaid=114d2e
Jeżeli ktoś tak jak ona bierze poważnie czyjeś brednie i poważnie na nie odpowiada, to kim jest?
I ta pani była kiedyś ministrą, boszsz…
Pan Redaktor Stefan Bratkowski jak zwykle w świetnej formie. Właściwie trudno cokolwiek dodać do trafnej diagnozy.
„Rzeczpospolita frustratów” tak można w skrócie nazwać paranoję Jarosława Kaczyńskiego i całego PiS-u, zespolonych z „byznesmenem” Rydzykiem i hierarchami „Kościoła Wojującego”.
Nikt tak jak Pan Stefan nie potrafi tego nazwać wprost i wskazać mimowolnego beneficjenta (Putin) czego „wybitnie inteligentny” polskęzbaw JK udaje, że nie widzi. A może on naprawdę nic nie widzi, bo jego wielkość nie ma nic wspólnego z racja stanu a z mała, cyniczną grą polityczna, w której interes własny jest na pierwszym miejscu interes Polski na ostatnim, o ile w ogóle. Wie, że nie ma szans na rządzenie, wobec tego jego cynizm polega na dożywotnim funduszu emerytalnych w Sejmie za bezgraniczne głupstwa wygłaszane przez niego i jego przybocznych durniów. Do prezia JK trudno mieć pretensje kiedy żeruje na frustracjach ludzi odrzuconych czy, w ich mniemaniu, wykluczonych, popierany przez cynicznych intelektualistów, na szczęście nielicznych.
Trzeba podkreślić, że w demaskowaniu mistyfikacji PiSu z słabo słyszalni są intelektualiści, media i politycy prosystemowi. Obowiązkiem PO było zbudowanie koalicji antypisowskiej oraz rozliczenie jawnych naruszeń prawa w wielu dziedzinach z okresu 2005-2007. PO w imię źle rozumianej solidarności polityków oszczędziła PiSowi poważnej odpowiedzialności prawnej, w tym sądowej, za nadużycia władzy wolało taki niemerytoryczny obraz opozycji, bo to ułatwia rządzenie i zdobywanie władzy przy braku programu. Ponadto taki destrukcyjny, antysystemowy model opozycji zwalnia PO z poważnego myślenia o programie dla Polski. To największa strata naszego państwa – dreptanie w miejscu zamiast reform, stagnacja zamiast modernizacji i rozwoju i marna pociecha z doraźnego wzrostu. Media również potraktowały antysystemowych PiSowców jako poważną opozycje a nie jako natchnioną gastrke paranoików, nie liczących się z nikim i z niczym w tym nie liczących się z polską racja stanu. Nadal media uważają JK za pełnoprawnego polityka Polski. Tymczasem w USA, Francji czy Niemczech siedziałby taki niepoczytalny radykał na obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. A swoją drogą jak łatwo w Polsce zgromadzić przeważającą ilość głuptasów i zawziętaczy pod wodzą takich nieudaczników jak wierchuszka PiS, Rydzyk i Episkopatu.
@Sławek: tak, to też… Nic ująć nic dodać. To grzechy Platformy.
Nareszcie ktos napisal czarno na bialym, ze Macierewicz zachowywal sie jak agent bezpieki. Skoro teraz zachowuje sie jak agent rosyjski, to jest dosc logiczne, ze nie wzielo sie to znikad. Moim zdaniem kompromitacja polskiego panstwa polega na tym, ze nie mialo najmniejszej ochoty zalatwic tej sprawy tak, jak nalezalo: porzadnym dochodzeniem przeprowadzonym przez kontrwywiad i prokurature i wieloletnim wyrokiem, gdyby znalazly sie dowody na to, co widac golym okiem.
W USA jest takie powiedzenie, ze jesli cos wyglada jak kaczka, kwacze jak kaczka, i pływa jak kaczka, to jest to kaczka. I podobnie, jesli ktos sie zachowuje jak agent, słuzy obcym interesom, to zapewne jest agentem. Nedzna to władza, ktora nie potrafi załatwic takiej sprawy raz a porzadnie.
@ Slawek
Uznanie za nie wlaczenie do wyliczanki przodujacych demokracji swiata USA, Francja, Niemcy – Wielkiej Brytanii. Wybrali antyeuropejskich konserwatystow. Toz gorzej niz kaczory.
Pan tak zupełnie poważnie zrównuje Kaczyńskiego z Cameronem??? Jakos nie przypominam sobie aby Cameron lub jego współpracownicy wymyślali swoim oponentom politycznym od agentów czy jakoś inaczej. No i oczywiście nie miałem pojęcia ze pani kanclerz Merkel pochodzi z lewicowej partii.Cóż człowiek się uczy całe życie
@j.Luk pisze: 2015/05/07 o 01:15
„Należałoby przeprowadzić raczej analizę dająca odpowiedź na pytanie: czy część społeczeństwa jest „kształtowana” przez tę opozycję, czy też opozycja jest jej emanacją. Wzorem p. Bonikowskiej opowiedziałbym się raczej za tym drugim wariantem.”
Sam Pan odpowiedzial na pytanie, moim zdaniem trafnie. Pozwole wiec sobie zwrocic uwage na co innego. Wielu autorow ubolewa z powodu jakosci kandydatow w tych wyborach, ktore wygladają na jakis cyrk. (Chcialem dopisac kilka zlosliwosci, ale podobno obowiazuje cisza na ten temat.) Cyrk ma byc dowodem na upadek obyczajow i demokracji. A mi sie wydaje co innego. Ten cyrk wskazuje, ze prawdziwa rywalizacja o wladze toczy sie nie tam, gdzie oficjalnie powinna, ale gdzie indziej. Bo przeciez nie ma wątpliwosci, ze ostra rywalizacja ma w Polsce ciągle miejsce, tak samo jak w kazdym normalnym kraju. No, wiec kto walczy i gdzie? Odpowiedz jest chyba dosc jasna. Walczą ze soba dwie koterie jednego srodowiska, chwilowo upozowane na dwie partie. Trzecia partia wlasnie schodzi ze sceny (SLD) z powodu personalnego wypalenia. Czwarta koteria (PSL) nie tyle walczy, co sie wkreca, gdzie tylko moze. Ruch, nazywany partią (czy moze parta nazywana ruchem) tez sie konczy, bo lider sie nie sprawdzil. To wszystko nie jest ani niezwykle, ani specjalnie grozne. Ot, przepychanki. Jednak jest w Polsce jeden dosc niezwykly gracz, ktorego w takiej grze byc nie powinno. A mianowicie Kosciol. Ta organizacja wyrosla w rywalizacji z powaznym przeciwnikiem (PZPR), w ktorej wykazala sie sprawnoscią z pozytkiem dla kraju. Jednak powazny przeciwnik zniknąl, a Kosciol nie tylko pozostal, ale przejąl mentalnosc i metody bylego przeciwnika. Biskupi wskoczyli w role sekretarzy wojewodzkich i poczuli sie w tej roli niezwykle komfortowo. Spoleczenstwo to zaakceptowalo. A juz zwlaszcza politycy, ktorzy tez wyrosli w cieniu dwu gigantow, czyli PZPR i Kosciola. Z tego wynikla rzecz dosc nieoczekiwana: wrocilo nowe. Wrocili oficerowie polityczni pod nazwą kapelanow, aktywisci partyjni w szkolach i instytucjach, wrocila nadgorliwosc, wazeliniarstwo, i asekurantyzm. Mozna powiedziec, ze Homo Sovieticus gladko przeksztalcil sie w Homo Catolicus. A moze nie musial sie nawet przeksztalcac. Zmienil jedynie kolor krawata.
.
Pamietamy, ze Partia co prawda rządzila, ale nie miala do tego mandatu konstytucyjnego. Wiec w latach ’70 partia zaczela zmieniac Konstytucje, zeby sobie taki mandat dopisac. Czy to czegos nie przypomina? Dopisywanie paragrafow czy preambuly z powolanien sie na na Pana Boga, i potem dowodzenie, ze z tej preambuly cos wynika dla porządku prawnego w kraju. Sugerowanie, ze trzeba dopisac jeszcze wiecej. Usluzny sedzia Trybunalu, ktory przyjmuje medale od gracza politycznego udajac, ze ten gracz nie gra o swoje merkantylne interesy, tylko jest arbitrem namaszczonym przez samego Pana Boga. Czy kiedys nie bylo takich usluznych prawnikow? A ponad wszystkim unosi sie znane haslo „Partia kieruje, rząd rządzi”. Teraz tez Kosciol chce kierowac nie ponosząc odpowiedzialnosci. Jak sie cos nie uda, to sie wymieni zderzaki, po czym bedzie sie dalej kierowac, alleluja.
.
Na tym tle trudno sie dziwic, ze cyrk jest co najwyzej cyrkiem. Po to, zeby rozpocząc prawdziwa debate, trzebaby palcem wskazac na slonia w pokoju. Trzebaby powiedziec, ze powazna walka o wladze rozgrywa sie pomiedzy wladzą konstytucyjną i wladzą z nadania kaduka. A tego jakos nie wypada powiedziec, bo to zbyt ryzykowne i niewygodne. Zamiast tego organizuje sie zastepczy mecz pomiedzy marionetkami. Te marionetki sa niepowazne, bo od nich malo co zalezy. Prawdziwi rezyserzy pociągają za sznurki z oddali i nie pokazują sie przed kamerami. To juz bylo, tak wlasnie rządzila PZPR.
Wpisuję się tu na „po nartach(2)”. Czując się jak mój młodszy brat 65 lat temu, kiedy go przyłapałem, jak siedział na parapecie okna i wymyślał od ostatnich dzieciakom, co się tam pod oknem, na ulicy, bawiły. Skarcony przeze mnie odparł: oni nie słyszą moich rozmowów. Rzeczywiście, mówił półgłosem, gwar ulicy wystarczał. Więc jazgot internetu wytłumi też mój głos, na końcu brody komentarzy pod Bratkowskim. Bo oto łamię ciszę wyborczą wzywając do głosowania na nieokreślonego kandydata. Jednocześnie oświadczam z pełną odpowiedzialnością że wszyscy pozostali członkowie (dlatego panie wykluczam) tego grona to gł****chuje. Bo mylą to z wyborem nagrody OSK***. Ponieważ jak już ktoś był mianowany, to nieomal wybrany i przez resztę bytu może się chlubić,że kandydował. A że sam się (idiota – to po grecku – po polsku było powyżej) mianował, i podobnych sobie znalazł, co podpisując na chwilę porzucili (jeśli mieli) rozeznanie sytuacji, to cała jego zasługa. Zaś do przedmówcy przyłączam się na 10 plusów wałęśnych. Dodatnich podwójnie. (Ale tak na marginesie: nie możesz sobie w końcu zainstalować jakiejś polskiej czcionki, lub klawiatury? Slalom ortograficzny męczy.)
Byłem ciekaw (naiwnie) czy cerber programowy stronniczy wytnie mi komentarz za jednego „hutnika”. Co był jednak w tej sytuacji znacznie precyzyjniejszy niż grecki „idiota” (również – „człowiek prywatny”) Wygwiazdkowałem głupola, bo dla mnie bardziej obelżywy niż zwykła anatomia.