22.09.2021

Gomora, książka okropna, bo zaczynasz czytać, a potem nie możesz przestać i wszystkie obowiązki leżą. Odpowie ktoś, że to zależy, co kogo interesuje i ksiądz Tischner odpowiedziałby „tys prawda”. Dla każdego, kogo interesuje bezmiar nieszczęść, jakie na jednostki i społeczeństwa sprowadza religia, Gomora to znakomicie napisany kryminał. Dla ateisty, antyklerykała, czyli kogoś takiego jak niżej podpisany, jednym z niebezpieczeństw tego rodzaju książek jest gwałtowne obniżenie poziomu krytycyzmu. Dobrze napisana, solidnie udokumentowana, przez autorów, którzy budzą zaufanie. Tego rodzaju książki wymagają przy czytaniu samodyscypliny i przypominania sobie, że nie ma ludzi nieomylnych, a błędy z rzetelnych i zaufanych źródeł połykamy czasem łapczywie i ze smakiem.
Artur Nowak i Stanisław Obirek to wyjątkowo dobrze dobrana para autorów do spojrzenia na bagno, w jakim tkwi polski Kościół katolicki. Jeden prawnik z wieloletnim doświadczeniem obrońcy ofiar kapłanów-gwałcicieli, drugi niegdyś kapłan i zakonnik, który widział ten kościelny świat od środka, zna literaturę o łajdactwach tego Kościoła lepiej niż inni i ma ogromną sieć kontaktów z tymi, którzy prowadzili i prowadzą (moim zdaniem beznadziejną) walkę ze zwyrodnieniem tej organizacji.
W wywiadzie, który Artur Nowak i Stanisław Obierek dali „Gazecie Wyborczej” Stanisław Obirek mówi:
…moje doświadczenia kościelne są rozpisane na pięćdziesiąt parę lat świadomego życia. Przypominają sinusoidę. Macie rację, że trudno nam, byłym aktywnym katolikom, się odciąć. W tym sensie nasza Gomora jest upomnieniem się o Kościół, który kiedyś spełniał i mam nadzieję, że będzie jeszcze spełniał, pozytywną rolę. Potrzebna terapia szokowa, zanurzenie się w tym oceanie zepsucia, demoralizacji i zła, krycia przestępstw, niezasłużonych awansów. Moment diagnozowania brudu jest też momentem wyzwalającym i oczyszczającym.”
Pokazywany w tej książce bezmiar łajdackiej instytucji nie dotyczy tylko Polski. Aczkolwiek autorzy próbują nas przekonać, że polskie katolickie szambo jest bardziej cuchnące, ale sami pokazują, co dzieje się w Watykanie oraz w innych krajach katolickich (nie zaglądają jednak do takich miejsc jak Filipiny, Indie, czy kraje afrykańskie). Ich Gomora jest poniekąd kontynuacją watykańskiej Sodomy, ale ciemne sprawki naszej Gomory znają bardziej szczegółowo. Czytelnik, który sięgnie po tę książkę, znajdzie w niej kompendium tego, o czym sporo już wie. Procent nowości będzie się z pewnością zmieniał, ale niewielu będzie mogło powiedzieć, że nie znalazło w tej książce niczego nowego.
Kto wie, może za recenzję starczyłaby fraszka Jana Kochanowskiego o Kaznodziei:
Pytano kaznodzieje: „Czemu to prałacie,
Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?”
(A miał doma kucharkę) i rzecze: „Mój panie,
Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięć set za nie,
A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele”.
Kolejnych 500 lat historii Kościoła katolickiego wiele nie zmieniło. Bagno jest większe, wierni nadal niby widzą, co się dzieje, ale jakoś lubią ten jarmarczny teatr przebierańców (a jak porzucają, to natychmiast szukają jego innej namiastki).
Mamy tu opisy dróg do biskupich insygniów przez łóżko, szczególnie zasłużonych dla Kościoła z powodu ich zyskownej działalności przestępczej, ukrywania przestępstw i gnębienia tych, którzy chcieliby traktować ewangeliczne nauki poważnie.
Po poświęceniu wielu stron drogom do biskupich godności przez alkowę autorzy piszą:
Powyższe przykłady dotyczą wielkich biskupich karier, ale twierdzenie, że ich rusztowanie spajają wpływy ‘lawendowej mafii’, nie przekonuje nas. Wpływy homoseksualnych księży w Kościele, co pokazuje wiele przykładów, są oczywiście ważne, ale takich spoin jest więcej. Czasem to przyjaźnie, interesy, mentalność oblężonej twierdzy, w której nie znosi się nowych ludzi u władzy…
Dla autorów prawdziwą gębą polskiego Kościoła katolickiego jest arcybiskup Głódź, pijak, cham, cynik i manipulant. Oczywiście możemy się zastanawiać, dlaczego akurat ten kapłan, a nie Rydzyk, Jankowski, Jędraszewski czy Dziwisz?
Jakim cudem ta instytucja się trzyma? Dla ludzi wychowanych od kołyski w szacunku do Kościoła i przekonywanych od dziecka, że Kościół jest jedynym źródłem moralności, ucieczka nie jest łatwa. To groźba nie tylko dla wpojonego systemu wartości, ale i dla relacji z najbliższymi. „Trauma okazuje się szczególnie głęboka dla tych, którzy byli autentycznie oddani wspólnocie”. Dla mnie ta refleksja autorów jest szczególnie zastanawiająca, bo wielokrotnie spotykałem w moim życiu pięknie wierzących, którzy mimo ogromnej wiedzy o mrocznych kartach historii Kościoła trzymali się iluzji, że dobre strony przeważają, a zło da się jakoś naprawić. Też czekali na dobrego papieża i wypatrywali w tym bagnie uczciwych biskupów.
Czytając poruszający wywiad z Magdaleną Smoczyńską w „Znaku” („Siedzę na kupie gruzów„) przypomniałem sobie słowa Nadieżdy Madelsztam o tym jak ludzie budzili się z zauroczenia komunizmem i patrzyli ze zdumieniem, na tych, którzy nadal wierzyli. Magdalena Smoczyńska pisze, że długo wierzyła, że ludzie są grzeszni, ale Kościół jest święty. Autorzy Gomory opisują ten mechanizm wczesnego uzależnienia od Kościoła, spowiedzi dzieci i wpajania lęków oraz poczucia winy, psychomanipulacji i straszenia diabłem. Czytanie tej książki chwilami przyprawia o mdłości. Człowiek zastanawia się, jak wiele ta książka może zmienić, ilu ludzi ją przeczyta, dla ilu będzie wstrząsem decydującym o ostatecznym rozstaniu?
Oczywiście jest to źle postawione pytanie. Tezy Lutra pojawiły się w momencie, kiedy łajdactwa Kościoła były powszechną tajemnicą, a zmiany w gospodarce podważyły spójność feudalizmu. Bunt przeciw Kościołowi był zarówno moralny, jak i korzystny (również dla tronów).
Jedni, jak Erazm lub nasz Frycz-Modrzewski, chcieli wierzyć, że Kościół można zmienić od środka, inni szukali nowej religii. Dziś też coraz więcej ludzi porzuca Kościół z żalem lub bez żalu, ale istniejące na rynku alternatywy nie budzą (przynajmniej mojego) zachwytu. Kiedyś lubiłem hasło francuskiego filozofa – „ani Marks, ani Jezus”, dziś powiedziałbym raczej ani Franciszek, ani Judith Butler.
Zamykając tę książkę, raz jeszcze przypomniałem sobie historię z maja 1968 roku, kiedy to w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, przed pałacykiem, w którym mieści się Ministerstwo Kultury, spotkało się dwóch znakomitych pisarzy. Ten, który wychodził z ministerstwa z rozradowaną miną, oznajmił, że oddał właśnie legitymację partyjną i powiedział im, że to, co teraz robią, nie licuje z tradycją tej partii. Jego przyjaciel i konkurent do sławy pokiwał głową z politowaniem i powiedział: I na koniec znowu skłamałeś. Bandycka partia i bandyckie tradycje.
Autorzy kończą pochwałą papieża Franciszka, pisząc, że jego ideał katolicyzmu im odpowiada. No cóż, mnie nie. Zauważam ludzkie gesty, częste uściski z typami w rodzaju wielkiego szejka Al-Azharu Ahmeda al-Tajeba (który odmówił uznania ISIS za organizację sprzeczną z islamem), odwracanie oczu i milczenie na temat ludobójstwa chrześcijan w krajach islamu, i (o czym autorzy piszą) właściwie symboliczne karanie tych, którzy ukrywają przestępstwa kapłanów. Coś mi ten Franciszek wygląda na papieża, który demokratyzuje i donowocześnia. Demokracji w Kościele wprowadzić się raczej nie da, na nowoczesność pozwolą sobie w jakichś duńskich czy niemieckich oazach. Zgadzam się z końcowym wnioskiem autorów, że polska prowincja tego Kościoła będzie się przed tym demokratyzowaniem i donowocześnianiem broniła bardziej zaciekle niż inne.
Tak czy inaczej, to książka okropna, czyta się z zapartym tchem i oderwać się trudno, a przecież nie samym czytaniem książek człowiek żyje.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

To oczywiście miło czytać recenzję tak wytrawnego czytelnika jak Andrzej Koraszewski. Nawet jego krytyka jest inspirująca. Pozwolę sobie tylko dopowiedzieć w sprawie Franciszka cytując siebie z wywiadu dla Onet: „Niezupełnie. Doceniamy jego chęć dialogu i otwartość na osoby niewierzące – Franciszek przyjaźni się i rozmawia z różnymi intelektualistami i progresywnymi postaciami. Niewątpliwie jest to dobra zmiana w stosunku do poprzednich, konserwatywnych papieży. Tutaj jednak ta fascynacja się kończy, bo czego Franciszek by nie zrobił, będzie to pod wpływem nacisków. Kiedy cały episkopat chilijski podał się do dymisji, było to poprzedzone jego skandalicznym zachowaniem, czyli obroną bp Juana Barrosa Madrida, swojego pupila, który tuszował przestępstwa seksualne seksualnego drapieżcy ks. Karadimy. Dopiero pod wpływem nacisku mediów i oburzenia ofiar Karadimy Franciszek zachował się przyzwoicie. Tylko wtedy spotkał się z ofiarami, zapoznał z raportem swojego wysłannika abpa Charlesa Scicluny i wymusił rezygnację na episkopacie, ale to wszystko stało się dlatego, że w Chile płonęły kościoły. Nie wierzymy, że podobne działania nastąpią w Polsce. Nominacje papieża Franciszka, od abp Jędraszewskiego zaczynając, pokazują że papież nie jest świadomy specyfiki polskiego Kościoła.” Chętnym oczywiście polecam całą rozmowę z Mają Heban, która zadawała nam bardzo ciekawe pytania (https://noizz.pl/wywiady/polski-kosciol-jest-atrapa-obirek-i-nowak-o-ksiazce-gomora/qpefe1d).
Zmarły prawie 35 lat temu Joseph Campbell jako badacz mitów i mitologii twierdził, że wielkie religie powstałe kilka tysięcy lat temu są zupełnie nieadekwatne do współczesności, która domaga się stworzenia nowej generacji mitu, mitu wspólnego dla całej ludzkości. A twierdził tak na długo przed usyskaniem czy uzyskiwaniem przez czołówke intelektualną świata wspólnego przekoania, że przetrwanie ziemi możliwe jest jedynie przy współpracy wszystkich społeczeństw, państw i organizacji na naszej planecie.
*
Współcześnie obserwatorzy tę nieadekwatność chrześcijaństwa czy islamu odkrywają, konstatują czy potwierdzają na wielu płaszczyznach. Watykan i zarządzanie przez to państwo lokalne filie krk tę nieadekwatność dobitnie ilustrują i potwierdzają całym swoim doświadczeniem i praktyką. NIe chodzi tylko o zbrodnie, przestępstwa czy patologie a o samą nieadekwatność doktryny religijnej do obyczajów, postaw, zachowań, potrzeb i oczekiwań współczesnych ludzi.
*
Recenzowana książka opisuje tylko fragment tej nieadekwatności w jej wymiarach – zbrodniczym, przestępczym czy patologicznym wymiarze instutycji kościoła. Nie wiem czy papież Franciszek ma świadomość tych wszystkich zjawisk opisywanych zarówno we wcześniejszej Sodomie Marlela jak i w omawianej Gomorze. Zakładając nawet, że ma pełną świadomość tych zjawisk, to skala wysiłku reformatorskiego w ramach doktryny krk przekracza horyzont jego poontyfikatu a ilośc pracy minimalnej potrzebnej do zmiany opisanych mechanizmów przekracza możliwości kilku papieży pod rząd. Nie zmienia to faktu, iż sam papież Franciszek jest postacią pozytywną i działającą na rzecz postępu w krk cokolwiek miałoby to oznaczać.
*
Narastająca nieadekwatnośc wielkich systemów religijnych, zwłaszcza w wymiarze instytucjonalnym, do wymagań dzisiejszych ludzi nie przekłada się na perspektywy jakichkolwiek rozsądnych alternatyw. Oprócz sekt parareligijnych, które same w sobie są albo groźne, albo zarazem groźne i groteskowe, nie widać na horyzoncie zalążków nowej, uniwersalnej mitologii mogącej powszechnie wesprzeć wysiłki współczesnych do ratowania naszej palenty przed …nami samymi.
*
Czy rzeczywiście papież Franciszek „…nie jest świadomy specyfiki polskiego Kościoła”? Czy może z punktu widzenia zarządzania globalną strukturą krk ta sprawa jest dla niego marginalna i nie nie opłaca mu się poważnie nią zajmować? Nie wiem czy prędko sie tego dowiemy.
Obiecuję, ze w kolejnej książce postaramy sie poglębić i rozszerzyć nasze krytyczne spojrzenie, a znakomiet księżki Josepha Campbella są jedną z naszych inspiracji.
Ja bym się nie zgodziła z tak stanowczym stwierdzeniem o nieadekwatności chrześcijaństwa; ono samo w sobie jest adekwatne do ludzkiego życia, sumienia, bez względu na czasy. Nieadekwatne jest traktowanie go słowo w słowo, i praktyka kościelna, która mu przeczy: wojny krzyżowe, inkwizycja, władza. Chrześcijaństwo to piękna idea, i tak powinno być traktowane, praktykowane i rozwijane. Dziś emanacją praktyki wykoślawiającej ideę w Polsce jest instytucjonalny kościół katolicki, o którym nie kto inny jak prof. Obirek powiedział, że nie ma on nic wspólnego z chrześcijaństwem. I moim zd., mitem założycielskim chrześcijaństwa powinna być nauka Chrystusa i jego życie, a nie jego śmierć i jakieś zbawienie. Nie znam teologii, a byłabym ciekawa (z ciekawości poznawczej, nie religijnej) dowiedzieć się z pierwszej ręki, kiedy powstał mit zbawienia i jak był uzasadniany. I skąd się wzięło piętno grzechu pierworodnego. Bo moim zd. te rzeczy stoją w jawnej sprzeczności ze wszystkimi naukami Chrystusa.
Na panreligię czas nie nadszedł; nadejdzie po apokalipsie, jeśli ktoś ją przeżyje.
Właśnie Joseph Campbell poświęcił życie na analizę oraz interpretację mitów, w tym także wielkich systemów religijnych. W analizowanych mitach, od zarania ludzkości powtarzają się pewne schematy poglądów na powstanie i rozwój świata, schematy bohaterów, w tym m.in. Chrystusa. To wszystko razem jest splecione i wywodzące się z wcześniejszych mitologii. Wszystkie okoliczności związane z urodzeniem sie i życiem a także śmiercią Chrystusa, są powtórką z wcześniejszych wierzeń religijnych Egiptu, Mezopotamii, itp. Niewiele o tym wiedziałem dopóki nie przeczytałem wywiadu rzeki – Bill Moyers Potęga mitu: rozmowy Billa Moyersa z Josephem Campbellem, oprac. Betty Sue Flowers, przekł. Ireneusz Kania, Wydanie I: Kraków 1994, Wyd. „Znak” Signum, Wydanie II: Kraków 2007, Społeczny Instytut Wydawniczy „Znak”, s. 260, ISBN 978-83-240-0833-9 (The Power of Myth 1988) Tę książke pożyczyła mi znajoma. Nie jest to lektura łatwa ale wiele rzeczy po jej przeczytaniu staje się jaśniejszych. Centralną konstrukcją Campbella jest idea monomitu – a więc historii bohatera powtarzającej się od zarania ludzkości według tego samego schematu. Również życie i śmierć Chrystusa podlega dokładnie temu schematowi, co tylko potwierdza, że Chrystus jest ideą, wierzeniem i konstrukcją, któa prawdopodobnie nigdy nie miała szansy bycia realnym życiem. Żeby poznać tę konstrukcje monomitu wystarczy obejrzeć kilka krótkich filmików na youtube pod hasłem monomit właśnie.
*
Sama opowieść o życiu Chrystusa została spisana w ewangeliach ponad 100 lat po jego smierci. NIe jest jasne czy taka postać w ogóle istniała, a jeżeli istniała to jakim człowiekiem naprawde był Chrystus. Wszystko co o nim wiemy pochodzi z religii, której prawwdziwym animatorem i twórcą był tak naprawde Paweł z Tarsu, a ewangeliści dopełnili dzieła. KRK wziął z tych ewangelii to co mu odpowiadało do jego mitu a rzeczy zbędne czy przeciwne jego doktrynie zniszczył lub pominął. Stąd grzech pierworodny, dzieworództwo, niepokalane poczęcie, śmierć, zmartwychstanie, odkupienie grzechów za ludzkość, nieśmiertelność, sąd ostateczny, to wszystko są idee którymi krk przywiązuje do instytucji miliony ludzi już przez ponad dwa tysiące lat. Ciekawe, że dla krk nie ma religii poza kościołem a kapłani, są jedynymi i wyłącznymi pośrednikami z bogiem. Chrystus jest nie tylko mitem, ale jednym z największych oszustw w dziejach ludzkości, niestety.
Nie zgadzam się z ostatnim zdaniem. Wszystko jedno, czy Chrystus był postacią prawdziwą, czy nie (zdaje się, że Flawiusz wspominał o takim kimś, naturalnie jako buntowniku), wiara w jego boskość i głęboko moralną naukę (owszem, spisaną po ok. 70-100 latach) porządkowała i porządkuje życie wielu przyzwoitych ludzi. Pamiętam, że w latach 90., kiedy przeżywałam jakieś rozterki religijne, na nogi postawiła mnie książka Uty Ranke-Heinemann pt. Nie i Amen, w której jako teolog i pastor mówi „nie” bajkom, które kościół, za ewangeliami, sprzedawał ciemnemu ludowi, aby religia mogła się przyjąć na glebie wcześniejszych mitów, i „amen” – prawdom duchowym, wynikającym z nauk przypisywanych Chrystusowi.
Wiara, Drogi @Sławku, nie oznacza przecież naukowej czy historycznej prawdy. Gdyby Chrystus z jego naukami był sprawdzalny szkiełkiem i okiem, na cóż byłaby potrzebna wiara? Wiara zaczyna się tam, gdzie brak dowodów.
Obecny Dalajlama mawia, że człowiek powinien praktykować i zgłębiać taką duchowość, w jakiej się urodził i wychował, w jakiej kulturze jest ona zagnieżdżona.
Kościół katolicki wymaga zburzenia i odbudowania od podstaw, na micie Chrystusa. Innego nie mamy. No, może być Swarożyc, tylko czy to coś zmienia?
RACJONALISTA zamieścił krótki, ciekawy filmik na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=cEU9PNb9foI. W wyjaśnieniach pod filmem czytamy m.in.:
„Wiara w Jezusa i jego historyczność nie opiera się na wiarygodnych dowodach i przekonujących argumentach, lecz wynika z trwającej kilkanaście stuleci chrześcijańskiej indoktrynacji. Ludzie wychowani w tej kulturze i tradycji nie wyobrażają sobie innego światopoglądu, innej opcji, ich zdaniem Jezus po prostu musiał istnieć, nawet jeśli nie ma na to dowodów. Oczywiście wierzący mają wiele 'dowodów’ (doświadczenia z Bogiem i Jezusem, Biblia, teksty ojców Kościoła i apologetów), lecz teksty religijne i dogmaty nie są wiarygodnymi dowodami, podobnie jak wierzenia i emocje.”
Oto tekst podpisany RACJONALISTA z komentarza pod tym samym filmikiem:
„Drugą wzmiankę o Jezusie w Starożytnościach Żydowskich znajdujemy we fragmencie, który odnosi się do Jakuba, brata Jezusa (Księga 20, rozdz. 9). Flawiusz opisuje w nim wyczyny Annasza, nielubianego arcykapłana, który zwołał „sanhedryn sędziów i przywiódł przed nich brata Jezusa, którego zwali Chrystus, imieniem Jakub, i jeszcze innych”. Zarzucił im łamanie prawa i kazał ukamienować. To wywołało oburzenie i obywatele poskarżyli się królowi Agryppie, który pozbawił Annasza urzędu i uczynił Jezusa syna Damnajosa najwyższym kapłanem.
Flawiusz nie pisze tu o Jezusie z Ewangelii. Jego opis sądu i egzekucji Jakuba zupełnie nie zgadza się z relacjami innych autorów (Hegezypa i Clemensa Aleksandryjskiego), którzy twierdzą, że Jakub, głowa Kościoła w Jerozolimie, został zabity przez agresywny tłum. Kiedy motłoch spotkał Jakuba na ulicy, pochwycił go, zrzucił z wieży świątyni a następnie ukamienował, na koniec ktoś dobił go pałką.
Flawiusz nigdy nie używał terminu „Chrystus” lub „Mesjasz”, nawet wobec swojego kandydata na to miano, cesarza Wespazjana. Dla samozwańczych mesjaszy, których opisywał, wolał określenie „szarlatan”. Również jego rzymscy czytelnicy nie znali tego terminu. Kolejną kwestią jest oburzenie Żydów. Większość z nich nienawidziłaby chrześcijańskiego lidera i postrzegałaby go jako przywódcę heretyckiej sekty. Czy wykonany na nim wyrok śmierci aż tak bardzo oburzyłby konserwatywnych Żydów, że uznaliby działania Annasza za niezgodne z prawem i poskarżyliby się królowi, aby usunąć ze stanowiska swojego arcykapłana?
Czy Jakub w relacji Flawiusza, szanowany Żyd, jest tą samą postacią, co Jakub chrześcijański lider z Jerozolimy, którego Kościół uznaje za brata Jezusa? Kim był Jezus syn Damnajosa? Wiele wskazuje, że te słowa (którego zwali Chrystus) zostały włączone do tekstu przez kopistę. To klasyczny przykład interpolacji przypisu. Fraza „którego zwali Chrystus” (tou legomenou Christou) jest prostym i zwięzłym stwierdzeniem typowym dla krótkich, międzywierszowych przypisów, które zwykle tak brzmiały. Wygląda dokładnie jak krótka uwaga zapisana przez kopistę na marginesie, który zaznaczył, że według niego akurat tego Jezusa „zwali Chrystus”. Przerywa to ciąg zdania i choć jest ono gramatycznie poprawne, staje się przez to niezgrabne. Kiedy usuniemy tę frazę, zdanie brzmi znacznie lepiej.
Warto zwrócić uwagę na kontekst. Dlaczego Flawiusz zaznacza, że Annasz zwołał sędziów i zaprowadził przed nich „brata Jezusa”? Autor wyróżnia Jakuba spośród innych straconych osób i podkreśla, że jest bratem Jezusa. Kim był wspomniany Jezus? Należałoby w tym miejscu oczekiwać dygresji lub (jeśli Flawiusz jest autorem Testimonium) ponownego odniesienia się do tego, co już wcześniej napisał. Inaczej czytelnik może poczuć się zdezorientowany.
Przyjrzyjmy się dokładnie temu, co pisze Flawiusz. Po tym jak Annasz zwołuje sąd i każe ukamienować „brata Jezusa”, wybucha powszechne oburzenie, król Agryppa pozbawia go urzędu i czyni arcykapłanem Jezusa syna Damnajosa (Starożytności Żydowskie 20.203). Jeśli to Jezus, którego brat został skazany przez Annasza, to mamy wyjaśnienie, dlaczego na jego miejsce król postawił brata człowieka, którego Annasz niesłusznie skazał na śmierć.
Jest bardziej prawdopodobne, że autor ma na myśli Jezusa syna Damnajosa niż to, że nagle pisze o innym Jezusie, w dodatku bez wyjaśnienia, o jakiego Jezusa chodzi. Skoro Flawiusz w tym fragmencie nie wyjaśnia, kim jest wspomniany Jezus, pozostaje tylko jedna postać o tym imieniu: Jezus syna Damnajosa.
To proste i sensowne wyjaśnienie. Otrzymujemy również odpowiedź, dlaczego relacja Flawiusza jest niezgodna z innymi zapisami dotyczącymi śmierci Jakuba: Jakub w tekście Flawiusza to szanowany Żyd, który nie jest tą samą postacią, co Jakub chrześcijański lider z Jerozolimy.
Kontrowersyjna wzmianka nie jest fałszerstwem, lecz dopiskiem dodanym na marginesie, dlatego jest tak krótka i zwięzła. Flawiusz w tym fragmencie miał na myśli Jezusa syna Damnajosa, o którym pisze kilka linijek dalej, dlatego nie informuje czytelników, o jakiego Jezusa „zwanego Chrystus” chodzi. Gdy wiadomo, że autor pisze o Jezusie i Jakubie, którzy byli synami Damnajosa, staje się jasne, dlaczego Żydzi byli oburzeni śmiercią Jakuba i dlaczego jego brat, Jezus, został arcykapłanem.
Kiedy szukamy potwierdzenia opisanych w Biblii wydarzeń w tekstach ówczesnych autorów, nic nie znajdujemy. Kiedy badamy okres, w którym rzekomo działał Jezus, napotykamy na liczne teksty autorów, którzy mieli możliwości i powody, by napisać o jego niesamowitych czynach, tymczasem każdy z nich zdaje się nie wiedzieć, że ktoś taki w ogóle istniał. To milczenie trwa przez cały pierwszy wiek. Postaci, które kreuje się na rzekomych świadków, żyły dekady lub stulecia po czasach Jezusa i żadna z nich nie dostarcza przekonujących dowodów. We wszystkich znanych nam pozabiblijnych zapisach z I wieku jedyne co mamy dla potwierdzenia historyczności Chrystusa przedstawionego w Ewangeliach to oczywiste fałszerstwo i kontrowersyjny dopisek, który odnosi się do kogoś zupełnie innego. Te dwa krótkie fragmenty to dosłownie wszystko, co istnieje w zapisach historycznych z I wieku dla potwierdzenia biblijnej relacji o Jezusie.
Ewangelie podają, że Jezus zwracał na siebie uwagę całej Judei i Galilei, a także odległej Syrii i Dekapolu. Jego nauki przyciągały tłumy i oburzały klasę rządząca. Nawet jeśli pominiemy wszystkie cudowne wydarzenia związane z jego narodzinami, działalnością, śmiercią, zmartwychwstaniem lub wniebowstąpieniem i zaliczymy je do późniejszych legend, to przecież same jego podobno nowe nauki powinny odbić się szerokim echem w ówczesnych zapisach historycznych. W przeciwieństwie do mnóstwa innych dobrze udokumentowanych fałszywych uzdrawiaczy, szemranych cudotwórców i samozwańczych mesjaszy tamtego czasu był rzekomo kimś wyjątkowym i oryginalnym, kimś kto rzeczywiście mógł dokonywać rzeczy niemożliwych dla innych: karmić tysiące ludzi, uzdrawiać, a nawet wskrzeszać. Nie były to pojedyncze przypadki, działo się to wielokrotnie. Wśród tysięcy jego zwolenników było podobno wielu przedstawicieli elity społeczeństwa: królewski urzędnik, setnik, przełożony świątyni i członkowie żydowskiej klasy rządzącej (Sanhedrynu). Sam wypędził przekupniów ze świątyni. Cała Jerozolima przywitała go entuzjastycznie, gdy wkroczył do miasta. W dramatycznych okolicznościach został aresztowany i niezgodnie z prawem przesłuchany przez żydowskich przywódców a następnie przez Piłata, a nawet króla Heroda. Te wydarzenia rozegrały się na oczach tłumu w Jerozolimie. Jego śmierci i zmartwychwstaniu towarzyszyły niesamowite i nadnaturalne zjawiska: pojawiły się anioły, trzęsienia ziemi, żydowscy święci zmartwychwstali i pokazali się w Jerozolimie, cały świat (lub przynajmniej tamten region) okryła niewytłumaczalna ciemność trwająca kilka godzin. Po zmartwychwstaniu podobno przez czterdzieści dni ukazywał się swoim uczniom a następnie wstąpił do nieba, czego świadkiem była grupa jego zwolenników.
Można założyć, że Rzymianie i Grecy przeoczyli to wszystko, lecz jak coś takiego mogło pozostać niezauważone w Judei? Całkowita obojętność takich autorów jak Filon Aleksandryjski lub Mikołaj z Damaszku wobec czynów i słów Jezusa jest czymś zdumiewającym. Również milczenie innych ówczesnych autorów jest całkowicie niepojęte i sprzeczne z wizerunkiem Jezusa wykreowanym przez Ewangelie. Jeśli weźmiemy pod uwagę desperację wczesnego Kościoła w wykorzystywaniu wszelkich istniejących tekstów, które wydawały się zawierać jakiekolwiek potwierdzenie historyczności Jezusa, to doprawdy trudno uwierzyć, by jakakolwiek wzmianka o nim z I wieku lub z okresu nieco późniejszego została pominięta lub że nie zadbano o jej zachowanie. Gdyby choć jedno z tych niesamowitych wydarzeń z życia Jezusa było prawdą, nikt nie zawracałby sobie głowy kilkoma dopisanymi zdaniami w tekście Flawiusza, ponieważ mielibyśmy wiele zapisów i relacji żyjących wtedy ludzi lub cytatów w późniejszych chrześcijańskich tekstach. Wydarzenia z życia Jezusa, jeśli prawdziwe, powinny faktycznie być, zgodnie z chełpliwymi wypowiedziami chrześcijan, najlepiej udokumentowanymi wydarzeniami w historii ludzkości. Tymczasem muszą bronić wiarygodności dwóch wysoce podejrzanych i kontrowersyjnych fragmentów. Moglibyśmy nawet spodziewać się dowodów archeologicznych potwierdzających jego istnienie. Tymczasem mamy jedynie trwający prawie dwa tysiąclecia proceder podrabiania relikwii. Nie mamy żadnych oryginalnych chrześcijańskich tekstów z I wieku, pozostały jedyne żenujące falsyfikaty stworzone w późniejszych wiekach, na przykład korespondencja między Jezusem a królem Abgarem V, Seneką lub Pawłem, oraz wiele przykładów fałszowania przez chrześcijan zapisów historycznych, jak Testimonium Flavianum, aby zatuszować niewytłumaczalną nieobecność Jezusa u innych autorów.”
*
To tyle w kwestii istnienia samego Chrystusa.
*
„Kościół katolicki wymaga zburzenia i odbudowania od podstaw, na micie Chrystusa. Innego nie mamy.”
Mit Chrystusa wcale nie jest taki kryształowy jak się nam wmawia. Jest to mit postaci aspołecznej, bezwględnej dla najbliższej rodziny, a zarazem wyidealizowanej w sposób, który wyklucza człowieczeństwo. Obawiam się, że po upadku krk ten mit będzie nie tylko martwy, ale przede wszystkim dostatecznie skompromitowany aby odejść w przeszłość. Nieważne zresztą czy Chrystus czy Swarożyc, Światowid czy dowolny inny bohater mitu. Każdy byłby anachroniczny. Nowy mit musi mieć współczesnego bohatera, nie skompromitowanego przeszłością ani anachronicznymi zachowaniami czy cechami. osobistymi. Głównym czynnikiem kompromitującym Chrystusa oraz ideę boga w ogóle jest natura krk jako instytucji biurokratycznej, której cele dawno oderwały sie od istoty religii jako monomitu. Nowy mit musi mieć kompletnie inne ramy organizacyjne, nie wiem nawet czy jegio instytucjonalizacja nie powinna zostać z zasady wykluczona.
moim zdaniem, dowodzenie, że Jezus nie istniał lub nie był tym, za kogo chrześcijaństwo go uważa, jest drogą niewłaściwą. religie (systemy duchowe) istniały od kiedy istnieje człowiek i istnieć będą, nikt ich nie wykurzy, gdyż ludzi, którzy nie mają potrzeb duchowych zwyczajnie nie ma, a jeśli są, to są psychopatami lub cyborgami. do zaspokajania takich potrzeb jedni potrzebują idei boga i rozwiniętej opowieści religijnej, do innych przemawia nieteistyczny system duchowości. nie ma żadnej przewagi jednego nad drugim tak długo, jak system duchowy nie prowadzi do opresji tak wewnętrznej (względem wierzącego), jak wobec „pogan”. wtedy zachodzi konieczność naprawienia systemu, z czym mamy do czynienia w przypadku katolicyzmu, może też w chrześcijaństwa w ogóle. lecz nie widzę celu udowadniania, że boga nie ma. refleksja zaczyna się zawsze od pytania – a co, jeśli istnieje ?
Nie zgadzam się. Jeżeli Jezus nie istniał, na co wskazują źródła historyczne, które takiej postaci nie odnotowały, to mamy istone ustalenie. W takim kontekście postać Jezusa Chrystusa jest całkowicie wymyślona przez ludzi. Nie jest zresztą wymyślona dowolnie, ale powiela wiele cech monomitu znanego wcześniej ludzkości od tysięcy lat. Jeżeli tak i ludzie musza mieć mitologię czyli religię, to może czas na nowego bohatera monomitu bardziej adekwatnego do czasów dzisiejszych? Upieranie sie przy Chrystusie nie uczyni tej postaci ani odrobine bardziej adekwatną do czasów współczesnych.
*
Nie odbieram ludzkości ani potrzeb duchowych, ani prawa do zaspokajania takich potrzeb. Jeżeli ludzie „…potrzebują idei boga i rozwiniętej opowieści religijnej” to ich prawem jest to realizować. Kłopot w tym, że wielu systemom religijnym, a ściślej kościołom instytucjonalnym zupełnie nie o to chodzi. Starają się swoją doktrynę narzucić innym. Akurat w Polsce takim działaniem zajmuje sie krk. To hierarchia krk „. …prowadzi do opresji tak wewnętrznej (względem wierzącego), jak wobec „pogan”. Mimo, iż „…zachodzi konieczność naprawienia systemu, z czym mamy do czynienia w przypadku katolicyzmu, może też w chrześcijaństwa w ogóle.” te wysiłki są nieskuteczne. Zamiast naprawy prowadzą one do konfiktów a w przeszłości do wojen religijnych. Krk nie jest religią a systemem władzy instytucjonalnej, która pod pretekstem religii, a często wbrew jej zasadom ewanelicznym panuje nad ludźmi przyczyniając się do wielu nieszczęść, tragedii i zbrodni. Dlatego próba jej naprawy jest niemożliwa, bo trudno naprawić coś co z natury rzeczy jest skierowane na inne cele. W tym sensie krk nie jest instytucją, którą można naprawić. Jedyny sposób jej zmiany to głosowanie wiernych nogami. Kiedy straci wyznawców, a zatem i władzę, to albo wróci do korzeni religii, albo zajmie się czym innym a ludziom pozostawi poszukiwanie odpowiedniej dla nich mitologii.
Problem z krk jest taki że rzeczywiście odbiegł od nauczania swojego założyciela z Nazaretu. W to miejsce wmówił ludziom klerykalizm. Pius IX napisał encyklikę w której między innymi potępił rozdział kościoła od państwa i nie był w tym poglądzie odosobniony. A założyciel Jezus z Nazaretu do przedstawiciela cesarza powiedział że jego królestwo nie jest stąd a w innym miejscu by co cesarskie oddać cesarzowi. Jak zatem krk mógł się sprzeciwiać rozdziałowi kościoła od państwa? Oczywiście że mógł bo ludzka słabość, uwikłanie itd ale żeby to podnosić do rangi encykliki? To dobrze ilustruje jak bardzo ludzie kościoła mieli świadomość poziomu klerykalizmu że w zasadzie wszyscy będą udawać że nie dostrzegają sprzeczności. Jednak nie ma tak łatwo bo to nie tylko wręcz odchodzenie od nauk założyciela w różnych czasach ale też nadgorliwość w innych. Przykładem jest celibat którego Jezus nie wymagał od apostołów skazując tym samym wielu kleryków na długie okresy samotności. Dziś krk ten fundamentalizm nazywa tradycją. Tak więc są dziedziny „odejścia” i nadgorliwości, dlaczego to robią? Bo mogą, bo nie ma wypracowanej tzw kontroli społecznej bo krk to monarchia absolutna a wierni nie są braćmi i siostrami tylko poddanymi
W pierwszym odruchu przyznałem Sławkowi rację i obiecałem, że przy najbliższej okazji skorzystamy z podpowiedzi i włączymy Campbella to naszej nowej książki. Zastrzeżenia Magdaleny Ostrowskiej uświadomiły mi, że jednak demitologizacja, której on dokonał to tylko część roboty dekonstruującej chrześcijańskie mity. O wiele ważniejsza jest solidna robota egzegetyczna chrześcijańskich filologów, poczynając od Rudolfa Bultmanna, ale nie tylko. Książki takich egzegetów jak katolik Raymond Brown, czy ateista, były protestant Ehrman Bart stanowił znakomite dopełnienie analizy monomitu. Również książki Gezy Vermesa o Jezusie-Zydzie są bezcenne. Tak więc nie można się skupiać tylko na jednym autorze, ważne jest to, co Niemcy nazywają Wirkungsgeschichte, czyli oddziaływanie nie tylko mitów, ale i ich kolejnych, czasem wzajemnie sie wykluczających, interpretacji, dostosowań do zmieniających się okoliczności. Na pewno w jednym Campbell miał rację, chrześcijaństwo jest religią eklektyczną i szalenie elastyczną, m.in. temu zawdzięcza swój niekwestionowany sukces i raczej nie zapowiada się na jego szybkie zniknięcie, a raczej głębokie przekształcenia. To się zresztą dzieje na naszych oczach, o czym wspomninamy w części drugiej „Gomory”.
Zgadzam się, że „…chrześcijaństwo jest religią eklektyczną i szalenie elastyczną, m.in. temu zawdzięcza swój niekwestionowany sukces i raczej nie zapowiada się na jego szybkie zniknięcie, a raczej głębokie przekształcenia.”
NIe zakładam szybkiego zniknięcia chrześcijaństwa – raczej spodziewam się, że w jakiejś perspektywie stanie się systemem religijnym mniejszościowym w wielu krajach i obszarach na których dzisiaj jest religią dominującą. Już sam ten proces powinien bardzo poprawić jakość samego kościoła instytucjonalnego.
Panie Koraszeweski, szanowni czytelnicy, myślę że ten cytat jest kluczowy: „Dla mnie ta refleksja autorów jest szczególnie zastanawiająca, bo wielokrotnie spotykałem w moim życiu pięknie wierzących, którzy mimo ogromnej wiedzy o mrocznych kartach historii Kościoła trzymali się iluzji, że dobre strony przeważają, a zło da się jakoś naprawić.”. Otóż głęboka wiara katolicka nie opiera się wcale na poczuciu wspólnotowości, kulturotwórczych cechach religii i tym podobnych pragmatycznych dodatkach. „Głęboka wiara” opiera się na przyjęciu i uznaniu za prawdziwe pewnych prawd wiary w tym realności katolickich sakramentów. Wcale, zupełnie wcale nie jest konieczne w takim wypadku, żeby dobre strony przeważały. W myśl przyjętej doktryny wystarczy, że na całym globie jest tylko jeden wierzący kapłan godnie sprawujący eucharystię by KK trwał. Praktyka moralnego prowadzenia się kleru w swojej masie nie ma tu żadnego, zupełnie żadnego znaczenia. Zresztą głęboko wierzący to na ogół antyklerykałowie sceptyczni wobec kleru i ogółem całej hierarchii (z tym, że krytyka spływa raczej z „prawa” jak z „lewa”).