21.05.2022
1.
Upokorzyć, czy nie upokarzać?
To główny temat debat w zagranicznych telewizjach.

Jeśli chodzi o Włochy, gdzie co wieczór trwa w tej sprawie debata praktycznie na każdym ogólnokrajowym kanale telewizyjnym, to od dawna odarty ze złudzeń D.O. musi wyznać, że tak wielu sympatyków Kremla, tak wielu zwykłych rosyjskich agentów wśród dziennikarzy, się nie spodziewał.
A przecież…
Włoska partia komunistyczna, nie mogąc uczciwie wygrać wyborów z braku poparcia, całą swoją siłę skierowała na trzy fronty:
- Kultury – ludzie nie związani z WłPK nie mieli czego w tym świecie szukać, a ci, którym się chałupniczo udało przebić byli gnojeni przez działaczy z drugiego frontu:
- Propagandy – dziennikarze mieli mieć w kieszeni legitymację WłPK, wykonywać polecenia partyjne, atakować wskazane osoby, albo zmienić zawód. Tu sprawa jest złożona, bo ten monopol prysnął jakieś dwie dekady temu, za sprawą Berlusconiego, który na początku swojej działalności medialnej też miał w redakcja wyłącznie komunistów. Ale odkąd pojawili się dziennikarze i media niekomunistyczni poziom profesjonalny, poziom debaty publicznej stoczył się poniżej knajpianego a nawet i knajackiego, jak to w Polsce bywa. Więc, paradoksalnie, D.O. trochę tęskni do czasów, kiedy pisywali niemal wyłącznie komuniści…
- Wymiaru sprawiedliwości. 96% prokuratorów i sędziów włoskich na przełomie tysiącleci miało w kieszeni legitymację partyjną. Zgadniecie, jakiej partii?
Teraz nastąpiło coś, co dla D.O. nie powinno być zaskoczeniem, ale że głupi, to jednak było: równie gorliwie, ramię w ramię, argument w argument, Kremla bronią dziennikarze jednoznacznie komunistyczni i dziennikarze faszyzujący.
2.
Kiedy Biden powiedział, że taki potwór, jak Putin nie zasługuje na to, by stać na czele Rosji, otworzyły się niebiosa. „Nie wolno go upokarzać”! – krzyczeli solidarnie europejscy politycy i dziennikarze.
Kilka dni temu Wołodymyr Zełenski wyznał, że Emmanuel Macron przez godzinę go namawiał, by dał Putinowi możliwość wyjścia z tego konfliktu „z twarzą”.
D.O. musi wyznać, że czytając to zaklął bardzo, bardzo szpetnie.
Kiedy się wsłuchać w debaty w mediach zachodnich, to okazuje się, że poza Włochami i Francją jest całkiem sporo polityków i publicystów, wyrażających opinię, że wręcz przeciwnie, Putinowi należy spuścić historyczne manto, pozbawić go twarzy, autorytetu i społecznego poparcia.
I pal sześć Putina, chodzi o każdego Iwana Iwanowicza Iwanowa, chodzi o przeciętnego Rosjanina.
„Gdyby Niemcy nie poniosły katastrofalnej porażki, gdyby Hitler nie skończył w poniżeniu, być może denazyfikacja Niemiec przebiegałaby znacznie dłużej lub nawet zupełnie się nie powiodła” – mówią mądrzy ludzie.
Katharsis. Narodom oszołomionym ideologiami czy religiami potrzebny jest katharsis; bez niego się z amoku nie ocucą, nie ozdrowieją.
Trwa więc w Europie dość ważna debata, dotycząca kwestii zasadniczych. Debata, która wymaga inteligencji, odwagi, politycznej i dyplomatycznej sprawności, dalekowzroczności.
Problem w tym, że jest to głównie debata na odległość. W jednym kraju zdecydowanie przeważa opinia „nie poniżać, dać Putinowi wyjść z twarzą”, w innym – „nie: pokonać go, poniżyć, zapoczątkować w ten sposób proces demokratyzacji Rosji”.
D.O. ma skrzywienie śródziemnomorskie, więc słyszy głównie argumenty pierwszej grupy.
A jak to jest u Was, Drodzy Czytelnicy Drugiego Obiegu z krajów europejskiej Północy i Środka? Która opinia u was przeważa?
I wy sami, którą wizję uznajecie za wam bliższą?
3.
No, ale ogląd debaty byłby niekompletny bez uwzględnienia trzeciego stanowiska, które dałoby się określić słowami: „przestańcie gwajdlić i kierdasić, o tym, jaki będzie los wojny, jaki będzie los Putina i jak będzie wyglądała Rosja za życia naszych dzieci i wnuków; nie będziecie o tym decydować wy, tylko zadecydują Ukraińcy”.
Coś takiego parę dni temu powiedział kanclerz Olaf Scholz.
A ponieważ nieczęsto zdarzało mu się dotąd mówić coś mądrego, więc jego opinia została odnotowana przez poważniejsze media europejskie.
Znaczy: jak lubicie o tym i owym pogadać, to – cierpliwości – gadajcie. Poczujcie się ważni.
Byle byście tylko słali do Ukrainy broń i amunicję.
I czekajcie na to, co zdecydują bohaterowie.
4.
Bohaterowie są bohaterami, ale nie są święci. D.O. trochę drażni ta hurtowa hurraidealizacja naszych wschodnich sąsiadów. Ale siedzi cicho, bo to nie czas na polemiki, na „och i ach”, na „ale”.
Buzia w kubeł i pomagać, jak tylko można.
Są hierarchie wartości i są osie czasu. Na osi czasu jest tylko jedno słowo: „pomagać”.
5.
Ale jest także i drugi główny nurt debaty publicznej, dotyczącej Rosji i Ukrainy.
Prymitywnie da się to wyrazić tak:
- „Ameryka i nieliczne jastrzębie europejskie są przekonane, że wojna powinna się toczyć aż do zwycięstwa nad Rosją, do jej maksymalnego osłabienia, bo tylko wtedy można mieć nadzieję na zmianę imperialistycznej mentalności Rosjan”.
- „Zdecydowana większość Europejczyków jest za tym, żeby wojna skończyła się jak najszybciej, choćby zgniłym kompromisem, by ludzie przestali umierać, by w gabinetach europejskich ministrów zapanował spokój i by można się było skupić na tłumieniu wewnętrznego niezadowolenia społecznego, zagrażającemu rozwojowi i demokracji”.
Innymi słowy Ameryka jest za wojną proxy z Rosją, Europa chce powrotu do status quo ante.
I kolejne, do ciebie, Czytelniku, pytanie: w Twoim kraju, która opcja przeważa?
I ty, co ty sam na ten temat sądzisz?
6.
Gdybyś nie miał wyrobionego zdania, to spróbuj przeczytać najnowszy artykuł Anne Applebaum z The Atlantic”, przetłumaczony i opublikowany w „Wyborczej” (https://wyborcza.pl/…/7,124059,28474946,anne-applebaum…).
Zresztą, czytaj wszystko, co ona napisze, bo warto.
7.
D.O. w tym tekście i w wielu poprzednich, użył zwrotu „poważne media”.
Jest ich coraz mniej, choć jednak nadal sporo.
D.O. gorąco namawia, by informacje i wiedzę czerpać wyłącznie z nich, czerpanie z innych, których jest stukrotnie więcej niże poważnych, to droga do nieszczęścia, być może do apokalipsy.
Co D.O. ma na myśli?
Chociażby to: masz, Czytelniku Windows 11?
No to kliknij prawy dolny róg, a potem przewijaj.
Będzie to zajęcie przypominające pływanie w szambie, ale taka jest średnia krajowa, na tym się dzisiaj w mediach zarabia.
Poważne media są trochę jak obrońcy Azowstalu; na szańcu, bez wielkich nadziei.
Jak możecie, to wspomagajcie, czytając, wykupując dostępy.
Nieczystości będą za frico.
8.
Imperium kontratakuje.
D.O. stoczył nierówną walkę z systemem i przegrał.

Najpierw fotopułapka zrobiła mu zdjęcie, jak przekraczał prędkość. Należy mu się kara, bez dwóch słów. W jasny, sobotni poranek, D.O. zaczął przyspieszać jakieś 50 metrów od znaku, oznajmiającego w polu koniec terenu zabudowanego i doszedł do 68 km/h. Radar, umieszczony tuż przed znakiem błysnął i już.
D.O. nie ma doświadczenia z mandatami, bo nigdy ich nie dostaje. Maniacko przestrzega przepisów. Nie z obawy przed mandatem, ale z poczucia elementarnej powagi. Praw należy przestrzegać, nawet jeśli kiszki ci skię ze złości skręcają, kiedy widzisz znak „teren zabudowany”, rozglądać się – szczere pole, a parę budyneczków dopiero pojawia się na horyzoncie. No i w takich miejscach zawsze stoi policja. Trudno: dura lex, sed lex.
No i w konsekwencji wykroczenia, do D.O. w kopercie przyszedł obszerny fragment puszczy amazońskiej, kompletnie niezrozumiały. Z tego, rozpisanego na czterech stronach A-4 biurokratyczne bełkotu D.O. zrozumiał, że musi wyznać, kto kierował pojazdem w momencie przekroczenia przepisów. I do tego celu Główny Inspektorat Transportu Drogowego i Czegoś Tam Jeszcze potrzebował, mojego peselu, miejsca zamieszkania, nazwiska babek po kądzieli, telefonów, numeru dowodu osobistego i innych posiadanych przezeń legitymacji, grypy krwi, zaświadczenia o szczepieniach i jeszcze wielu, wielu innych danych.
W/w. dane D.O. powinien był wypełnić DRUKOWANYMI literami, niebieskim tuszem (?), wpisując każdą literę w osobnej kratce.
D.O. uznał, że jest to pogwałcenie jego prywatności, RODO i zdrowego rozsądku, zważywszy, że wszystkie te dane Hauptinspektorat już posiada, i na dodatek one są wszystkie w otrzymanej korespondencji wymienione.
Więc D.O. napisał, że to on prowadził pojazd i dopuścił się wykroczenia i że jest gotów ponieść konsekwencje.
Jednocześnie wysłał do Hauptinspektorat’u maila z pytaniem, czy może przyjść gdzieś z pieniędzmi w zębach i mandat zapłacić.
Okazało się po kilku dniach, że mógł.
Więc poszedł.
Ale komputer w Hauptinspektorat’cie nie działał więc zapłacić strafu nie udało mu się.
D.O. z niepokojem czeka na dalszy rozwój wydarzeń: zajęcie konta bankowego? Pręgież przed najbliższym kościołem? Utrata prawa jazdy? Ciupa?
System wygrał, D.O. został polany smołą i wytarzany w pierzu.
9.
Kolejną porażkę zaliczył w walce z systemem korporacyjnym.
Przez lata miał telefon służbowy, zawsze w Orange’u, potem, by zachować numer MUSIAŁ podpisać niekorzystny kontrakt na abonament. Drogi, ale w sumie działało.
Ponieważ emerytura mizerna, D.O. postanowił zaoszczędzić i kiedy skończyła się umowa abonamentowa, podpisał kontrakt nowy, „na kartę”. Niewiele taniej, ale zawsze.
Z tym, że wszystko zaczęło się sypać. Telefony za granicę – a figę. SMS-y poza Orange – figę. SMS promocyjne – ojojoj! Próby pishingu (odłączymy ci prąd – kliknij w link; masz nową wiadomość ze swego banku – kliknij w link, itp.) – po kilka dziennie.
No więc zamiast czytać i pisać, chodził D.O. do sklepu Orange, wystawał w kolejkach, składał reklamacje. Pierwsza reakcja taka sama: „ale u nas w komputerze wszystko jest w porządku”. No cudnie. To spróbujcie wysłać SMS-a poza Orange. „O, rzeczywiście, coś jest nie tak”. I było dzwonienie do lepszych specjalistów, do techników. I irytacja sprzedawców ze sklepu była taka sama, jak irytacja D.O. „Nie mów mi, że w komputerze jest wszystko w porządku, bo sam próbowałem wysłać sms-a i nie działa”. „To napisz reklamację”.

I sprzedawca pisał.
I tu ciekawostka: Orange, firma telekomunikacyjna, nie może do klienta zadzwonić, nie może wysłać maila. Musi wysłać list na papierze.
No i dostał D.O. taki list, w którym doradca ds. Klienta, pani Ewa T. niegrzecznie pisze, że D.O. jest idiotą, bo jej się w komputerze wszystko zgadza.
I poszedł D.O. jeszcze raz do sklepu Orange, wystał się w kolejce, by spytać, czy ma jakieś szanse w tej nierównej walce.
„Pan ma 25 groszy na koncie” – mówi pani sprzedawczyni Orange.
„Jak to 25 groszy, przecież mój bank wysyła wam kolejne 30 zł. na każde żądanie?! O, to jest SMS z potwierdzeniem, obok drugi SMS, że dodatkowo zasilacie moje konto jakąś tam kwotą, ja tych pieniędzy nie wykorzystuję, bo mój telefon ma czkawkę i działa albo nie działa”.
„Te 30 złotych, proszę pana, to nie jest na telefony czy SMS-y. To jest za prawo do nielimitowanych rozmów do abonentów w kraju. SMS-y czy telefony zagraniczne są płatne ekstra, a pan nie ma pieniędzy na koncie.
No i zapłakał D.O. poddał się.
Poprosił o anulowanie poprzedniej umowy na kartę i podpisał nową umowę, na abonament. Będzie znacznie drożej, będzie na dwa lata i nie ma zmiłuj się, za zerwanie kontraktu przed terminem będą drakońskie kary, do tego dochodzi 50 zł opłaty inicjacyjnej (?), ale podobno będzie można dzwonić i SMS-ować do wszystkich w Polsce i w UE.
Czy będzie można – to się dopiero okaże.
D.O. miał dostać, w ciągu pół godziny od podpisania, maila i SMS-a, że abonament już działa, a do tego pierwszą fakturę, bo wiadomo – płacisz, kliencie, z góry, za usługi, które być może nie zostaną ci dostarczone. Ale minęło 12 godzin i nic nie dostał.
Na pytanie, czy to wszystko jest legalne? – znawcy odpowiadają, że najzupełniej.
I państwo i koncerny mają prawo cię dmuchać jak im się podoba, a ty, obywatelu w potrzebie, masz przyjmować bez protestów odpowiednią, wskazaną ci pozycję.

Jacek Pałasiński
„Drugi obieg” jest publikowany przez Autora na Facebooku. „Studio” udostępnia te teksty Czytelnikom – niekiedy z niewielkimi skrótami w stosunku do oryginału.
