Tam gdzie wiewiórki chmurami spadają z nieba
Czy na tej proto-Wielkorusi najstarsze grody Słowienie stawiali w VII wieku przeciw Bałtom i Czudzi? Czy dopiero dla ochrony przed pierwszymi wikingami?
Musiały one powstawać, zanim na rzekach pojawiły się pierwsze bojowe łodzie wikingów. Inaczej nie byłaby Ruś dla Skandynawów „krajem grodów”. Byłaby krajem lasów, niedźwiedzi, ryb, ale nie grodów. Danowie, jeśli to oni przypływali tu pierwsi, musieli grody, budowane przez olbrzymów, już tu zastać. Inaczej nie zabraliby ich do swojej mitologii.
Grody jednak budowali wszyscy. Grody na wysokich brzegach rzek i pośród błot Wielkorusi montowały również ludy kultury, zwanej – od wykopalisk we wsi Borszewo nad górnym Donem i w mieście Romny nad Sułą w dorzeczu Dniepru – borszewsko-romneńską. Datuje się ją na okres od VIII do X wieku, ale kojarzy w zasadzie z Wiatyczami i Siewierzanami. Ci jednak, mimo wielu cech wspólnych, różnili się mocno od siebie. Jak i Słowienie znad Ilmenu różnili się od nich. Wszyscy palili swoich zmarłych na stosach, jak reszta Słowian, podobne więc mieli poglądy na życia pozagrobowe, ale Siewierzanie, inaczej niż Słowienie i Wiatycze, kurhanów nie sypali; chowali szczątki swych bliskich w urnach na polach grzebalnych. Siewierzanie i Wiatycze przemieszkiwali w ziemiankach, połączonych często ze sobą podziemnymi korytarzami. Słowienie i Krywicze, najprawdopodobniej pochodzenia przynajmniej bliskiego terytorialnie, budowali z bierwion chaty naziemne; snadź czuli się bezpieczniej pośród puszczańskich ostępów, przy tym – któż by kopał ziemianki w nawilgłym gruncie? Trzeba głębokich studiów historyków-etnografów nad pra-politologią, by wyjaśnić, jak mogły się tradycje w sprawach aż tak podstawowych aż tak różnicować.
Słowienie i ich sąsiedzi palili zwłoki bliskich na stosach. Kości z popiołem i resztkami zdobiących odzież sprzączek, zapinek, paciorków, czasem z nożami i grotami spalonych oszczepów, składali w swoistych drewnianych komorach, nad nimi sypali „rodzinne”, czyli – rodowe, bo nie indywidualne, kurhany. Dopiero po wiekach sypać je mieli nad grobami już pojedynczych rodaków, prawdopodobnie tych najważniejszych.
Archeologia rozpoznaje ich po tych „sopkach”, jak zwali je nowożytni miejscowi, czyli wysokich na kilka metrów kurhanach; nie znamy takich z Wielkopolski Lędzian. „Sopki” te miały być bardzo podobne do ugro-fińskich, aliści w głębi terenów fińskich już się ich nie spotyka, zaś okoliczni pierwotni mieszkańcy tych ziem, Wotowie, Iżora i inne ugro-fińskie plemiona znad górnej Wołgi, Meriowie, Muromcy, Mordwini, grzebali swych zmarłych wprost w ziemi.
Tam, gdzie sterczą sopki, Trietiakow odczytywał osadnictwo Słowienów – nad Wołchowem, czyli na Powołchowiu, i na pojezierzu ilmeńskim, tj. nad dopływami Ilmenu, Łowacią i Mstą, oraz w górnym i środkowym biegu Mołogi, wpadającej do górnej Wołgi. Znalazłem mapę tych sopek u owego historyka-geografa, Władimira Żekulina – rzeczywiście, grupują się one nad rzekami i rzeczkami tej okolicy. Ciekawe, że nie nad samym jeziorem: najwyraźniej przybyli tu osadnicy tak wielkich jezior nie znali, chyba się nawet burzliwego Ilmenu obawiali i dopiero musieli się żeglowania po nim nauczyć. Ryby łowili do tej pory w rzekach i strumieniach. Albo też nad jeziorem siedziała Czudź. Jak było naprawdę, nie wiemy. Nie kopano tam jeszcze.
Żekulin nie miał większych złudzeń co do rolnictwa w okolicach Ilmenu. Osady rolnicze były tu niewielkie, z niewielką liczbą zagród, zwykle w dolinkach, przy płynących nimi ruczajach, przy „oczkach” stojących wód gruntowych, albo przy wykopanych studniach. I nigdy nie były większe. Z „Kalevali” jasno wynika, że na północy wieś z więcej niż dziesięcioma zagrodami była już wsią pokaźną. Kiedy w XV wieku obliczano majątek Boreckich, na jedną ich „dierewnię”, wieś, przypadało średnio dwie zagrody!
Dla budowy grodów nie ma innego wytłumaczenia, jak opór Czudzi, pierwotnych gospodarzy tych ziem, lub może i Łoparów, jednych i drugich widać bardzo walecznych. Nim się Słowienie i ludy kultury borszewsko-romneńskiej na przyszłej Wielkorusi zaprzyjaźniły z plemionami innych języków, wprost musiały się ich obawiać. Nieufne i niepewne, same raczej ze złymi zamiarami, wchodząc w cudze tereny łowieckie – budowały grody obronne. Obronne, bo wojna była tu raczej dość trudna; przyroda jej nie sprzyjała, a łupić tutejszych sąsiadów nie bardzo było z czego; co najwyżej z tego, co samemu można było upolować, złowić w rzece lub z barci leśnej podebrać. Zrabować można było wszystkiego bydło – niby wartość podstawową, zastępującą duże pieniądze przy wymianie, ale to już wymagało wojny krwawej i wyczerpującej, na której ślady musieliby trafić archeolodzy…
A konie? Mieli konie, owszem. Rawdonikas wśród szczątków zwierzęcych w Starej Ładodze znalazł przy czterdziestu kilku procentach kości bydła rogatego także i kilkanaście procent kości koni. Ale chomąta jeszcze nie wynaleziono, więc niewygodnymi jarzmami dręczono również konie. „Igo”, jarzmo, też ugro-fińskiego pochodzenia (Estowie mają „ike”, bałtyjska Łotwa – „jugs”), jest i w słowniku słowiańskiej Rusi, znała więc Ruś jarzmo. Używała go później w znaczeniu już tylko przenośnym: Nikoła Sielaninowicz, północny, nowogrodzki mocarny rataj z bylin, orał swoją luksusową sochą o złoconych rękojeściach nie wołami, z natury mocniejszymi, lecz „bułaną kobyłką”, której dosiadał. Przyprowadzić ją chyba musiał z południa Rusi, bo Nowogrodzianie konie mieli kiepskie i nigdy nie nauczyli się ich hodować – „szkapa nowogrodzka” przez pół tysiąclecia będzie niemal przysłowiowo nędzna.
Nie ma śladów jakiejś eksterminacji Czudzi. Przeciwnie, „Czudzini”, wojownicy czudzcy od początku pisanej historii będą towarzyszami broni Nowogrodzian, zaś osady czudzkie sąsiadowały ze słowieńskimi. Dla wszystkich tu było dosyć miejsca – w Gniezdowie pod Smoleńskiem archeologia spotkała jakichś Bałtów, krewnych Jadźwingów lub dzisiejszych Łotyszów – obok szczątków skandynawskich. Nie bardzo sobie wyobrażam, by Czudź cofała się ze swym osadnictwem. Ta bliższa Nowogrodowi slawizowała się po prostu. Choć proces „wypychania” na północ nie byłby tu niczym wyjątkowym: pra-Finowie, czyli Jemcy, Iżora i Karelowie spychali tak na północ wcześniejszych mieszkańców przyszłej Finlandii, „karłów” z sag, „Saamów” w ich własnym języku, któtych Nowogród mianował „Łoparami”, od „loppu”, ugrofińskiego końca, końca świata.. Plemiona szwedzkie „Finnami”, doskonałymi, nazywały właśnie ich, Saamów, a ślady „Łopu” spotyka się już na południe od jeziora Ładoga – jako najbliższych sąsiadów Słowienów i Czudzi, w tym przypadku – Iżory i Korieły.
Przodkowie dzisiejszych Finów natomiast wędrowali już parę wieków aż spod Uralu, ich imię „Naeme” pozostało tam w nazewnictwie miejscowym. To imię Nowogród strawestuje na „Jem”, krąg „Jemców”, „Niemców” zapewne też i dlatego, że niczego nie rozumieli. Z imienia samych Finów, „Suomi”, historycy wnioskują, że pierwotnie mieszkali na jakichś bagnach, moczarach, „suo”. Nie bardzo mi się to widzi; słyszę w tym „Suomi” dźwięki bliskie „Saamom”. Jak fińscy Karelowie prawdopodobnie zabrali też imię pierwotnym Karelom – „karłom”…
Teza, że Suomi przyszli na tereny dzisiejszej Estonii z północy, zza zatoki, nie ma sensu – to co najwyżej „Niemcy” poszli stąd zdobywać ziemie na północ od zatoki, wziąwszy ze sobą miejscową mitologię. A językoznawcy właśnie południowo-zachodni dialekt fińskiego, z terenu przyszłej Estonii, dialekt „przesiedleńców”, nazywają „Suomi”, „Sum” – choć przyszły język starofiński, ten już zapisywany od XVI wieku, wyrośnie z dialektu Naeme, „Niemców”, „Jemu”.
Skandynawowie, którym Saamowie aż tak nie zawadzali, nie objawiają w swych sagach sympatii do nich, ale podziwiają zręczność „karłów”, ich umiejętności – nieznane historykom i nie przebadane. Za to w ugrofińskiej „Kalevali” z Pohjolą, „północą”, i jej „Łopem”, kojarzy się wszelkie możliwe zło. Zrozumiałe – zajmowali wszak ziemie, które oni, Naeme, chcieli zająć!
Żeby „wypychać” plemiona ugro-fińskie, Wotów, Iżorę, Korełów (Karelów), czy potem Wepsów, Meriów, Mordwę, Ugrę, było Słowienów po prostu za mało. Dlatego nie spotykamy żadnych oznak podbojów czy choćby nawet konfliktów… Przeciwnie, w historii pisanej będą razem podbijali i rabowali innych. W „Kalevali”, eposie niby chłopskim, znacznie późniejszym, przetrwa pamięć dawnych wypraw zbójeckich, ale jego tradycję będzie reprezentował lekkoduch i świszczypała. Zgodnie z poglądami samego Loenrota.
„Czudzią” mogli być najpierw przede wszystkim najbliżsi sąsiedzi, Wotowie. Nowogrodzka Czudź to jednak nie Kalevanowie, to część Nowogrodu Wielkiego, udziałowcy jego historii – ugrofińska „Wodź”, czyli – poprawnie, w ich własnym języku – Wotowie. Zostało po nich dziesiątki nazw miejscowych w zachodniej i północnej części ziem republiki nowogrodzkiej, włącznie z nazwą części republiki nowogrodzkiej, „piatiny”, właśnie – „wodskiej”. Język Wotów jest dzisiaj północno-wschodnim narzeczem estońskiego, jednym z trzech jego narzeczy. Dzielni być musieli: skojarzyć można ich imię z dzisiejszym fińskim „voitto” – „zwycięstwo”. Bliżej im było do Jemców, ale ich estoński to jednak nie język fiński – mimo tak bliskiego pokrewieństwa. W estońskim nie ma aż tylu przedłużających się samogłosek, za to przebogata fleksja – czternaście przypadków! Drogi tych języków rozeszły się bardzo dawno, ale mit Kalevy je łączył. W pełni trzeba doceniać Kalevanów – będą później, o czym się tu przekonamy, wysoko cenionymi w Nowogrodzie kupcami, choć zajmowali się piractwem, nim zasmakowali w handlu. O historii ich handlu nikt nie pisał, bo nikt o nim nie wiedział. Urobią sobie w nim więcej niż poczesne miejsce, znani także światu arabskiemu i w Bizancjum – zlekceważeni przez historię, nieobecni nawet w dziejach własnego kraju. Wiemy, jak ich nazywał Nowogród Wielki, a nawet – Bizancjum, bywali bowiem i tu, i tu. I już wiemy wreszcie, jak sami siebie nazywali!
Niewiele mi wiadomo o różnicach kulturowych między tutejszymi Słowianami a ową Czudzią; podejrzewam, że dwa z górą stulecia terytorialnego przemieszania, sąsiedztwa i współżycia raczej niwelowały ewentualne różnice, więc i spór o przynależność kulturową sopek może okazać się bezprzedmiotowy.
Czy oni sami, ci Słowienie, lubili i umieli wojować? Nie wiemy. Kraj, gdzie osiedli, pokrywały nieprzebyte puszcze i bagna. Gdyby nie spławność rzek, jedynego ogólnie dostępnego szlaku komunikacyjnego, nikt by tu nie potrzebował sypać umocnień i otaczać swych osad wałami. Tradycją w leśnych okolicach, sprawdzoną w chwilach niebezpieczeństwa, było kryć się dla ochrony w głębi puszczy.
Jezioro, jak wspominałem, początkowo mogło budzić w nich lęk. Nie byłoby to dziwne. Ilmen zwał się pierwotnie – jeszcze u Nestora i aż po wiek XVI – „Ilmierem”, po czudzku. Estońskie, tak bliskie fińskiemu, „jaerv, „jerv”, to „jezioro”, „ilm” to „światło”, „cisza, spokój”, „pogoda” (są w Estonii jeziora „Ilmjaerv”), a w karelskich i fińskich jeziorach o nazwie Ilmajaervi przemieszkują groźne duchy, które rządzą pogodą. Myślę, że tym bardziej przed z górą tysiącem lat siedział i w głębinach starego Ilmieru, Ilmeru, taki duch, który nie pozwalał się lekceważyć. Manifestował swoją moc kaprysami atmosfery i odmętów – toż kiedy się naprawdę rozszalał w atakach swojej wściekłości, potrafił wpędzić w nurt Wołchowa parometrowy podobno przybór! Nawet jeśli naprawdę podnosił tylko jego wody o dwa metry, groził katastrofą.
Dobrze go znać będzie Nowogród: Sadko w bylinach-starinach Nowogrodu grał na gęślach podwodnemu kniaziowi, to stąd najpierw, z Ilmieru, wiedział o istnieniu takiego władcy, tu go spotkał; nie potrzebował do tego mitów greckich. Musieli Słowienie szanować groźnego władcę tego „morza”. Najlepszy dowód, że kroniki, latopisy, zarejestrowały na zawsze czudzką nazwę, choć z czasem Słowienie, oswoiwszy się z Ilmierem, ochrzczą go dumnie „Morzem Słowieńskim”.
Nigdy nie ochrzczą jednak po swojemu wielkich „mórz wewnętrznych” Północy: „Newo” znaczy coś tylko po fińsku – a znaczy topielisko, trzęsawisko. Imię tak groźnego jeziora Onega ma coś z dzisiejszej fińskiej „wędki” – „onki”, „ongenkoukku” to haczyk u wędki, „ongensiima” – żyłka u wędki. Nie będę tu wyrokował, może odezwie się mój przyjaciel, finnista, prof. Antoni Krawczykiewcz…
Bałtyk przez wieki dominacji Skandynawów będzie dla Słowienów morzem Wareskim. Ale „Ilmieru” ich nazwa „morza” nigdy nie wyprze. Ilmier pozostanie ich, własny. Pewniejszy jako droga od puszczańskich szlaków. Bo dróg tu nie było. Na późniejszych błotnistych, leśnych drogach grzęzły konie i grzęźli piesi, podczas wiosennych roztopów i jesiennych deszczów nikt się tu przedostać nie mógł. Obcy gubił się w lasach; jeszcze w XII wieku, a i później, wrogie, walczące ze sobą oddziały przechodziły czasem niedaleko od siebie, daremnie próbując trafić na przeciwnika; tatarskie czambuły Batu-chana w XIII wieku nie zaryzykowały wiosną próby dotarcia konno do Nowogrodu… Swobodnie tu się podróżowało tylko zimą. Od paru tysięcy lat, jak się przekonamy.
Aż po wiek XX chłopi Wielkorusi północnej, na dawnych ziemiach Nowogrodu Wielkiego, znaczyli w bezdrożach puszcz, na dziesiątkach kilometrów, swoje „tropy”, po polsku dosłownie – „ślady”, w starym polskim języku myśliwskim – „chody”. Obcinali po jednej stronie gałęzie, zostawiali na pniach gładkie „ciosny”, placki nagiej bieli drzewnej, a na co której kolejnej ciośnie wyrzynali „klejmo”, swój znak, który dawał im prawo do opłaty ze strony kogoś, kto szedł później tak wytyczonym szlakiem. Klejmem też chronili swoje barcie leśne. To germańskie słowo przetrwało stulecia, by świadczyć, że coś jednak ze sobą skandynawscy puszczanie pożytecznego przynieśli.
Słowienie z pewnością „chodzili” tu razem z Czudzią wcześniej. Bez dobrych stosunków z jednymi i drugimi późniejsi Waręgowie nie mogliby liczyć na otwarcie drogi ku południu. Zgubiliby się w borach, zginęliby w grzęzawiskach, wykończyłyby ich zasadzki i pułapki. Innymi słowy, bez tych lokalnych przyjaciół nic by nie wyszło z sukcesów wareskich. Rosowie mogli tu być zbójcami tylko razem z nimi.
Puszcza decydowała tu o życiu. Dawała Słowienom i broń. Tak, bo dawała i żelazo. Przy czym bogata i mądra puszcza ziemi nowogrodzkiej dbała sama o to, by jej nikt nie pomylił z inną – jakby z góry przewidując los Nowogrodu Wielkiego. Żelazo, wytapiane z jej rud błotnych i darniowych, znaczyła nieuchwytnym przekazem, adresowanym do archeologów XX wieku: analiza spektralna wykrywa śladowe domieszki molibdenu w nowogrodzkim żelazie, sygnując odpowiednimi pasmami w widmie emisyjnym każdą próbkę stali z nowogrodzkiego miecza, czy go znaleziono gdzieś hen, w Turcji czy w północnej Afryce. Podobna śladowa domieszka niklu znaczy produkty z rud darniowych centralnej Rosji.
Prawdziwe źródła tutejszego, miejscowego postępu techniki przemilczano, bo wzory czerpali Słowianie Rusi od nauczycieli, którzy Związkowi Sowieckiemu kojarzyli się naonczas źle – jako pół-Żydzi, nie semici, ale wyznawcy judaizmu, a to byli nauczyciele wysoce niewygodni dla polityki zagranicznej ZSRR, flirtującego właśnie z dyktatorami świata Arabów, nie znoszącymi Izraela… Ruś miała importować głownie mieczów (czyli ich klingi) z odległych pracowni nadreńskich – ponieważ obraźliwe dla starej Rusi było przypuścić, że mogła nie utrzymywać kontaktów z Frankonią! Tak wywodził radziecki historyk techniki wojskowej, Anatolij Nikołajewicz Kirpicznikow. Choć i tysiące sprowadzonych mieczów nie wystarczyłyby dla rozszyfrowania, jak się je z hartowanej stali wykuwa.
Karmiły ten świat lasy i wody. Słowienie ilmeńscy byli zawołanymi łowcami, rybakami i bartnikami; głody przyszły dopiero z gęstszym zaludnieniem miast, których mieszkańcy nie umieli już polować. Ziemia nowogrodzka słynęła obfitością zwierzyny w swych puszczach, głównie – futerkowej.
Wiewiórki tu, jak wierzono, chmurami spadały z nieba, stąd było ich takie mnóstwo. Ich skórki służyły jako drobna moneta w handlu, obracano dziesiątkami tysięcy takich skórek. Wartościowsze były skórki kun, od których wzięła później nazwę i moneta! A jeszcze bobry, lisy, rysie i żbiki, potem zaś gronostaje i pieśce znad Peczory, sobole; nie mówiąc już o jeleniach, łosiach, żubrach i turach, o niezliczonych gatunkach ptactwa.
Rzeki uzupełniały tę dietę rybami i kawiorem, barcie leśne – miodem, a dawały te barcie i wosk. Tak miało być całymi stuleciami: jeszcze z końcem XIII wieku Nowogrodzianie będą swoim kniaziom skąpo, a nader dokładnie wydzielali tereny łowieckie. Włości najzamożniejszych bojarów nie obejmowały przestrzeni dużo większej niż gospodarstwa chłopów; teza, że rolnictwo mogło tu rodzić bogactwo, jest technologicznym nieporozumieniem. Tylko ludzie, znający rolnictwo z „socjalistycznych” książek, w których prywatne gospodarstwo co godzinę rodziło kapitalizm, wyobrażać sobie mogli, że wzbogaceni bojarzy przenosili się ze wsi do miasta. Jeżeli już, było akurat odwrotnie. Nowogród Wielki jako państwo i gospodarka wyjdzie ze świata lasów.
Polowało się na wszelką zwierzynę łowną – z wyjątkiem niedźwiedzi. Ani sami Nowogrodzianie, ani potem ich kniaziowie na niedźwiedzie nie polowali. Dla północy Rusi niedźwiedź – co wiemy z badań etnograficznych, opisanych w księgach „Kultury ludowej Słowian” Moszyńskiego – był człowiekiem w zwierzęcej skórze: sam rzadko napadał i pożerał ludzi, za to chętnie jadał zioła i owies, kochał miód, a jego ślady przypominały ślady stóp ludzkich. Prof. Ryszard Kiersnowski w swej niezwykłej książce „Niedźwiedzie i ludzie w dawnych i nowszych czasach” wspomina o ludach pierwotnych, które widziały w niedźwiedziach – swoich krewnych, czyli potomków po wspólnym niedźwiedzim przodku. Posądzam nasze ludy, przynajmniej te słowiańskie, że we wczesnych epokach swej historii miały się za potomków niedźwiedzi; także chyba i poniektórzy Germanie, berserkowie nie przypadkiem przeistaczali się w niedźwiedzie. Nie wolno więc było zabijać niedźwiedzi, i na Rusi, i w przyszłej Polsce aż po wiek XII, ani, tym bardziej, jeść ich mięsa i nosić futer z nich. Jak i u nas, i jak wśród pra-Finów, niedźwiedzia nie nazywano. Jego nieznane nam imię otaczało tabu: był co najwyżej „miedwiedem”, tym, który wie, gdzie jest miód…
Zwalczając ten kult pogański, cerkiew XII wieku na pytanie kanoniczne „czy można zrobić szubę z niedźwiedzia” oczekiwała odpowiedzi „tak”. Ale nie jest pewne, czy samych popów udało się w tej kwestii tak rychło przekonać. U nas jeszcze za Mieszka Starego, z końcem XII wieku, karano zabicie niedźwiedzia. Północ Rusi kochała niedźwiedzia i czciła aż po wiek XIX: prawosławny duchowny z Białorusi opisał ze szczegółami specjalne święto, które obchodzili białoruscy chłopi w przeddzień Zwiastowania Najświętszej Marii Panny – niedźwiedzie budzą się wtedy ze snu zimowego, żeby w tak wielkie święto być przytomne. Otóż wszyscy mężczyźni wsi, duzi i mali, zjadłszy przygotowane specjalnie na ten dzień potrawy, kładli się i co chwila powoli przewracali z boku na bok, pomrukiwali jak budzący się niedźwiedź. Po dwóch mniej więcej godzinach wstawali i świętowali dalej, życząc niedźwiedziom pomyślności (święto ku czci niedźwiedzi mieli też i Bułgarzy, potomkowie Dregowiczów, Bereziczów i Smoleńców, tych, co wyszli przed wiekami z ziem dzisiejszej Białorusi). Jeśli zaś obchodzono takie święto niedźwiedzie jeszcze w drugiej połowie XIX wieku, możemy domyślać się, czym był niedźwiedź w pojęciu ludzi nowogrodzkich przed lat tysiącem.
Nie obrażamy Wielkorusów, kojarząc ich z niedźwiedziem. Niedźwiedzie były panami ich puszcz i przyjaciółmi – dopóki ludzie nie nauczyli się łowić małych misiów i uczyć sztuczek do wtóru swoich instrumentów. Ale nawet wtedy „niedźwiednikami” pogardzano; Iwan Groźny, jak pamiętamy, upokarzał nowogrodzkiego archijereja, sprowadzając go do roli niedźwiednika…
Oczywiście, listy nowogrodzkich towarów eksportowych dopełniały produkty garncarzy, niesłychanie obfita i różnorodna ceramika. Potem, w czasach normańskich – niewolnicy, bezbronne ofiary napadów, porywane kobiety, dziewczynki, młodzi mężczyźni i wyrostki.
Nie ukrywajmy: wszystkie te bogactwa żywe i martwe, zarówno dumne, jak haniebne, stworzą podstawę przyszłej potęgi i dobrobytu Nowogrodu.


