
19.03.2021
Absolutnie zachwycony tytułem felietonu Jerzego Łukaszewskiego „Trzy bilbordy za Pcimiem” (resztą felietonu też), wpadłem w socjologiczną zadumę o wszystkim. Jak wiadomo socjologia jest nauką dramatycznie nieścisłą, a kiedy udaje ścisłość, jeszcze bardziej widać, że w ogóle nie jest nauką. (Jest sporo mądrych socjologów, którzy pamiętając o wszystkich ograniczeniach tej dyscypliny, dają nam nieco lepsze zrozumienie społecznego życia.)
Tytuł „Trzy bilbordy za Pcimiem” skłania do zadumy nad pojęciem prowincji. Pcim był bowiem przysłowiowy na długo przed pojawieniem się słynnego Obajtka. W mojej młodości w Poznaniu mówiło się o „elegantach z Mosiny” (miasteczko pod Poznaniem), ojciec przy brydżu ponaglał czasem mówiąc „w Pikutkowie dnieje”, Pcim istniał w języku jako jakaś straszna dziura na krańcach świata. Warszawiacy mówili dziwne rzeczy o Wołominie. Te nazwy różnych wsi i miasteczek były przywoływane jako symbol zacofania, a zarazem naszej światowej wyższości. Żachnąłem się, kiedy w czasie studiów studiujący w Polsce przyjaciel z Kolumbii powiedział, że Warszawa jest strasznie prowincjonalna.
Pochodząca z Trynidadu pielęgniarka w londyńskim szpitalu skarżyła się na tragicznie niski poziom londyńskich szkół. Okazało się, że jej mąż był ministrem i dzieci chodziły do najlepszej szkoły w ich kraju, a w Londynie do szkoły lokalnej, przeznaczonej dla szarych ludzi. W miejscach odległych od turystycznych szlaków i od zamożnych dzielnic metropolii bez trudu znajdujemy zaplute knajpki do złudzenia przypominające miejsca spotkań w różnych Pcimiach. A jednak przysłowiowy Pcim wydaje się koncentracją zaściankowości, nie oferuje niczego prócz kościelnych mszy, jarmarku i strażackiej orkiestry. No może troszkę więcej, ale tyle widać, kiedy patrzy się z daleka.
Nieżyjąca przyjaciółka była nauczycielką angielskiego w sąsiedniej wsi. Na jakimś szkoleniu koleżanka ze stolicy dowiedziawszy się, że uczy w wiejskiej szkole uruchomiła ferrari empatii dla osoby pozbawionej dostępu do teatrów, kin i muzeów. Moja obdarzona bezkresnym współczuciem przyjaciółka nie przyznała się, że właśnie wróciła z festiwalu w Edynburgu, gdzie jeździli z mężem każdego roku.
Pcim jest wsią, ale całkiem sporą, Wołomin, lub inne senne miasteczko, w którym czas się zatrzymał, to temat obecny w literaturze tak polskiej, jak i amerykańskiej czy francuskiej (angielskiej również, chociaż tam jakby odrobinę inaczej). Obserwatora z zewnątrz zatrzymuje zazwyczaj jakiś dramat, który na chwilę wybudza miasteczko ze snu, ujawniając tę egzotyczną mentalność, lokalne powiązania, mikrokosmos świata pod nadzorem nierzadko patologicznych sąsiadów. Kiedy ten świat opisuje ktoś, kto zna go od środka, zazwyczaj widzimy dramat niemożności wyrwania się z mazi (chociaż na ogół nie uświadamiamy sobie, że patrzymy na proces ucieczki).
Słowo Pcim w kontekście Obajtka uruchomiło w dziennikarskich umysłach stary stereotyp zwalniający od myślenia. (Do tego właśnie potrzebujemy stereotypów). Stwierdzenie, że trzy czwarte Episkopatu Polski pochodzi z takiego czy innego Pcimia jednych ucieszy innych oburzy. A jest to tylko stwierdzenie faktu, że lwia część polskiego kleru to ludzie, którzy urodzili się i spędzili dzieciństwo na wsi lub w małym miasteczku. Dziwisz – Raba Wyżna, Nycz – Stara Wieś, Głódź – Bobrówka, Dydycz – Serpelice, Janiak – Malczyce, Gądecki – Strzelno, Michalik – Zambrów. Ta lista jest bardzo długa.
W tym, że wieś i małe miasteczko jest rezerwuarem kleru, nie ma niczego dziwnego, a specyficzna religijność polskiej wsi i małego miasta wpływa na charakter religijności hierarchii polskiego Kościoła katolickiego. Oczywiście mamy tu ludzi takich jak Lemański czy Obirek, ale jak się wydaje są to wyjątki potwierdzające regułę.
Co powoduje, że Pcim jest przysłowiowym Pcimiem? Stulecia drenażu mózgów, czyli każda wieś i każde małe miasteczko ma lub miała gdzieś w świecie uciekinierów, z których są, mogą lub mogliby być dumni, gdyby o nich wiedzieli. Wadowice rozpycha duma, że wydały na świat Karola Wojtyłę. Nie wiem, czy Ostrowsko spiera się z Jordanowem o Banacha. Ze wsi i małego miasteczka uciekają jednak nie tylko geniusze, ale po prostu bardziej zdolni, bardziej zaradni, uciekają po edukację, a potem w poszukiwaniu ciekawych miejsc pracy.
Nasza inteligencja wywodzi się ze wsi i małych miasteczek. Zazwyczaj jest to tylko pytanie ile pokoleń dzieli wielkomiejskiego inteligenta od Pcimia. Czasem rodził się w jakimś Pcimiu, czasem z Pcimia pochodzą rodzice lub dziadkowie, czasem ta odległość jest większa. Możemy się zastanawiać, ile intelektualnego potencjału zostało zmarnowanego z powodu słabości wiejskich i małomiasteczkowych szkół, marazmu zabitych dechami miejsc, w których ciekawość i ambicja zabijane były przez rodziców, proboszcza, wójta i otaczającą go mafię.
Felieton Łukaszewskiego jest recenzją z amerykańskiego filmu „Trzy bilbordy za Ebbing, Missouri”. Filmu nie oglądałem, ale z opisu rozumiem fascynację. „Do małej mieściny na amerykańskiej prowincji dotarł wiek XXI. Tak jak i gdzie indziej. Do Pcimia też”. Przypomniała mi się złośliwa uwaga Urbana sprzed kilkudziesięciu lat; „Dawniej Rzym promieniował na Wadowice, a teraz Wadowice promieniują na Rzym”. Kłopot z tym promieniowaniem; miewa różne efekty, czasem mordercze.
Dobrzyń, do którego przyjechałem w niespełna dziesięć lat po upadku komunizmu, był wtedy nadal jak pocztówka z PRL. Brzydka architektura, odrapane budynki, dziurawe jezdnie, smutne twarze i zaniedbane dzieci. Niebawem miałem usłyszeć kąśliwą uwagę jednej z mieszkanek: „Teraz władza leży na ulicy, ale czy musi to robić codziennie?” Miasto znacznie starsze niż Warszawa, ale po przeszłości nie zostało ani śladu. Kościoła, do którego z pobliskiej wsi rodzice przywozili na mszę małego Pawła Włodkowica, nie ma, spalili go Szwedzi. Włodkowic protestował przeciwko promieniowaniu Rzymu na Dobrzyń i miał po temu ważne powody. Do polskiej prowincji dotarł wtedy wiek XV. Ciekawe stulecie, w którym prowincje zaczęły się gwałtownie buntować przeciw nadmiernemu promieniowaniu centrum.
Z tego samego stulecia pochodzi legenda o dobrzyńskiej Nawojce, dziewczynie, która w chłopięcym przebraniu postanowiła się uczyć w Krakowie. To był czas, kiedy te opowieści o dziewczynkach z małych prowincjonalnych miasteczek, które przebrane za chłopców pojechały się uczyć, krążyły w różnych europejskich krajach, a legenda o tej dobrzyńskiej Nawojce jest oparta zaledwie na jednym zdaniu austriackiego mnicha i raczej opowiada o ówczesnych marzeniach o przerwaniu blokady niż o rzeczywistym zdarzeniu.
Trudno odtworzyć widok i atmosferę tamtego Dobrzynia z czasów dziecięctwa Włodkowica, czy ze znacznie późniejszych czasów, kiedy po tym miasteczku biegał mały Adam Adamandy Kochański, późniejszy nadworny matematyk Sobieskiego. Znacznie łatwiej odtworzyć tutejszą scenerię, kiedy z tego miasteczka wyruszał na podbój świata elektryk Wałęsa. Jednak i tego Dobrzynia już nie ma. Między innymi dzięki niemu XXI wiek dotarł wreszcie do Dobrzynia. Internet dotarłby tak czy inaczej, więc świat jest w zasięgu ręki i jedni z tego dostępu korzystają tak, a inni inaczej. Znikają powoli ślady PRL-u, wprawne oko może dostrzec, że nie tak dawno był tu sztetl. Na ścianie jednego z domów przed niespełna rokiem pojawił się w Dobrzyniu pierwszy mural. Żaden Banksy, (malowały go dzieci, pod nadzorem zawodowych plastyków), ale znamię czasu. Jak się dowiem jakiego, to napiszę.
Pcim pozbył się Daniela Obajtka. Wypada im życzyć wszystkiego najlepszego.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

Nie ma gorszego tyrana gdy z chama zrobić pana.
Dziękuję za miłe słowa. Porównanie z Pcimiem przyszło samo, bo znam z dzieciństwa takie miasta i miasteczka. Rodzina mojej mamy pochodziła z Wąbrzeźna, Brodnicy, Golubia i okolicznych wsi. Bywałem tam co rok w czasie wakacji. Jeden z wujków oprowadzał mnie kiedyś po rynku w Wąbrzeźnie i wyjaśniał ” – To był dom wujka Z., a ten cioci B, a tamten sklep należał do X.”
Wzajemne zależności były tak zaplątane, że jakikolwiek „wyskok” w rodzinie nr 1 wpływał realnie na to co działo się w rodzinie nr 2 itd.
Stąd bezwzględne trzymanie się status quo, niechęć do jakichkolwiek zmian i pozorna (pozorna!) bierność tych ludzi wobec tego co dzieje się w świecie, nawet niedalekim.
Każdy kto burzył spokój takiej społeczności stawał się niemile widzianym obiektem.
Inna rzecz, że te powiązania i wynikająca z nich postawa niejednokrotnie uchroniły przed niebezpieczeństwami całą społeczność. Nie jest to więc wcale zjawisko tak jednoznaczne, jak dla ułatwienia chcielibyśmy to czasem widzieć. To rodzaj mechanizmu obronnego.
W filmie przedstawiono dokładnie taką społeczność, w większości biernie niechętną działaniom głównej bohaterki pomimo współczucia i niewątpliwie zrozumienia jej sytuacji.
Ale – coś trzeba wybrać, a zwykle wybiera się po swojemu rozumiane dobro wspólnoty.
Wiele razy pytałem w klasie szkolnej, kto chciałby zostać. Odpowiedzią było milczenie i ironiczne uśmiechy. Tragedią tych miejsc jest alkohol (teraz również narkotyki). Zmiany technologiczne zakończyły odcięcie. Z jednej strony samochód i internet, z drugiej wzrost ruchliwości, praca w innych krajach, ale również coraz częściej wakacje. Niesamowicie dużo zależy od tego, kto jest wójtem/burmistrzem. Ta niechęć do jakichkolwiek zmian ustepuje, w rolnictwie i rzemiośle z konieczności, na innych polach widać oddziaływanie telewizji – ciekawy jest na przykład fenomen radykalnej zmiany stosunku do zwierząt. Teraz nie mam już kontaktu ze szkołą, ale wcześniej próby aktywizacji komitetu rodzicielskiego spaliły na panewce. Podobno coś się zmienia.
Pozostaje jeszcze pytanie: co ci ludzie niosą w świat opuszczając swoją żółwiową skorupkę w postaci miasta, miasteczka, wsi? Na pewno po części wchłoną to co daje świat, ale czy sami go w jakimś stopniu też nie zmieniają?
Oczywiście, że tak, wystarczy popatrzeć na nasz Episkopat. Nie bez powodu dla kontrastu wstawiłem Banacha, przygladam się losom absolwentów naszego gimnazjum, ale obraz jest wykrzywiony, bo kontakt jest zachowany z tymi najwspanialszymi, a przecież są tu różne różności. Często obserwowałem jak aspiracje do warstwy inteligenckiej przybierały fatalną postać nie tylko wstydliwegto traktowania środowiska, z którego wyszli, ale i pomieszania dulszczyzny ze snobizmem.
Można też tak, tutaj, tylko politykom nie mówcie, że tak też, tutaj, można.
Gdyż tu można a tam bęc coż tu robić przyjdzie więc.
I ja znam takie miasteczka. Co prawda nie znam Dobrzynia, bo zaledwie jeden raz przejeżdżałem przez to miasto i to wieczorem, ale już wspomniane przez Pana Jerzego Wąbrzeźno, Brodnicę i Golub miałem okazję odwiedzać cześciej, bo kilkanaście lat temu drogi zawodowe zawiodły mnie do Torunia.
Dobra znajomość dotyczy innego małego miasteczka na pograniczu Wielkopolski i ziemi sieradzkiej, którego podobnie do setek innych miasteczek I i II RP dotyczyło pojęcie sztetl. To pojęcie znam zresztą wyłacznie z opisu, bo nawałnica hitlerowska zmiotła z powierzchni ziemi cały naród wraz z jego religią, tradycją, kulturą…a częściowo także z budownictwem, zwłaszcza sakralnym. Ciekawe, że w przekazie naocznych świadków z tego okresu, nie zetknałem się nawet z cieniem antysemityzmu.
Dzisiaj śledzę życie innego małego miasteczka z niewielkiego oddalenia, ale opisanie procesów w nim zachodzacych wymagałoby odrębnego tekstu. Tymczasem moje obserwacje są chyba zbyt wycinkowe..
*
W artykule zainteresowała mnie inna myśl Autora: „Jak wiadomo socjologia jest nauką dramatycznie nieścisłą, a kiedy udaje ścisłość, jeszcze bardziej widać, że w ogóle nie jest nauką.” Zdanie to, jak można odebrac z kontekstu, należy czytać łącznie z myślą zawartą w nawiasach: „(Jest sporo mądrych socjologów, którzy pamiętając o wszystkich ograniczeniach tej dyscypliny, dają nam nieco lepsze zrozumienie społecznego życia.)”
Moje zainteresowaie tym sformułowaniem wynika nie tylko z faktu, że Autor pobrał stosowne wykształcenie socjologiczne, co wyraźnie pozytywnie daje się wyczytać w Jego publicystyce. Wynika także z przeświadczenia, iż pośród zdecydowanie nieścisłych nauk społecznych, co jest ich naturą, socjologia ma być może najlepiej rozwinięty warsztat metodologiczny.
Mam też osobisty stosunek emocjonalny do socjologii. Zaczynając studia uniwersyteckie w 1971 roku miałem okazję słuchać wykładów wybitnego profesora prawa, który miał tak złe zdanie o socjologii, że aż zęby bolały od jego leckeważenia tej dyscypliny. Tymczasem zestawienie nauk prawnych z socjologią wcale nie musi działać na niekorzyść tej ostatniej. Sam zresztą studiowałem zarządzanie a specjalizację robiłem dodatkowo z marketingu i na takim tle socjologia wydawała mi się nauką dużo bardziej konkretną i precyzyjną. Dopiero po prawie 20 latach poźniej zetknąłem się z dziedziną bardziej od socjologii ścisłą – Corporate Finance. Nadal jednak mam o socjologii dobre zdanie…
Tak, tak jest socjologia wsród innych nauk humanistycznych i społecznych ma warsztat – metody i techniki badawcze takie jakie nie występują u innych nauk
Ja tylko do wstępu – o tym czym jest a czym nie jest socjologia. Wiem, że kończyliśmy ten sam wydział na tym samym uniwersytecie. Skoro tak, to trzeba było zaliczyć a potem zdać metodologię i statystykę u Klemensa Szaniawskiego i to nie było łatwe. Niektórym trauma zostawała na całe życie.
Ze studiów z tamtego czasu zostało myślenie profesora Stanisława Ossowskiego – o potrzebie socjologicznej wyobraźni.
Pozdrawiam serdecznie.
ZS
To Ossowski powtarzał, że socjologia jest raczej wiedzą niż nauką, a Szaniawski i Nowak powtarzali do znudzenia, że ważne co liczymy, bo korelacje bocianów i narodzin aż nazbyt często wydają się istotne.
O przygodach z czytelnictwem pewnej Basi w takim prowincjonalnym miasteczku śpiewał Jan Kaczmarek:
W schludnym miasteczku, gdzie się wszyscy dobrze znają
Gdzie cały rok się składa z ogórkowych dni
Gdzie macki estrad bardzo rzadko docierają
A raz na tydzień idzie jakiś kiepski film…
https://youtu.be/YCLp76z8KN8
Wspaniały Jan Kaczmarek przewidywał nasze zmagania z własną udręką:
https://www.youtube.com/watch?v=EBnBNHdqggM
Tak dla porządku: Pcim dziś znowu dał znać o sobie. Scenariusz niezmienny.