10.03.2021

Bardzo rzadko zdarza mi się pisać recenzje filmów. Nie jestem fachowcem, a poza tym zazwyczaj szukam w filmach czegoś tak bardzo „mojego”, że obawiam się zanudzić potencjalnego czytelnika.
Jeśli robię wyjątek, to musi istnieć jakiś powód. Film, o którym chcę napisać jest wręcz kopalnią takich powodów.
„Trzy bilbordy za Ebbing, Missouri” jest filmem naprawdę niezwykłym. Nie przepadam za amerykańską kinematografią, ale ten polecam gorąco. Jest dostępny na cda.pl i warto poświęcić czas na jego obejrzenie od początku do końca.
Podkreślam to „od początku do końca”, ponieważ kiedy oglądałem go po raz pierwszy chciałem przerwać projekcję po 20 minutach i tylko interwencja bliskiej mi osoby skłoniła do pogodzenia się z losem przymusowego widza. Dziś przyznaję, że było warto.
Film nie jest typową amerykańską produkcją choćby dlatego, że jego reżyserem jest Irlandczyk mieszkający w Londynie – Martin McDonagh, który na co dzień zajmuje się reżyserią teatralną. To widać po strukturze filmu, w którym żadna scena nie jest przypadkowa, niepotrzebna, nic niewnosząca do całości. Wręcz przeciwnie, z „resztek” pokazanych w wersji płytowej dowiadujemy się jakie sceny reżyser ostatecznie wyciął właśnie dlatego, że były zbędne itd.
Zwykłe przejście przez ulicę obfituje w taką ilość szczegółów, że zazwyczaj potrzeba dwóch czy trzech seansów, by widz je wszystkie wyłapał.
Fabuła niezwykle prosta. Samotna matka, której córkę zgwałcono i zabito (spalono) wynajmuje w pobliżu swego miejsca zamieszkania trzy rzadko używane bilbordy, na których zadaje pytania miejscowemu szeryfowi o jego „bierność” podczas śledztwa w tak obchodzącej ją sprawie.
Nic więcej. A wystarczyło, by gwałtownie zburzyć spokój lokalnej społeczności, niektórych doprowadzić do białej gorączki i spowodować lawinę wydarzeń, w których czasie oglądamy nie tylko poszczególnych bohaterów, ale poznajemy źródła ich zachowań, które zsumowane malują obraz takich społeczności nie tylko w Ebbing, ale chyba na całym świecie. Także u nas.
Pierwsze co uderza to wielka ilość wulgaryzmów używanych przez aktorów, wulgaryzmów pozornie niepotrzebnych. Przyznam, że to właśnie zraziło mnie do filmu na początku.
Zawsze uważałem wulgaryzmy za immanentną część języka, jednak mające jak wszystkie inne jego elementy sobie właściwe miejsce i okoliczności występowania oraz niedające się zastąpić wartości emocjonalne. Używanie ich poza tymi przypadkami jest, mówiąc najprościej, oznaką słabej znajomości własnego języka.
Po chwili jednak przyszła refleksja, że coś takiego zdarza mi się przecież słyszeć na co dzień na ulicy. Niedawno stojąc na balkonie usłyszałem młodą mamusię odprowadzającą do szkoły kilkulatkę, która zadowolona z tempa marszu uśmiechnęła się do córuni „– Ale fajnie pop****my, nie?”
Bohaterowie filmu, to ludzie nie tyle prości, ile prostaccy. Prostaccy do bólu, w których języku „zwykłe” słowa stanowią jedynie przerywniki dla potoku wulgaryzmów – czyli mamy tu odwrócenie „naturalnej” konstrukcji języka.
W kolejnych scenach widząc motywy ich zachowań odnosimy wrażenie, że cała okolica to jedna wielka patologia.
I to wszystko na tle fantastycznie kontrastujących, rajskich wręcz krajobrazów, których piękno nie jest pokazywane przypadkowo. To tło też odgrywa swoją rolę. Ma bić nas po oczach i trzeba przyznać, że robi to aż nadto boleśnie.
Do małej mieściny na amerykańskiej prowincji dotarł wiek XXI. Tak jak i gdzie indziej. Do Pcimia też.
A efekt?
Znany z brutalności policjant oburza się, kiedy zarzucają mu pobicie „czarnuchów”. Dlaczego? Ano dlatego, że „teraz mówi się »kolorowych«”.
To jedyna zmiana w jego zachowaniu i jedyny efekt wpychanej siłą poprawności politycznej bez jej podstawowego zrozumienia.
Dla równowagi nowy szeryf, Afroamerykanin rozpoczyna urzędowanie od nazywania swych podwładnych „białasami”, ponieważ jak dotąd problem „odwróconego rasizmu” nie znalazł odpowiedniego oddźwięku w kołach szerzących polityczną poprawność. Dlaczego? Ze strachu?
Nie znamy takich zachowań z własnego otoczenia?
Istotną rolę w filmie odgrywa problem „co nie uchodzi?”.
Nie uchodzi wypominać szeryfowi bierności, nieudolności, niechęci do wyjaśnienia sprawy kryminalnej, bo jest chory na raka.
Co ma jedno z drugim? No właśnie okazuje się, że ma. Gdyby nie był chory, znalazłby się inny powód, dla którego „nie uchodziłoby” zakłócanie mu spokoju, a tym samym spokoju mieszkańców, którzy nie chcą niczego dochodzić, zadawać sobie trudnych pytań, znać odpowiedzi.
Niedawno wójt Lanckorony zarzucił jednemu z posłów, który starał się dociec za czyje pieniądze Daniel Obajtek de Tourette zakupił w okolicy działki budowlane, zwyczajną zawiść. „– Żal wam, że nie wasze, nie?!”
Po co pytać, po co dociekać, po co burzyć spokój? Każdy „wie swoje” i niech tak pozostanie.
Policja. Posterunkowy Dixon, funkcjonariusz wychowywany przez matkę tak prymitywną, jak to tylko można sobie wyobrazić, rasistkę tęskniącą za czasami, kiedy syn mógł bić nie żadnych tam „kolorowych”, ale po prostu „czarnuchów”, ma ambicje, ale ani nie ma okazji, ani nie wie jak je zrealizować. Swoją rolę w policji postrzega w ten sposób jak postrzega ją dziś niejeden przedstawiciel władzy. „Mogę wszystko!”
A nawet więcej – jestem przedstawicielem władzy tworzącej prawo, więc mogę je łamać i nikomu nic do tego!
Brzmi znajomo?
Szeryf w rozmowie z główną bohaterką tłumaczy zachowanie Nixona: – Gdybyśmy takich nie brali do policji, to kogo byśmy brali? Nadałoby się może raptem ze trzech.
Brzmi znajomo?
Sama główna bohaterka też nie jest osobą świętą. Jedyna scena w filmie, kiedy pokazana jest jej relacja z nieżyjącą córką pokazuje obrzydliwy obraz zdegenerowanej do cna rodziny.
Dlaczego więc teraz działa?
Wyrzuty sumienia? Mało prawdopodobne. Sumienie nie występuje w tym filmie w nadmiarze.
A może znana nam wszystkim potrzeba, by „ktoś był winny”?
Ktoś, bo przecież nie my!
Niedawno w Czudcu, woj. podkarpackie, wierni miejscowej parafii urządzili nagonkę na jednego z mieszkańców, który zawiadomił policję o łamaniu obostrzeń zarządzonych przez premiera. Doszło do gróźb karalnych łącznie z groźbą zabicia wygłoszoną … w kościele. Ksiądz proboszcz uchylił się od odpowiedzi na pytania o te incydenty, za to kuria biskupia wezwała owego „sygnalistę” do wytłumaczenia się ze swojej antychrześcijańskiej postawy!
W filmie „Trzy bilbordy za Ebbing Missouri” mamy niezwykłą scenę rozmowy z księdzem, który przyszedł do domu głównej bohaterki z „napomnieniem”, wyrzucając jej niestosowne zachowanie.
Dostał wykład, którego warto posłuchać, plus zachętę: – „Niech ksiądz dokończy herbatkę i wyp***a z mojej kuchni!”.
Dla samej tej sceny warto film obejrzeć.
Nic optymistycznego?
Ależ jest i to, ale także ubrane w niezwykłą sukienkę.
Wyrzucony z policji Dixon, poparzony w pożarze posterunku, podpalonego przez główną bohaterkę, otrzymuje list pośmiertny od szeryfa, który popełnił samobójstwo, a w którym to liście dowiaduje się o sobie rzeczy, których sam by nie podejrzewał. Dawny przełożony wskazuje mu jego zalety i zachęca do ich wykorzystania.
Dramaturgii dodaje fakt, że czyta ten list w chwili, gdy ogarniają go płomienie!
W szpitalu kładą go w jednej sali z człowiekiem, którego niedawno pobił i pokaleczył. Ten, kiedy poznaje swego oprawcę, niemal szaleje z wściekłości, po czym … daje mu szklankę soku wiedząc, że poparzony cierpi na nieustanne pragnienie.
Zakończenia filmu nie opiszę, trzeba je zobaczyć samemu.
Film pozornie pokazuje amerykańską prowincję, ale przyjrzawszy się bliżej zobaczymy nie tylko ją.
Także naszą, prowincję przede wszystkim mentalną. Zobaczymy jak powierzchowna jest cywilizacyjna powłoka, którą się tak na co dzień szczycimy.
Po obejrzeniu tego filmu aż strach zadać pytanie: -–I co dalej?
A zadać je przecież trzeba.
Chyba, że wzorem mieszkańców Ebbing wolimy siedzieć cicho, nie zadawać pytań, niczego nie dochodzić, nie szukać odpowiedzi, bo …
Takie „bo” zawsze się znajdzie. Wystarczy się rozejrzeć dokoła.
Jerzy Łukaszewski

Prawdę mówiąc nie odczuwałem szczególnego natłoku czy nadmiaru wulgaryzmów. Może dlatego, że są powszechne w innych amerykańskich produkcjach? Reżyser teatralny nie chciał nierealnie pokazać ichniej rzeczywistości amerykańskiej prowincji?
Mnie się ten film też bardzo podobał.
Zwłaszcza brak podziału na dobrych i złych.
A co do wulgaryzmów – nie wiem – po angilesku nie brzmią tak wulgarnie?
Kiedyś młoda wokalistka bedąca u szczytu sławy wykrzynęła ze sceny „nauczyciele f**k off !”
Wydaje mi się, że znacznie większy odzew by był, gdyby zechciała postawnowiła do nauczycieli zakrzyknąć” „umykajcie chyżo” – tylko w tej wersji, która pierwotnie była na sztandarach – zanim samozwańczy arbitrzy elegancji orzekli przy okazji strajku kobiet, że pierwotne hasło jest zbyt wulgarne.
Przypomniał mi się komentarz w NIE, gdy ujawniono nagrania rozmów polityków z knajpy „Sowa i przyjaciele”:
CH… Z TAŚMAMI, ALE TEN JĘZYK!
Ale to psychopaci są zwykle miło uśmiechnięci, więc może, że It’s just a f_c_ing start, why don’t you put that on your Good Morning Missouri fu_k_ng weakup broadcast b_a_h. to nie tak znowu było od rzeczy.
Z szybkością określania prowincji bym także nie przesadzał bo się możemy jeszcze na brak prowincji nie załapać, i co będzie.
Tak czy inaczej dobry film, oglądałem chyba przy okazji American Film Festival we Wrocławiu, czytam zresztą teraz, że dwa Oscary, siedem nominacji, cztery Złote Globy, dziewięć nominacji Akademii Brytyjskiej, nagroda za scenariusz w Wenecji itd itp.
Wszystkim co jeszcze nie widzieli – Rok za okiem (Years and Years ) brytyjski mini serial z 2019 Przerażająca ale jakże rzeczywista wizja najbliższej przyszłości. Fabułę oparto fabułę na tym co już się na świecie dzieje: kryzys rynku pracy, migracje, zmiany klimatyczne, wojna, ucieczka do wirtualu… Z perspektywy angielskiej, przeciętnej rodziny. Serial wgniata w fotel i trzyma w napięciu do samego końca, jednocześnie jest w swej wymowie przerażający… Gorąco polecam. Do zobaczenia na HBO GO
Autor ma trudności z zalogowaniem się; faktycznie, Disqus czasami przesadza z tym badaniem tożsamości za pomocą rozpoznawania jakichś szczegółów na obrazku. Mogę tylko powiedzieć: przepraszam, to kolega…
Pośredniczę:
Widzę, że uwagi na temat języka stanowią największy problem 🙂 Jeśli się już chce porównywać z taśmami od „Sowy” to proponuję się zastanowić, dlaczego on na tych taśmach w takiej formie funkcjonuje. Samo zarejestrowanie faktu nie jest żadną odpowiedzią ani refleksją.
Mnie raził ten natłok jakieś 20 min, potem dotarło do mnie, że jest to ze strony reżysera zabieg jak najbardziej celowy. I nie dla jakiegoś tam „uwiarygodnienia” obrazu, nie. Powtarzam – pierwszy raz widzę film, w którym absolutnie nic nie jest przypadkowe. Niektóre fakty docierają dopiero po 2 i 3 obejrzeniu, przynajmniej do takich cieląt jak ja.
Szukałem w nim nutki optymizmu i też znalazłem, ale nie od razu. Dwie osoby, które wzajemnie się skrzywdziły nagle łączą siły, by odrzuciwszy sprawy prywatne ruszyć razem na wojnę o dobro ogólne. Naiwne? Nie do końca. Czasem takie sytuacje bywają wymuszone przez okoliczności.
Być może przesłaniem filmu są zagrożenia stereotypem w sensie wzorców przekazywanych w społeczeństwie. Pokazany brak konwencji w ludzkich emocjach potraktowałbym przede wszystkim jako obraz skutków a bezpośrednią fabułę jako pomoc w reżyserskiej analizie konsekwencji, rzeczywiście w sumie z pozytywnym przesłaniem. Porównawcze odniesienie do „amerykańskiej” specyfiki prowincji razi o tyle, że odnosi się wtedy do pozostawianych samym sobie ludzi, których wyróżnikiem staje się ich
samodzielność. Ta jest różna lecz w swojej istocie nie jest taka prowincjonalna jak jej brak.
No a skoro tutaj to w zasadzie blog społeczno-polityczny, przy okazji można się zastanowić dlaczego to na naszej anty-prowincji tak trudno wygrywać wybory: zagrożenia ? stereotypy ? a gdzie ich poszukać ? bo o braku skuteczności naszego Good Morning Missouri to już wiemy.
„Pokazany brak konwencji w ludzkich emocjach” -? Ależ nie, te bluzgi to także.konwencja. Mildred słyszy bluzg do siebie skierowany (do niej – kobiety udręczonej stratą córki i makabrą jej cierpienia, którą sobie bez przerwy wyobraża, a także wyrzutami sumienia, bo je jak najbardziej ma, co widać), a więc słabej. Ale ona nie jest słaba, konwencję podejmuje – i też bluzga, zaskakując tym swego słownego agresora.
Film rzeczywiście dobry, choć w przesłaniu jakby życzeniowy, czyli dydaktyczny. Jak napisał red. Bogdan Miś – „Dwie osoby, które wzajemnie się skrzywdziły nagle łączą siły, by odrzuciwszy sprawy prywatne ruszyć razem na wojnę o dobro ogólne” – wątek w filmie zbyt wyraźnie skonstruowany ku pouczeniu.
To rzeczywiście wieloznaczne co napisałem, pokazane reakcje były dla mnie niekonwencjonalne w sensie braku powszechności dla normy, w sensie cech charakterystycznych stają się rzeczywiście konwencją.
Film obejrzałem przed chwilą. Autor ma rację w komentarzu, że jest w nim zawarte sporo podtekstów skłaniających nas do refleksji. Wulgaryzacja języka jest powszechna nie tylko w Ameryce. Ta wulgaryzacja jest jedną z przyczyn a zarazem skutkiem innych rzeczy – stopniowego „wyzwalania” się ludzkich zachowań z ram kultury na rzecz bardzo pierwotnych, a nawet prymitywnych i prostackich relacji wzajemnych. Wielu ludzi odrzuca ramy kulturowe uznając je za przejaw hipokryzji i zakłamania. Inni podchwytują te antywzorce już bez zrozumienia koniecznosci istnienia ram kulturowych. Dokąd to nas doprowadzi?
*
Film jest wart obejrzenia i zastanowienia sie nad jego przesłaniem. Widziałem go raz, ale wierzę Panu Jerzemu, że przy kolejnych seansach wychodzą na jaw zawarte w nim warstwy skłaniające widzów do kolejnych przemyśleń.
Bardzo fajna, wnikliwa recenzja aż