Gdy któryś z moich polskich przyjaciół pójdzie na operacje, to zawsze wykona ja „najlepszy profesor”. Tymczasem, ja, mieszkając w Bostonie, stolicy światowej medycyny, nigdy jeszcze na profesora nie trafiłem. Jest tak dlatego, że w szpitalach uniwersyteckich, a takich jest tu najwięcej, każdy lekarz ma cos ze studentami do czynienia, wiec może każdy jest profesorem? Chociaż przy żadnym z ich nazwisk nic poza MD nie stoi…
Od czasu do czasu trafiam w telewizji polskiej na twarz profesora medycyny; ten, którego zapamiętałem, mówił jak poeta: nawet najwspanialsze technologia nie wyleczy, jeżeli nie będzie za nią stał – tu myślał o sobie – człowiek z uśmiechem i ręką wyciągniętą do chorego; i właśnie tego, on, kochający rodzinę, skromny człowiek, dla którego nie ma nic w życiu ważniejszego niż wyzdrowienie pacjenta, uczy swoich kolegów. Czy rzeczywiście tak bardzo brakuje w Polsce wyciągających ręce na powitanie pacjenta, uśmiechniętych lekarzy? Jeżeli tak jest, to nasz profesor musi być milionerem.
Tutaj, od kelnerki zaczynając, a na prezydencie kończąc, niewiele jest zawodów, które można wykonywać bez uśmiechu, wyjątkiem są zakłady pogrzebowe. Otoczony uśmiechami lekarzy i pielęgniarek, odnoszę wrażenie, że mnie leczy… komputer. Zacznę od tego, że po naciśnięciu mojego komputerowego kodu roztoczy się przede mną cała historia mojego zdrowia, a w czasie wizyty na ten sam ekran patrzyć będzie lekarz; zanim go zobaczę, wszystko co zdążyło się u mnie od czasu poprzedniej wizyty wprowadzi do komputera jego asystentka (nowy zawód medyczny powyżej pielęgniarki). Ta stworzona w ciągu ostatnich lat przy olbrzymim poparciu dobrze wykształconego Obamy, medyczna informatyka zarobiła już na siebie, oszczędzając na powtarzaniu tych samych testów i zabiegów, a „jałowy” kiedyś czas lekarza – przeznaczając na leczenie.
Tworzy się nowa topografia służby zdrowia: praktyki lekarskie grupują się wewnątrz szpitali lub w okolicy, żeby do minimum zmniejszyć odległość do specjalistów, sprzętu testującego, laboratoriów i sal operacyjnych. Gdy znajdę się w szpitalu, żebym nie stracił kontynuacji leczenia, nazajutrz o 7 rano, odwiedzi mnie mój lekarz domowy, a jeżeli mam wybrać sobie chirurga, to najlepszy będzie ktoś poniżej 50-tki, kto wciąż biega w maratonie, co wśród chirurgów nie jest takie rzadkie.
Polska medycyna profesorska bierze się z europejskiej tradycji, wciąż traktującej leczenie jako „sztukę”, z jej wspaniałymi „diagnostami”, jak 75-letni profesor mojej matki w latach PRL, który mówił jej, że jako „sercowa” nie powinna wchodzić do morza. Pół wieku później każdy protokół operacyjny jest wyświetlany na ekranie komputerowym, a opis każdej choroby jest po skopiowaniu przez lekarza – do dyspozycji pacjenta.
Sklepy z socjalistycznymi gaciami zamieniano w Polsce na sklepy z dżinsami – w ciągu tygodnia. A gdyby zdobywać/ kupować najbardziej zaawansowane na świecie amerykańskie licencje (jak „formaty”, które kupują telewizje) – na organizację służby zdrowia, organizację szpitali i informatyczne metody leczenia? Pieniądze by się zwróciły, a wielu uśmiechniętych profesorów poszłoby na wcześniejsze emerytury lub na posady w Ministerstwie Zdrowia.
Marian Marzyński



Lubię pańskie teksty, Panie Marianie.
Ta Ameryka w wersji USA jest taka cudowna, fakt, mają niemal wszystko. Brak im do szczęścia jedynie prawdziwej wojny która pozwoliłaby im patrzeć na autentyczne ruiny, takie jak te które śniły mi się wiele lat jak byłem pacholęciem. Róg Żelaznej i Wolskiej stała sobie taka kamienica, ni to zamieszkała ni to opuszczona. Zniknęła (nie do końca) kiedy się zestarzałem…
A jeśli idzie o medyków to te polskie profesory jakoś młodsze są niż ja i otrzymali najlepsze wykształcenie bo już w prl-u. Ja niby też, ale nie mam powodu do dumy bo w partii nie byłem i profesorem nie zostałem.
Taki zwykły ze mnie muzykant od tej niby dostojniejszej muzy, nawet Pendereckiego lubię co drażni otaczających mnie melomanów.
Pozdrawiam serdecznie,
uśmiechnięty na polski sposób
Magog