08.08.2019
No i bęc! Stało się, prezes partii odwołał delegowanego przez siebie posła Kuchcińskiego z funkcji marszałka Sejmu RP. Marszałek Sejmu to formalnie rzecz biorąc druga, po prezydencie, osoba w państwie. To nie jest jakieś tam stanowisko, to funkcja, z którą wiążą się naprawdę duże uprawnienia. Przypomnę — to marszałek sejmu zastępuje prezydenta w przypadku jego śmierci czy niezdolności do sprawowania swojego urzędu, to marszałek sejmu przewodzi obradom Zgromadzenia Narodowego, Sejmu i Senatu w najważniejszych dla państwa sytuacjach.
Marszałek jest posłem pierwszym wśród równych. Obejmując funkcję przyrzeka bezstronność w organizacji prac sejmowych. Na arenie międzynarodowej reprezentuje Polskę na spotkaniach i posiedzeniach różnych organizacji parlamentarnych. Wystarczy.
Jeżeli tak, to oczywiste, że marszałek Sejmu musi być kimś. Powinna to być postać naprawdę znacząca w polityce, w kulturze, w życiu społecznym kraju. To musi być ktoś, kto ma osobowość ktoś, kto potrafi odcisnąć piętno swojej osobowości na scenie politycznej w kraju i za granicą.
Czy takim człowiekiem był Marek Kuchciński?
Odpowiedź na to pytanie jest najprostsza i najłatwiejsza – oczywiście, że nie. Nie był „kimś”. Jego osobowość była dokładnym zaprzeczeniem wszystkich tych cech, jakimi powinien się wyróżniać. Marek Kuchciński, poseł z Podkarpacia, bastionu PiS, przez wszystkie swoje kadencje nie wyróżnił się niczym. To, co przy nazwisku Kuchciński otwierało się w sieci — to informacja, że to on podpowiedział Prezesowi skrót TKM i podał mu jego rozwinięcie. Prezes to kupił i uchodził w oczach wielu, w moich też, za autora tego zawołania. Jego pełne brzmienie – Teraz, Kurwa, My – wskazuje jednoznacznie trochę knajackie środowisko, w jakim musiał obracać się Marek Kuchciński, zanim trafił do polityki, a ostatnio do wielkiej polityki.
Nie ma sensu pastwić się nad Markiem Kuchcińskim. Gorzej o nim niż on sam mówi (niechcący) o sobie, nie da się powiedzieć. Niech więc zapadnie cisza. Był i nie ma go, koniec.
To jednak nie oznacza, że nie należy mówić o sprawie. O tych, którzy go wymyślili, przegłosowali jego kandydaturę i bronili jak niepodległości przez całe tygodnie.
Jest dobrym zwyczajem, że gdy kończy się spektakl w teatrze, a sztuka poruszyła widzów, to bijąc brawo aktorom na scenie publiczność woła: reżyser, reżyser! Po to, aby ten wyszedł na scenę.
Wiem, że żadna siła nie zmusi Jarosława Kaczyńskiego — teraz nie zmusi — do przyznania się do błędu. Bo to przecież była jego decyzja. To był jego człowiek, dokładnie takiego kalibru, jaki Kaczyńskiemu odpowiadał. Przez cztery lata marszałkowania zasługiwał się w oczach Prezesa: zdemolował Sejm, obrady uczynił farsą, nagminnie łamał obowiązujący regulamin, odbierał głos posłom opozycji, nakładał kary finansowe, zawiesił posła za zwrot „Panie Marszałku kochany…”, przeprowadzał rządowe ustawy w tempie lepszym niż ekspresowe, obnosił się ze swoją funkcją marszałka jak król, wyposażył straż marszałkowską w błazeńskie stroje paradne, uzbroił w szable, siebie odgrodził kotarami i strażą przed dziennikarzami (ale i przed resztą posłów), zbudował zasieki przed Sejmem, tak aby nikt z obywateli nie mógł zakłócić mu spokoju.
Tak było, widzieliśmy to wszyscy.
I co? Podobało się?
Wielkiego oburzenia nie było. Marszałek był marszałkiem, a polski Sejm umierał w ciszy. Ciszę przerwało dopiero dziennikarskie śledztwo na temat lotów marszałka zakupionymi przez Macierewicza bez przetargu luksusowymi samolotami, przeznaczonymi dla obsługi najważniejszych osób w państwie w trakcie wykonywania przez nie obowiązków służbowych.
Marszałek Kuchciński, druga osoba w państwie, miał jednak obowiązki na miarę swojej osobowości, nie funkcji. To dlatego latał na trasie Warszawa – Rzeszów luksusowym odrzutowcem, mimo że latają na tej trasie kilka razy dziennie rejsowe samoloty, a on, jako poseł na Sejm RP ma darmowe bilety i obsługę, jaką załatwia Kancelaria Sejmu. Nie trzeba subtelnych analiz psychologicznych – to klasyczne zachowania małego człowieka szukającego statusu, pragnącego jego podwyższenia. Mały człowiek na dużej funkcji – tak dzieje się zawsze, gdy wir historii wynosi kogoś na wyżyny, o których nawet nie mógł pomarzyć.
To o aktorze. A jak ocenić reżysera?
Jarosław Kaczyński doskonale wiedział, że funkcja przerasta Kuchcińskiego o kilka długości. A mimo to – zrobił go marszałkiem.
Jedyny logiczny wniosek, jaki się narzuca, to chęć likwidacji polskiego parlamentaryzmu. Po co sejm i jakaś opozycja w państwie przyszłości? Takim państwie, które zostanie zbudowane na nowej konstytucji — tej, o której ostatnio mówił Jarosław na rodzinnym pikniku, gdzieś tam w terenie, wśród swoich wyborców. Marszałek Kuchciński miał nas przyzwyczaić do tego, że sejm jest właściwie niepotrzebny, lud wypowiada się bezpośrednio przez swoich wybrańców i to oni, mając sejmową większość, realizują wolę prezesa. Szybko, sprawnie i wygodnie…
Gdyby nie rozpasanie marszałka, gdyby nie elementarne błędy jego kancelarii, Kuchciński dotrwałby do końca kadencji. O jego losie przesądził ostatni sondaż, w którym tylko 15% badanych było za pozostawieniem go na stanowisku. Taki wynik oznaczał, że znacząca część wyborców PiS-u też chce jego dymisji. Gdy wczoraj ukazały się te wyniki wiedziałem, że Kuchciński jest out, że poda się do dymisji. Zgodnie z prawdziwym porządkiem władzy w Polsce w 2019 roku poinformował o tym Jarosław Kaczyński, a Kuchciński jedynie potwierdził wolę prezesa.
To racjonalna decyzja. Utrzymywanie się w przestrzeni publicznej „sprawy Kuchcińskiego” byłoby fatalne w skutkach dla wyniku wyborczego Prawa i Sprawiedliwości. Dymisja na prawie trzy miesiące przed wyborami zdejmie ten temat z agendy. Jest jednocześnie wyzwaniem dla opozycji – potrzebne są następne takie gorące tematy. W państwie PiS jest ich wiele – do roboty zatem sztaby wyborcze tych wszystkich partii, które pragną odsunąć PiS od władzy!
Jeżeli Prezes dzisiejszą decyzją w sprawie Kuchcińskiego potwierdził wygłoszoną niedawno przez siebie starą rzymska sentencje: „Vox populi, vox Dei”, to należy dać mu jeszcze więcej okazji do jej zastosowania. Tak, aby gdy przyjdzie dzień wyborów, ów vox ostatecznie zakończył jego chory sen o satrapii w środku Europy. W państwie, które obecnie jest członkiem wspólnoty narodów, Unii Europejskiej.
Czy tak będzie w przyszłości – to dobre pytanie. Odpowiedź na nie przyniosą właśnie najbliższe wybory. Oby była to odpowiedź pozytywna, potwierdzająca pragnienia zdecydowanej większości Polaków bycia nadal członkiem Unii Europejskiej, a nie grożącej nam Wspólnoty Niepodległych Państw z centralą w Moskwie.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Jakiś już czas temu odważyłem się przedstawić swoje stanowisko w dość banalnej sprawie. Wyraziłem pogląd, iż skoro ktoś uważa, że ma do powiedzenia coś na tyle ważnego, iż warto, żeby inni się z tym zapoznali, powinien podpisać się nazwiskiem, a nie pozostawać anonimowy, tym bardziej, że owe nazwisko może również wpłynąć na to, czy czytelnicy uznają ów głos za warty aprobaty bądź sprzeciwu, a przynajmniej – chwili zastanowienia.
Zamiast rzeczowej polemiki spotkało mnie coś w rodzaju hejtu, spowodowanego tym, że moi antagoniści znali mnie jako człowieka o poglądach prawicowych i – o zgrozo – byłego redaktora „Nowego Państwa”, czasopisma wydawanego przez spółkę Srebrna, jak wiadomo – biznesowofinansową przybudówkę PiS. Ktoś nawet ostrzegał, że za tym moim wpisem kryje się najpewniej diabelski plan sprowokowania autorów studiaopinii do ujawnienia się, a tym samym wystawienia ich na – co prawda bliżej niesprecyzowane, ale dramatyczne – represje ze strony władz (tak, jakby te władze i tak już nie doprowadziły inwigilowania opozycji i ujawniania przeciwników wręcz do perfekcji).
Gwoli wyjaśnienia dodam tylko, że kiedy zaczynałem pracę w NP, o PiS nikt jeszcze nawet nie słyszał, pismo miało daleko idącą autonomię, a jeśli ktoś zajrzy do dawnych roczników pisma pod moją redakcją to łatwo przekona się, że miało ono profil centroprawicowliberalny, pisało i zabierało w nim głos wielu publicystów, historyków, politologów, ekonomistów, pisarzy i polityków najróżniejszej proweniencji ideowej i politycznej, a dopiero po moim odejściu i przejęciu przez Gazetę Polską stało się tym, czym jest dziś: prymitywnym narzędziem propagandy, o żenującym wręcz poziomie zarówno samych publikacji jak ich autorów (wystarczy chociażby zapoznać się w internecie z listą stałych współpracowników i felietonistów „nowego” NP). Faktem pozostaje natomiast, że poglądów zasadniczo nie zmieniłem (w moim wieku to zresztą trudne) i nadal jestem prawicowym liberałem, dla którego – mówiąc najkrócej – demokracja, przy wszystkich jej wadach, wolność (we wszystkich aspektach) społeczeństwa i jednostek oraz państwo prawne stojące na straży tych zdobyczy, to wartości najważniejsze, a dziś już w naszym kraju praktycznie sprowadzone do własnej karykatury.
Ten przydługi wstęp nie jest próbą usprawiedliwienia się lecz raczej pokazania, że może diabeł nie taki straszny jak go malują i że może warto jednak zapoznać się z tym, co ma do powiedzenia. Otóż martwi mnie kierunek dyskusji wokół powietrznych podróży Kuchcińskiego. Tak, marszałek – powiedzmy wprost – wykorzystał swoje stanowisko do zwyczajnego okradania państwa i w każdym normalnie funkcjonujacym państwie nie wykręciłby się dymisją i drobną (dla niego) kwotą, ale stanąłby przed sądem za sprzeniewierzenie publicznych pieniędzy idących w miliony. Nawet w putinowskiej Rosji wysocy urzędnicy trafiają do więzienia za tzw. sprzeniewierzenie w szczególnie wysokich rozmiarach, a w każdym niemal państwie tzw. starej Unii urzędnik państwowy, gdyby znalazł się (czysto teoretycznie, bo podobne postępowanie nie mogłoby się ciągnąć przez lata lecz zostałoby ukrócone już po pierwszym, a najwyżej kilku takich lotach) w podobnej sytuacji, natychmiast pożegnałby się ze stanowiskiem i spłacał rzeczywiste, a nie z palca wyssane, koszty swych zachcianek. I słusznie opozycja się na tym koncentruje. Ale dla mnie znacznie groźniejsze ze społecznego punktu widzenia są dwie sprawy.
1. Pogodzenie się praktycznie wszystkich z samozwańczą dyktaturą Kaczyńskiego. Dziennikarze, komentatorzy, politycy zgodnym chórem wołali, co z tym fantem zrobi Kaczyński. A ten, żeby podkreślić, kto tu rządzi, wystąpił niczym deus ex machina obok dukającego z kartki Kuchcińskiego i „zinterpretował” z mocą obowiązującą całą sprawę, zarówno afery z lotami, jak dymisji marszałka. Tymczasem, dopóki jeszcze Kaczyńskiemu nie udało sie przerobić konstytucji i wprowadzić w niej wpisu o kierowniczej roli partii PiS, nie jest on Pierwszym Sekretarzem, jak Gomułka czy Gierek, pierwsze osoby w państwie lecz tylko prezesem jednej z partii (co z tego, że rządzącej) i szeregowym posłem. I w imię zachowania zasad demokracji trzeba, jeśli nawet to fikcja, odwoływać się do prezydenta, premiera, ich wzywać do podejmowania decyzji, a Kaczyńskiego – ignorować. Trzeba zdawać sobie sprawę, ze wszystkie ironiczne epitety (prezes Polski, naczelnik państwa), a tym bardziej przypominanie, że to on jest nieformalnym, ale rzeczywistym władcą kraju, podbijają jedynie bębenka temu człowiekowi, który upaja się potwierdzaniem swej władzy, tym bardziej przez przeciwników. Powtarzam, brońmy demokracji, nawet jeśli staje się ona coraz bardziej tylko formalna. I ignorujmy tego opętanego poczuciem wszechwładzy paranoika, bo tylko to może go dotknąć.
2. Sprawa jeszcze poważniejsza, bo dotyczy ciężkiej społecznej choroby trawiącej nasze społeczeństwo. To powszechny brak elementarnego poczucia prawa,jako niezbędnego regulatora życia społecznego, w powiązaniu z równie powszechnym brakiem cywilnej odwagi. Zacznę od tego drugiego. Kuchciński, Kuchcińskim, ale przecież dowódcy pułku specjalnego wiedzieli, że marszałek łamie procedury i nie mieli odwagi się sprzeciwić, podobnie jak nie mieli odwagi piloci, który przecież według regulaminu nie są taksówkarzami dygnitarzy lecz ostatecznymi decydentami na pokładzie statku powietrznego. Podobnie jak nie doszloby najpewniej do katastrofy smolenskiej, gdyby piloci mieli odwagę (całkowicie przecież zgodnie z przepisami) przeciwstawić się naciskom na lądowanie, a wcześniej jeszcze ich dowódcy, znając warunki w Smoleńsku, nie puścili tego lotu. Niestety, pod tym względem, jeśli coś się zmienilo od czasu PRL, to na gorsze. Awansują, w polityce, wojsku, policji, administracji, prokuraturze, sądownictwie mierni ale wierni. I wychowują kolejne pokolenia podobnych oportunistów.
a druga sprawa, to owe lekceważenie prawa i zwyklej przyzwoitości. Słusznie opozycja oburza się, kiedy na każdą rewelację o machlojkach i korupcji obecnej władzy, politycy PiS, i ich medialni propagandziści – żeby jakoś się usprawiedliwić – przypominają, że przecież córka Tuska też raz leciała rządowym samolotem, a Sikorski jadł ośmorniczki na koszt podatnika. Ale kiedy znany dziennikarz mówi, że nie ma porównania z rachunkiem w restauracji na kilkaset zlotych, a 4 milionami, jakie kosztowały podatnika wojaże Kuchcińskiego & consortes, a polityk PO mu radośnie potakuje, nie ma zgody. Od rzemyczka do koniczka. Standard przyzwoitości jest jeden, tak jak jeden jest budżet. I czy polityk przywłaszczy sobie z niego sto złotych, czy milion, to skala jest inna, ale kradzież pozostaje kradzieżą. I podobnie, niestety, pozostaje przekonanie polityków, że Polska to my, więc polska kasa jest nasza. To choroba dużo groźniejsza i trudniejsza do wyleczenia niż wielkopańskie gesty czlowieka znikąd, któremu zaszczyty przewróciły w glowie.
Właściwie zgadzam się z wiekszością obserwacji i wniosków Autora. Jedyna uwaga techniczna to ta, że dymisja Kuchcińskiego ma nastapić na ok. dwa miesiące przed wyborami (czas tak szybko biegnie).
*
Rzeczywiście Kuchciński jest w Sejmie prawie od zawsze czyli nieprzerwanie od 2001 roku. Usiłując sobie przypomnieć czy ten pan kiedykolwiek publicznie powiedział coś interesujacego czy choćby ważnego mam pustkę w głowie. Mogłem jednak coś przegapić. Tak czy owak niczym wartościowym się nie wyróżnił a jego rola po 2015 r. jak słusznie zauważa Autor była jednoznacznie destrukcyjna wobec polskiego Sejmu i parlamentaryzmu w ogóle.
*
Ten pan podobnie jak większość członków PiS nie jest, nie był i nigdy nie będzie politykiem. Jego rolę najlepiej określa pojęcie: „żołnierz polityczny”. Człowiek karnie wykonujący wszystkie polecenia wodza. Rekompensatą za tę dość parszywą i niewdzieczną rolę było odreagowanie w postaci apanaży władzy – tutaj wskazuje się na operetkowe wyposażanie straży marszałkowskiej, oddzielanie się od dziennikarzy i posłów kotarami i barierami, czy wreszcie groteskowe używanie samolotów i helikopterów. Wcześniej przebąkiwano w przeciekach medialnych o korzystaniu z agencji towarzyskich. Wszystko to jednak, mimo wyraźnych objawów bizantyjskiego przepychu mialo być dyskretne, okryte płaszczykiem obleśnej hipokryzji. Kiedy mleko się wylało najbardziej paskudnym aspektem zachowania samego zainteresowanego i jego podwładnych było nagminne kłamanie. Właśnie to kłamstwo jest najbardziej żałosnym aspektem tego spektaklu. Nawet ustępując Kuchciński i jego pryncypał odwołali sie do kłamstwa, że ani prawo ani obyczaje nie zostały naruszone. Właśnie naruszano prawo nagminnie lamiąc przepisy ze słynną już instrukcją HEAD, a wożenie samolotem różnych większych i mniejszych kacyków pisowskich, krewnych i znajomych, stanowi dowód rażącego łamania prawa i obyczajów. Towarzyszące ujawnionym praktykom kłamstwo powoduje, że opinia publiczna ma prawo podejrzewać ogrom dużo gorszych praktyk, niż być może faktycznie miały miejsce.
*
Jestem przekonany, że ujawnione fakty są wierzchołkiem góry lodowej, a teflonowy obraz PiS jako władzy służącej ludziom doczeka się weryfikacji do stanu faktycznego – żałosnej satrapii, zaspakajającej chore namietności jednego człowieka bez celu i sensu prowadzące Polskę na manowce. Daj boże przed wyborami.
Zgadzam się z panem Anatolem Arciuchem. To jest nowotwór. Ten sam, który rozwalił kraj w XVIII wieku. I teraz rozwala po raz drugi. To społeczeństwo tak ma. Smieci do lasu, opony do pieca, miernoty na stanowiska. Nic się nie da zrobić, poza spuszczeniem wody po wyborach.