28.04.2022

Popularny w społeczeństwie (chyba nie tylko naszym) obraz tzw. służb specjalnych ma – jak moneta – awers i rewers. Z jednej strony to niespecjalnie lubiany zespół „psów”, broniących państwa, ludzi niekoniecznie sympatycznych w działaniu. Z drugiej – fascynujący kolektyw Jamesów Bondów, po bohatersku ratujących świat przed Złem i przeżywających przy tym wspaniałe przygody…
W Polsce do tego czarnego obrazu dopisuje się jeszcze fakt, że niegdyś była to służba „totalitarnemu państwu”: w mniemaniu dziś rządzących w całości bezbożna, znieprawiona i okrutna. Którą zwycięska ekipa sił demokracji przykładnie ukarała, odbierając prawa emerytalne każdemu, kto przesłużył w niej choćby godzinę, nawet jako kancelista czy stróż.
Jak chyba każdy popularny obraz – i ten nie jest prawdziwy.
Właśnie ukazał się drugi tom trylogii „Tajne blizny. Kobiety w służbach specjalnych” naszej (od niedawna) autorki, Anety Wybieralskiej: Genesis. Cała trylogia to poddane pewnej lekkiej fabularyzacji wspomnienia autentycznej długoletniej pracownicy owych służb, emerytowanego oficera polskiego (nowego) kontrwywiadu. Nie ma w nich opisu żadnej sytuacji, która się nie wydarzyła. Co nie znaczy, że wszystko, w czym autorka uczestniczyła, zostało opisane; jeśli ktoś liczy na ujawnienie jakichś służbowych tajemnic i sensacyjno-polityczne smaczki – zawiedzie się. W tej robocie tajemnica służbowa obowiązuje nawet emerytów; i ku zdziwieniu wielu – jest przestrzegana. Taki etos…
Fikcyjna-niefikcyjna bohaterka trylogii jest z wykształcenia prawniczką. Biegle zna niemiecki, co dla jej pracy jest bardzo ważne. Nie ma ochoty zostać po ukończeniu studiów adwokatką, sędzią ani prokuratorem. Wybiera – może właśnie lekko zafascynowana rzekomą „romantyką” –„służby”. Ma – jak się okazuje – pecha i wybór nie jest szczęśliwy: mamy rok 1984. To data w najwyższym stopniu w tym kontekście politycznie niefortunna.

Ale nie tylko z tego powodu Agnieszka – tak ma na imię bohaterka – robi błąd. Ów „romantyzm” służby okazuje się rychło absolutną fikcją. Agnieszka trafia do normalnego biurokratycznego młyna; dziś nazwalibyśmy panujące w nim stosunki zapewne „specyfiką korporacji”. Bzdurne reguły i regułki, nadęta hierarchia podległości służbowych – a do tego mobbing i panujący szczególnie silny wówczas (zwłaszcza w formacjach mundurowych) mizoginizm. W tym młynie młoda urodziwa i ponadprzeciętnie wykształcona kobieta nie ma prawa czuć się dobrze. Jest zagrożeniem nie tylko dla źle wykształconych „dziadersów” z określoną kombatancką przeszłością, ale także dla mniej atrakcyjnych koleżanek. Jak również dla młodych kolegów, którzy przecież z racji samej tylko męskości „wiedzą lepiej”. A że pracują gorzej – to tym gorzej dla bohaterki.
Prawdę mówiąc – nie rozumiem, dlaczego Agnieszka wytrzymuje w tym maglu dłużej niż rok, w dodatku wykonując dość nudną pracę tłumaczenia z kiepskich nasłuchów nagranych rozmów… Ale pewno są miejsca, z których wychodzi się jeszcze trudniej, niż tam wchodzi.
Agnieszka (jak i autorka) z łatwością – choć nie bez emocji – przechodzi proces potransformacyjnej weryfikacji. Nikomu nie wyrywała paznokci, nie śledziła opozycji, nie walczyła z Kościołem. Próbuje znaleźć swoje miejsce wśród „nowych”. I okazuje się, że ci „nowi”… są w znacznej mierze niezmiernie podobni do „starych”. Taki sam mizoginizm, takie samo upajanie się władzą – a na dodatek demonstrowane bez umiaru poczucie rzekomej „wyższości moralnej”. Zaprawione czystym amatorstwem.
Czy można się dziwić, że Agnieszka nadal czuje się fatalnie? Czy można się dziwić, że dziś – po latach pełnej zaangażowania pracy – czuje się przez swoje państwo oszukana i potraktowana „z buta”?
Warto poczytać o losach Agnieszki.
Po latach odkrywa w sobie talent literacki i zaczyna pisać książki.
A nie, to nie ona: to autorka trylogii, Aneta Wybieralska. Warto ją czytać, bo pisze prawdę. A że ołówek i arkusz papieru okazują się bardziej prawdziwe od pistoletu i pościgów samochodowych… To pouczające. I kształcące.
I dwa słowa prywatnie. Zachęcony do sięgnięcia po książkę Anety przez Facebooka nie tylko to zrobiłem, ale nawiązałem kontakt z autorką. Okazała się osobą nad wyraz inteligentną, pełną uroku, temperamentu, poczucia humoru i – dość niespodziewanej w jej sytuacji – radości życia. Zyskałem fajną – jak to się teraz mówi – kumpelę. Bardzo się cieszę, że dała się namówić na pisanie w „Studiu Opinii”. A pisze – jak Czytelnicy mogą się przekonać – coraz lepiej i ciekawiej. Polecam jej mądre, choć często z uzasadnieniem gorzkie teksty.

Bogdan Miś
Urodzony w roku 1936. Matematyk, dziennikarz. Członek Towarzystwa Dziennikarskiego,
Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Polskiego Towarzystwa Informatycznego.
