Synku, gdzie jest twój promotor?[i]9 min czytania

()

19.07.2019

Mało jest w nauce postaci tak ważnych, jak promotor. W naszych czasach życie promotora nie jest trudne; dawniej bywało inaczej, niektórym tym bardziej nieostrożnym promotorom zdarzało się skończyć na płonącym stosie.

Cóż, każdy doktorant potrzebuje promotora. Być bez promotora to dla doktoranta być jak Kukiz bez 15. A taki właśnie byłem. Bez promotora.

– Mamo nie denerwuj się — powiedziałem — ten promotor uciekł, to będzie następny. Zresztą miał takie dziwne nazwisko – Gałgan. Jak by mnie pytali, kto był moim promotorem i powiedziałbym, że docent Gałgan to by mnie wyśmieli. A teraz to tylko trochę się mój doktorat opóźni i już.

– Jak to się opóźni? To jest bardzo nie w porządku. I jeszcze jedno. Przed wojną nie mówiło się „uciekł”. Mówiło się „wyjechał za granicę”.

Mama miała rację – z tym uciekaniem to było nie w porządku. Po pierwsze to ucieka się z więzienia, a nie z własnego kraju (jakież to miłe skojarzenie – więzienie i kraj demokracji ludowej). Po drugie promotor, który, nie zamierzając powrócić, wyjechał za granicę, był moim trzecim z kolei promotorem.

– A nie możesz wrócić do tego pierwszego? Mówiłeś, że to geniusz – drążyła Mama, przekrzywiając głowę troszeczkę na prawo. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo z dzieciństwa wiedziałem, że kiedy Mama tak przechyla głowę, to mogą się zdarzyć rzeczy nieoczekiwane i często wydawałoby się, że nieprawdopodobne.

Kiedyś tak naprawdę o profesorze Kiercyku powiedziałem – zdarzyło mi się być w nastroju gawędziarskim i powtórzyłem Mamie, to co mówił o profesorze Romek. Romek podejrzewał, że profesor ma inaczej zbudowany mózg — taki, który korzysta nie tylko z pamięci roboczej, ale także z pamięci epizodycznej — rodzaju pamięci trwałej[ii], czyli ma bezpośredni dostęp do niemal nieograniczonych zasobów pamięci. A taki mózg to mózg geniusza.

Ale prosić profesora Kiercyka, żeby znów został moim promotorem, nie mogłem – był w tej chwili w rozjazdach po świecie i miał wrócić (bo profesor inaczej niż docent Gałgan wyjechał z kraju z zamiarem powrotu) dopiero za kilka miesięcy.

Mój drugi z kolei promotor — profesor Firecki — poczciwy miłośnik języka francuskiego, był już na emeryturze. Odchodząc, powiedział mi, że nauka mu na starość zbrzydła, że żadnych funkcji naukowych pełnić już nie chce i że jest pewien, że dam sobie radę bez niego.

– Jak może komuś zbrzydnąć nauka? – zapytał Krzysiek, kiedy mu to powtórzyłem – no, chyba że ma się Alzheimera.

Tak czy inaczej, numer dwa zrezygnował.

 A dwa miesiące temu mój promotor numer trzy – młody, obiecujący docent Gałgan – zdecydował, że nic tu w kraju po nim i przez Wiedeń udał się do Australii. Rozumiałem jego powody, bo kiedyś, niedługo po wydarzeniach marcowych powiedział mi, że brzydzi się niektórymi ze swoich kolegów, tym bardziej że za parę lat właśnie ci, którymi się brzydzi, zostaną jego szefami.

– Ma pan na myśli tych, co w marcu wołali: „Pisarze do pióra, studenci do nauki”? – Zapytałem.

Docent kiwnął potakująco głową.

Wieczorem po rozmowie z Mamą doszedłem do wniosku, że tym razem prawostronny przechył maminej głowy nie daje powodu do niepokoju – maminej interwencji nie będzie. Sięgnąć do rzadko zwoływanej Rady Naukowej Instytutu Mamie się nie uda. A cóż innego Mama mogła zrobić? Postanowiłem do czasu wyznaczenia nowego promotora unikać w rozmowach z Mamą jakichkolwiek wzmianek o moim doktoracie.

Sam z niewielkim opóźnieniem w mojej karierze naukowej już się pogodziłem – nie był to jakiś punkt zwrotny w moim życiu, jakieś życiowe rozstaje, czy coś podobnego.

* * *

O tym, że myliłem się, i o tym, jak bardzo się myliłem, dowiedziałem się dopiero po dwóch miesiącach i  jedyne co mogłem wtedy zrobić, to sprawdzić, czy dobrze zapamiętałem wypowiedziane w areszcie pułkowym w czeskich Budziejowicach słowa jednorocznego ochotnika Marka: „Człowiek myśli, że jest gigantem, a jest gówniarzem”[iii], prawda mogłem jeszcze opowiedzieć mamie, co też narobiła, ale nie było po co, bo przecież doskonale wiedziałem, co by Mama powiedziała: „Gdybym drugi raz miała to zrobić, to też bym tak zrobiła. Bo to było nie w porządku. Każdy promotor powinien dbać o swojego doktoranta” i kiedy już doszedłem do tej konkluzji, wyobraziłem sobie promotora numer dwa, przyjaźnie uśmiechniętego profesora Fireckiego pytającego, czy też panu magistrowi dobrze się, aby dzisiaj spało.

Aktorami wyreżyserowanej przez Mamę tragikomedii była ona sama, rodzice docenta Gałgana i wreszcie mój przyjaciel Krzysiek; scenografia była skromna — obejmowała mieszkanie państwa Gałganów (puste z telefonem włączonym w pierwszym akcie a w następnych wyłączonym), książkę telefoniczną i telefon Mamy (włączony), oraz klatkę schodową, prowadząca do mieszkania państwa Gałganów, na której usłyszeć można było kroki przechodzących sąsiadów państwa Gałganów (dom bez dźwigu osobowego).

W scenie pierwszej Mama, czytając numer telefonu z książki telefonicznej kręci okrągłą tarczą telefonu, słychać charakterystyczne dźwięki wydawane przez mechanizm obracającej się tarczy oraz szept Mamy: cztery,… pięć…., po sześciu cyfrach słychać sygnał wzywania abonenta, a potem głos, który można przypisać starszemu mężczyźnie: „Halo” i teraz już mówi Mama:

– Muszę to Panu wytknąć. Chodzi o mojego, bardzo zdolnego syna. To jest niewłaściwe, żeby z powodu ucieczki Pana syna, mój syn nie mógł obronić doktoratu.

Mama przerywa, jest cicho, po chwili, nie doczekawszy się odpowiedzi, Mama kontynuuje:

– Najlepiej byłoby, gdyby Pana syn przyjechał z powrotem, no nie wiem na miesiąc czy dwa, mój syn szybko obroniłby doktorat i wtedy Pana syn mógłby znów uciec. Nie wiem dokładnie, gdzie, ale zdaje mi się, że albo do Australii, albo do Kanady, a jeżeli tak, to chciałabym podarować Pana synowi wspaniały słownik polsko – angielski, jeszcze przedwojenny. Mam nadzieję, że to nie ta część Kanady, gdzie mówią po francusku – ja znam francuski, ale słownika nie mam.

Mama przerywa, czeka, trwa cisza, a potem słychać trzask odkładanej słuchawki. Kilkakrotne próby ponownego połączenia nie przynoszą rezultatu. Na wszelki wypadek Mama dzwoni do centrali telefonicznej, skąd dowiaduje się, że telefon został odłączony od gniazdka.

Scena druga — nie wspomniałem o niej, opisując potrzebną scenografię, bo może się nie zdarzyła w oryginalnej tragikomedii, albo i się zdarzyła, tak czy inaczej dopisuje ją po to, aby uatrakcyjnić spektakl — gdzieś w małej uliczce na starym Mokotowie, może Rejtana, Fałata albo Asnyka w pokoju T/12/7 jednostki podsłuchu telefonicznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (oznaczonej symbolem T/12) jeden z trzech siedzących ze słuchawkami na uszach przy pulpitach aparatury telefonicznej mężczyzn zdejmuje słuchawki, ziewa i kasuje nagranie:

– Uciekł, teraz ma wrócić i znów uciec. Co za bzdura. Kto by wrócił? Bo ja to nie… Cały dzień i nic do zameldowania – mówi do siebie.

Kurtyna. Przerwa, akt drugi za piętnaście minut.

Akt drugi, scena pierwsza — pokój w pustym mieszkaniu, jedyny mebel to wysłużony tapczan. Na tapczanie siedzi matka docenta Gałgana, ojciec docenta przytulony do ściany ukradkiem wygląda przez okno. Na podłodze stoi telefon z odłączonym od wtyczki przewodem.

– Żeby choć litr mleka. Te bułki takie suche. Może zadzwonić do kogoś – mówi matka docenta.

– Nie możemy wychodzić. Nie możemy dzwonić. Lecimy już za dwa dni. Pieniądze przekazane, klucze też, mieszkanie przepisane. Z paszportami się udało, wizy do Australii są. Trudno, musimy wytrzymać.

Ojciec docenta bierze do ręki kartkę papieru, przesuwa po niej palcem:

– Wszystko było tak ładnie załatwione, wszystkie punkty – meble, mieszkanie, przekazanie pieniędzy. A tu ten telefon! Ucieczka, Australia, Kanada – wszystko pełnym tekstem. A jeśli podsłuchali?

Z przedpokoju dochodzi stukanie, potem walenie w drzwi. Ojciec docenta podaje papier żonie:

– Przyszli po nas. Zjedz to, pogryź, połknij. Szybko. Muszę otworzyć, bo wywalą drzwi.

Ojciec docenta znika w przedpokoju, słychać skrzyp otwieranych drzwi. Do pokoju wchodzi ojciec za nim Krzysiek:

– Od trzech dni nie mogę się do państwa dodzwonić. Pojutrze jedziemy na lotnisko — musiałem sprawdzić — mówi.

– Choć litr, no choć pół litra mleka – mówi matka docenta wyjmując z ust pogniecioną wilgotną kulę papieru.

* * *

Uff, dosyć scenariusza, zapewniam czytelnika, że w realu wszystko to skończyło się happy endem. Po kilkumiesięcznych przygotowaniach państwo Gałganowie pozbyli się wszelkich możliwych dóbr doczesnych, ulokowali uzyskane pieniądze tam, gdzie należało je ulokować, wyżebrali paszporty (emerytom było łatwiej – czemuż by się ich państwo miało nie pozbyć), otrzymali australijskie wizy, odebrali przysłane z Australii przez syna bilety lotnicze i mimo interwencji mojej Mamy dotarli do syna do Australii.

A ja po pewnej spowodowanej przez brak promotora zwłoce swój doktorat pomyślnie obroniłem, z czego Mama była zadowolona:

– Wiedziałam, że mam bardzo zdolnego syna – mówiła znajomym.

* * *

Chcę jeszcze dodać, że docenta Gałgana spotkałem kilkadziesiąt lat później w Denver, Colorado, dokąd przyleciał z Australii na kolejną Konferencję Mechaniki Nieliniowej. Przeszliśmy na ty (ma na imię Jacek) i rozmawialiśmy o wspólnych znajomych, o profesorze Kiercyku, Krzyśku i Romanie i nie tylko.

– Jeszcze jedno — rzekł Jacek — Smoleńsk. Przecież przemysł lotniczy w Polsce zatrudnia kilkaset tysięcy ludzi – w tym naukowców, specjalistów, inżynierów. Oni wiedzą, co się zdarzyło. Wiedzą, że ten…

– Ten wariat – podpowiedziałem.

– Tak, ten. Że kłamie. Dlaczego nic nie mówią?

– To już ćwiczyliśmy przedtem. Ich poprzednicy bali się za komuny. Teraz boją się oni. Stracą stanowisko, stracą pracę. Sądy już nie pomogą. Niektórzy wyjeżdżają.

– Tak jak ja wtedy.

Jacek zamyślił się. Po chwili powiedział:

– Możesz mieć do mnie pretensję o to, że zostawiłem cię przed doktoratem. Ale miałem propozycję zdarzającą się raz czy dwa w życiu. Takie życiowe rozdroże. Było albo – albo.

Przypomniałem sobie rozmowę z Romkiem na klatce schodowej domu przy Mokotowskiej i kiwnąłem głową:

– Rozumiem.

– Napijmy się jeszcze – powiedział Jacek.


Andrzej Olas

[i] Rok 1969

[ii] To prawie tak jakby w komputerze obie pamięci: operacyjna i masowa zawarły się w pamięci podręcznej.

[iii] Patrz „Przygody dobrego wojaka Szwejka”.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.