31.05.2019

Można odnieść wrażenie, że siłą napędową dobrej zmiany jest nienawiść prezesa Kaczyńskiego do Donalda Tuska. Zwykle miłość dodaje ludziom skrzydeł, ale i nienawiść może być nie gorszym paliwem. I nie tylko miłość nie rdzewieje, nienawiść też.
Nie wiem, od kiedy pan prezes Kaczyński nie lubi Tuska, ale nienawidzi go zapewne od debaty, którą panowie odbyli w 2007 roku w studiu telewizyjnym. Donald znokautował wtedy Jarosława na oczach wielomilionowej widowni, a PiS sprawował pełnię władzy w Polsce. Takich porażek się nie zapomina i nie wybacza.
Co Jarosław chce osiągnąć, ciągając Donalda po bezsensownych komisjach, które niczego nie udowadniają? Może „ciemny lud to kupuje” jak mawia prezes publicznej telewizji, bo nie trzeba się wsłuchiwać w długie i nudne przepytywania — sam fakt, że „tych, co kradli” stawiają teraz pod ścianą, ma umocnić wiarę swoich wyborców w uczciwość obecnej władzy. Tylko czy warto dla takiej wątpliwej korzyści kompromitować się przed resztą rodaków i przed światem? Naciągane pytania, miałkie wnioski, marnowany czas, pieniądze i ogólnie śmiech na sali.
Nie tylko śmiech — pogoń za Tuskiem to klasyczna ilustracja do porzekadła o polskim piekle — Polak topi w smole drugiego Polaka, który miał szansę wygrzebać się na powierzchnię.
Donald Tusk zdobył najwyższe stanowisko w międzynarodowej hierarchii władzy, jakie się Polsce kiedykolwiek zdarzyło. Normalnie to powinno być powodem do dumy rodaków a prezesowi dobrej zmiany ostudzić temperaturę zemsty za tamtą porażkę wizerunkową w telewizji. Ale u nas jest inaczej — sukces trzeba zbagatelizować i ludowi pokazać, że z Tuska żaden ważny dygnitarz, tylko ciemny typ, który ma na sumieniu ciemne sprawki. Dlatego nie jest ważne czy zarzuty komisji śledczych mają sens ani to, że dowodów winy nie znaleziono – chodzi przecież o to, aby masowy widz telewizji publicznej zobaczył Tuska oskarżanego i upokarzanego. Jak nie można inaczej, to niech przynajmniej ludzie widzą — ukradł zegarek czy ukradli mu zegarek, ważne, że policja była w domu.
Otworzyłam państwową telewizję w godzinie nadawania „Wiadomości”, którymi karmi się masową widownię. Zaczęli od radosnej informacji, że płaca minimalna będzie teraz o 200 złotych wyższa. I komentarz – zanim zaczął rządzić PiS, młodzi ludzie nie mieli w Polsce żadnych szans, obecna władza daje im te szanse, a poprawa nie jest symboliczna jak za poprzedników, kiedy miliony Polaków musiały pracować za minimalne stawki.
Dalsze wiadomości też były radosne – wojska obrony terytorialnej pomagały w jakiejś okolicy powodziowej ludziom dotkniętych żywiołem. I konkluzja — wbrew temu, co opozycja mówiła o tej formacji niemal wojskowej i niepotrzebnie wyrzuconych pieniądzach widzimy oto, jak bardzo się ta umundurowana młodzież przydaje.
Dobrych wiadomości było znacznie więcej, przypomniały mi się młode lata i gierkowska propaganda sukcesu. Telewizja publiczna dzisiejsza, jak za Gierka, co drugie zdanie mówi o sukcesach – tu zbudowali, tu się zbuduje, było źle, jest coraz lepiej. W Wiadomościach, które oglądałam na deser, znalazł się nawet sukces o „znaczeniu historycznym”, jak objaśnił komentator, bo oto nasz prezydent ma się wkrótce spotkać z amerykańskim prezydentem w Białym Domu.
Z cyklu „dorwać Tuska” wiadomości telewizyjne poinformowały, że przewodniczący Rady Europejskiej nie raczył się stawić na przesłuchaniu przed komisją do badania nieściąganych podatków vat. Informował, że ma obowiązki w Brukseli, ale „Wiadomości” nie dały temu wiary i tłumaczą tę nieobecność inaczej — nie przyjechał, bo bał się kompromitacji.
Ze świeżo podsumowanych wyborów do UE dowiadujemy się z telewizji, że „opozycyjne elity gardzą Polakami — Platformie Obywatelskiej nie mieści się w głowie, że sprzedawczyni w kiosku ma taki sam głos jak profesor uniwersytetu”. I co gorsza — słyszymy z ekranu telewizora — opozycja domaga się rozbiorów Polski, dzieli kraj na lepszych i gorszych, a nie godząc się z porażką wyborczą, chce dzielić Polskę jak zaborcy w XIX wieku.
Słyszymy to wszystko z ekranu telewizji publicznej. Za wspólnie wypracowane przez społeczeństwo państwowe pieniądze ludzie dowiadują się, że nienawiść „pseudoelit do Polaków jest coraz większa” a za kulisami tej pogardy czai się, jak łatwo zgadnąć, Donald Tusk.
Rozpędzić elitę – to było jedno z marzeń „dobrej zmiany”. Dzisiejszych celebrytów, którzy nie chcą uznać nowej władzy PiS, chciałby wymienić na elitę lepszą, swoją. Ale tu nie idzie tak gładko, jak przy wymianie dyrektorów państwowych przedsiębiorstw. Bo co można zrobić, żeby świat kultury i nauki nagradzał ludzi za to, że popierają politykę PiS-u? Owszem, są na świecie systemy autorytarne, są dyktatorzy ze stupajką, którzy kupują sobie artystów, pisarzy czy naukowców, ale w Polsce, na razie, taki numer nie przejdzie.
Z braku dobrych kontaktów z elitami władza obecna próbuje w różnych obszarach sztuki czy nauki pomijać uznane w świecie nazwiska celebrytów, którzy jej nie kochają i zastąpić swoimi zwolennikami. Kiepsko to idzie i prezes partii rządzącej nie kryje niechęci do tych twórców, których uznają i nagradzają obce mu światowe elity. Nienawiść jest taka silna, że wyszedł demonstracyjnie z sali sejmowej, kiedy minutą ciszy posłowie mieli uczcić śmierć Andrzeja Wajdy. Wajdę zna i ceni cały świat, ale Wajda nie cenił polityki prezesa, więc minuta ciszy mu się nie należała. Uciekł też z sali sejmowej razem ze swoją wierną świtą, kiedy posłowie czcili pamięć zamordowanego prezydenta Adamowicza. Z Adamowiczem PiS nie miał dobrych relacji, ale szerokie masy po nim płakały i przywódca narodu, jak zapewne myśli o sobie pan prezes, powinien się jednak ugiąć. Nie ugiął się. Ciekawe czy ciągle wierzy, że może zostać „zbawcą narodu”, o czym marzył u progu swojej niebywałej kariery.
System panujący u nas to dziwny miks dyktatury z wolnością. Należymy do Europy, obowiązują nas normy dalekie od autorytaryzmu, a z drugiej strony jednoosobowe kierowanie krajem przez człowieka słabo znającego świat poza Polską odbiega od europejskich standardów. Klan rządzących ma kłopoty kadrowe, bo nie jest łatwo znaleźć wiernych sobie ludzi, a zarazem prawdziwych fachowców. Stąd kłopoty z obsadzaniem „swoimi” stanowisk kierowniczych i kosztowne kadrowe karuzele.
Wymiana poprzednich kadr na kadry „swoje” dobra zmiana rozpoczęła, jak pamiętamy, w segmencie niby marginalnym — w końskich stadninach. Znanych i doświadczonych dyrektorów wyrzucono i od razu był „sukces” – sławne w świecie stadniny szlachetnych ogierów polskich znikły praktycznie z mapy notowanych w świecie hodowli koni rasowych. Skończyły się dochodowe aukcje i eksportowe konfitury. Polska wyszła na tym, jak przysłowiowy Zabłocki, ale wyrzucony z pracy dyrektor, wybitny hodowca, powinien dobrej zmianie podziękować – zatrudnili go zaraz potem na dyrektorskim stołku bogacze arabscy w swoich bogatych stadninach. Można się domyślić, że kiedy wróci, będzie mógł założyć własną stadninę.
