Andrzej C. Leszczyński: O skandalu, bluźnierstwie i kilku innych pojęciach9 min czytania

()

2017-03-11.

  1. Skandal. W znaczeniu pierwotnym (gr. `skándalon`, łac. `scandalum`) słowo to nacechowane jest negatywnie i mówi o występku, czynie przynoszącym wstyd, zgorszenie, oburzenie.

Jednak już we francuskim `scandaliser` słychać pewną niejednoznaczność, szczególnie wyraźną w obszarze sztuki. Mowa tu nie tylko o wywoływaniu zgorszenia, lecz i o tym, że zgorszenie to wywoływane bywa intencjonalnie. Że skandal to narzędzie służące do osiągania celu, jakim jest wprowadzanie do kultury – martwej, która wyczerpała swe możliwości i trawi już tylko samą siebie – nowej, żywej aksjologii, żywych wartości.

Taka możliwość pojmowania skandalu widoczna jest też w łacinie i grece. Łacińskie `scando` oznacza wstępowanie, greckie `skan` to skok. Kiedy skandujemy – wzywamy do wejścia.

  1. Skandal jest prowokacją, czyli inspiracją, wezwaniem do zabrania głosu (`provocatio`). To artystyczne i estetyczne drażnienie, widoczne na przykład u Witkacego w lubowaniu się perwersją. Perwersję pojmuje się dziś jako wyuzdanie, wynaturzenie, zepsucie, co może jakoś wiąże się z łacińskim `perwersje` (odwrotnie, przewrotnie). Perwersja, mówią słowniki, to wstręt do rzeczy, które się podobają ludziom normalnym, a pociąg do rzeczy uważanych za wstrętne, anormalne. Warto jednak pamiętać, że wyrażenie wcześniejsze od `perverse` – `pervestigatio` – mówi o szperaniu, dociekaniu, badaniu.

Taki użytek czyni z perwersji Witkacy, gdy drażniąc – bada stan i wytrzymałość kultury, o której sądzi, że zużyła się doszczętnie, zmumifikowała się, przeżyła już samą siebie. Pisze w „Szkicach estetycznych”: „artystyczna perwersja to jedyna forma, w jakiej ginąca dawna ludzkość zaznacza w pewien sposób tragedię swego końca”.

Skandal – bywa, że w sposób perwersyjny – kontestuje tradycję na rzecz wyobraźni i świadomości żywej, wyrażającej problemy palące dziś, współcześnie.

  1. Aldona Jawłowska („Drogi kontrkultury”) zwraca uwagę na znamienną ewolucję, jaką przeszedł termin „kontestacja”. Pierwotny, łaciński jego sens łączył się z potwierdzeniem (`contestor`, `contestari`), odwołaniem się do wyższej instancji. Francuskie `contestation` to już tylko zakwestionowanie, negacja. Dzisiejsze rozumienie kontestacji wiąże w sobie obydwa wcześniejsze sensy: to zaprzeczenie będące jednocześnie potwierdzeniem wartości, w imieniu których się zaprzecza.

Ożywczej, kontestującej roli skandalu nikt już dziś nie neguje. Poprzez skandal weszły do kultury takie wypowiedzi artystyczne, jak impresjonizm, modernizm, futuryzm, surrealizm czy konceptualizm.

W skandalicznej atmosferze zaznaczała swoje aspiracje tzw. kontrkultura, a w jej ramach filozofia anarchistyczna oraz świadomość ekologiczna.

  1. Jak wspomniałem, skandal łączy się ze zgorszeniem. Michał Paweł Markowski dokonuje w tym kontekście istotnego rozróżnienia. Zgorszyć to tyle, co [1] oburzyć (tzw. kamień obrazy) – ale też [2] uczynić kogoś „gorszym”.

W pierwszym wypadku możliwe jest gorszenie wartością dotąd nierozpoznaną, gdy przełamuje ona stereotyp albo konwenans (w ten właśnie sposób gorszył faryzeuszy Jezus). Tutaj źródło zgorszenia tkwi w samym gorszącym się.

W drugim wypadku chodzi o gorszenie czymś, co pozbawione jest wartości, czymś fikcyjnym i obliczonym na poklask (wyrażenie `ta skandala` oznacza w grece sztuczki kuglarskie). Źródło zgorszenia tkwi teraz w gorszycielu. Wyczulony był na tę dwuznaczność Jerzy Grotowski, kiedy odróżniał profanację i bluźnierstwo.

  1. Profanacja jest aktem wrogim, mającym zdeprecjonować, znieważyć symbol religijny. Ma to, co święte (sacrum), wypełnić treścią świecką (profanum). Gajus Trebatius Testa (prawnik rzymski, uczeń Cycerona) pisał: „sprofanowane są rzeczy, które ze świętych lub religijnych stały się na powrót własnością ludzi i przez nich są używane”.

Bluźnierstwo jest aktem gniewu kogoś, kto odczuwa wyczerpanie się, jałowość, „teatralność” aktów religijnych. Jałowość ta widoczna jest zazwyczaj w instytucjach religijnych, które z samej swej istoty powstrzymują, ograniczają to, co żywe. `Īnstituō` to tyle, co przyzwyczaić się, `īnstitūtiō` to zarządzenie, postanowienie, porządek.

Coraz częściej można spotkać opinie mówiące, że Kościołowi instytucjonalnemu chodzi właśnie o zarządzanie ludzkimi zachowaniami, czyli o władzę jak najbardziej doczesną.

Bluźni ten, kto odnosi się do samej świętości i ożywia, restytuuje sacrum. Grotowski: „Kiedy myśmy bluźnili w Teatrze Laboratorium, to przenikał nas święty dreszcz, że to piorun spadnie. Podobnie jak u Mickiewicza, gdzie Bóg jest zrównany z carem, bo »To Coś« na to zasłużyło. To nam zawsze było bliskie. I myśmy drżeli; a profanacja to jest oplucie kogoś lub czegoś świętego”.

Bluźnierczo wadził się z Bogiem Pier Paolo Pasolini, dość wspomnieć jego „Salo, czyli 120 dni Sodomy”. Zdaniem Krystiana Lupy żarliwość religijna przedstawienia Rodrigo Garcii „Golgota Picnic” przewyższa wszystkie dzieła oficjalnie religijne, będące najczęściej pseudoreligijnym kiczem.

  1. Bluźnierstwo można porównać do przekleństwa, klątwy. Przekleństwo jest czymś innym, niż używane zamiast przecinków wulgaryzmy. Wulgaryzmy są – zgodnie z etymologią (vulgaris) – pospolite.

Klątwa wyraża bezsilną rozpacz i zwraca się ku temu, co święte. To miał zapewne na uwadze Mistrz Eckhart, gdy pisał: „Deum ipsum quis blasphemando, Deum lauda” (jeśli ktoś bluźni przeciwko Bogu, to Go chwali). Rufus, bohater powieści Jamesa Baldwina pt. „Inny kraj”, popełnia samobójstwo skacząc z mostu do East River. Zwraca się do Boga słowami mogącymi uchodzić za obelżywe – „Idę do ciebie, ty stary…”. Słowa te są jednak bluźnierczą modlitwą, bo ważne jest, skąd się wzięły. Modlitwą były ostatnie, zaczynające się na literę „k”, słowa pilotów pod Smoleńskiem

Gdy dziecko mówi do mamy: nienawidzę cię – ta może śmiało odpowiedzieć: ja też cię kocham.

  1. Co do obrazy uczuć religijnych. Na watykańskim indeksie byli umieszczeni Mickiewicz i Słowacki. Hierarchowie potępiali tak znaczące wypowiedzi artystyczne, jak „Apocalypsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego, „Białe małżeństwo” Tadeusza Różewicza, „Zmory” Wojciecha Marczewskiego czy „Matkę Joannę od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza. Dziwne, że nie obraża religijnych uczuć to, co jest ewidentnie sprzeczne z Pismem Świętym. Na przykład nazywanie papieża Ojcem Świętym, intronizacja Chrystusa na króla Polski (tym kusił go na pustyni szatan), ukazywanie na wielu obrazach (np. w Kaplicy Sykstyńskiej) Boga w postaci ludzkiej itd. Dziwne, że nie obrażają wiary takie fakty, jak pochowanie wydalonego z kapłaństwa Józefa Wesołowskiego w biskupich szatach i z biskupim pierścieniem na palcu.

Już w Średniowieczu mówiono, że prawdziwa świętość jest całkowicie niedostępna dla skandalisty, nie ma potrzeby bronić ją przed bluźniercami. Już wtedy traktowano religię z poczuciem humoru, np. podczas corocznego Święta Głupców (`Festa Fatuorum`), gdy przy pełnej aprobacie władz kościelnych parodiowano mszę świętą, palono śmierdzące kadzidła, wylewano wiadra wody na celebransów czy też czytano psalmy od tyłu.

Nie tak dawno media przyniosły wypowiedź Rowana Williamsa, byłego arcybiskupa Canterbury, czyli anglikańskiego prymasa. Mówił, że przez większość historii ludzkości bluźnierstwo było podstawowym sposobem mówienia tego, co najbardziej kontrowersyjne, co boli. Swe wystąpienie Rowan zatytułował: „Dlaczego religia potrzebuje bluźnierstwa?”.

Znakomity malarz i wyśmienity teolog Jerzy Nowosielski powtarzał, że niechęć, a bywa że nienawiść ludzi religijnych do sztuki bierze się stąd, że sztuka jest moralnie podejrzana, przekracza czarnobiałe opozycje etyczne. „Rodzi się bowiem w jądrze tego dziwnego tygla, w którym dokonuje się owa alchemiczna przemiana świadomości zła w dobro, brzydoty w piękno. Sztuka musi być podejrzana, zbawia bowiem piekło”.

Coś podobnego mówi jezuita, o. Wacław Oszajca: „Bóg Biblii najwyraziściej ukazuje siebie wcale nie w cudach, ale tam, gdzie, jak się wydaje, nie Pan Bóg, ale diabeł rządzi. Wiele na ten temat mogą powiedzieć ludzie teatru. Deskom sceny nie obcy jest zapach siarki. Ale w teatrze zapach siarki nie zabija lecz uwydatnia oszałamiający zapach życia”.

  1. Chcę wrócić do podwójnej natury skandalu, o jakiej wspominał Michał Paweł Markowski. Do skandalu, który eksponuje nieprzyswojone dotąd wartości – i do skandalu, który eksponuje samego skandalistę.

Dzisiaj, sądzi Markowski, dominuje nie ten pierwszy, który „gorszy”, lecz drugi, który „czyni gorszym”. Nie odwołuje się on do żadnej „wyższej instancji”, nie odnajduje zapomnianych wartości, ale skupia się na sobie, przede wszystkim na skuteczności marketingowej.

Podobnie jak Markowski widzą rzecz twórcy „tradycyjni”, którzy w aktach skandalicznych nie widzą mierzenia się z aksjologicznymi fundamentami, lecz zwyczajne psucie tynków wydrapywaniem własnych inicjałów. Przykładem niech będą słowa Jana Englerta: „Dzisiejsza twórczość jest w rozkroku między realizacją własnej wyobraźni a komercją. Przecież jak Nieznalska rozpina genitalia na krzyżu, to nawet jeżeli jej przyznam czterdzieści procent twórczości, to jednak sześćdziesiąt procent jest pomysłem na to, jak sprzedać się z sukcesem. Nie mam nic przeciwko temu, tylko niech mi nie wmawiają, że proporcje są odwrotne. W tej chwili młody reżyser na wydziale reżyserii jeszcze nic nie umie, a już od pierwszego roku zaczyna przechodzić do historii. Zaczyna realizować coś, co ma być niezwykłe, zamiast najpierw nauczyć się rozrabiać glinę na rzeźbę. Techniki i rzemiosła nikt już nie chce się uczyć, bo wszyscy chcą gwałtownie zaistnieć jako wielcy artyści. Robią to po wierzchu, pobieżnie, to jest: głośno i kontrowersyjnie”.

  1. Jan Klata, dyrektor Starego Teatru, w rozmowie z Dariuszem Kosińskim tak tłumaczy swą decyzję o zerwaniu pod koniec 2013 roku prób Oliviera Frljica do „Nie-boskiej komedii”: „Frljic chciał aktorów manipulować. […] Jego nie interesowała „Nie-boska…”, nie interesował go Swinarski. Interesowało go – nie wiem, czy od początku, ale chyba od momentu, kiedy zobaczył, że on tutaj dla siebie nie ugra nic sensownego – postawienie wyłącznie na strategię szoku. […] I wtedy ja powiedziałem Frljicowi: żegnam”.

W podobnym tonie pisze o dzisiejszej „Klątwie” w warszawskim Teatrze Powszechnym Marcin Meller w „Newsweeku”: teatr Frljica to obwoźny straganik ze skandalami. I dodaje: jeśli sceniczne ekscesy w „Klątwie” (seks oralny na figurze JPII, rąbanie krzyża, dywagowanie o możliwości zabicia Kaczora) są zaproszeniem do dyskusji – a tak tłumaczy spektakl wicedyrektor Powszechnego – to może i wrocławski performance ze spaleniem kukły Żyda również był takim zaproszeniem, a nie przestępstwem ukaranym później przez sąd?

Trudno zbyć racje Mellera – ale i głos Janusza Rudnickiego z „Wyborczej” ma swoją wagę, gdy mówi, że owszem, teatr z Pragi nie tyle wtrąca się (jak chciał jego patron, Zygmunt Hűbner), ile „wpierdala” w społeczną rzeczywistość – i że jest to zgodne z Wyspiańskim. Przytacza początek „Klątwy”: „Haj tam, robota coś niesporo! A raźnijże! Niemrawce!… Krzepcej się ruszcie!… Jeno bić się z mocą! – Memłace!”.

Przytaczam w tej sprawie cudze opinie, bo własnej nie mogę mieć – nie widziałem „Klątwy” i pewnie nie zobaczę.

Andrzej C. Leszczyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. A. Goryński 11.03.2017
  2. acleszcz 11.03.2017