08.09.2022
Pomagacze

Po przeczytaniu świetnego artykułu Aneta Wybieralska: Myśliciele – Studio Opinii, nie mogłem opędzić się od wspomnienia serialu „Ranczo”, a szczególnie odcinka, kiedy to Kusy, malarz kulawy na urodzie, lecz nie na pomyślunku, daje się leczyć z depresji przez jakby sympatyczną córkę Wójta.
Kusy, artysta klasy ponadprzeciętnej, wielokrotnie przeżywał twórcze katusze. Rzec można, iż był notorycznym bywalcem przygnębień ze zmorami w roli głównej. Można też zaznaczyć, że byle psychologiczna amatorszczyzna za cholerę nie poprawiała mu samopoczucia. Natomiast wójtówna dodawała mu otuchy wedle swoich umiejętności. A że umiała po łebkach, jej próby pocieszania ulatywały w próżnię.
Z czego nauka wypływa taka, że same dobre chęci niesienia pomocy, to za mało, albowiem nawet terapeuta obdarzony szczerozłotym sercem, powinien być mądrzejszy od własnych butów; człek spieszący z pomocą winien mieć rozeznanie w temacie psychiczny dół. I między innymi o tym jest artykuł Pani Anety.
Troska o bliźniego
Poszły konie po betonie i staliśmy się bogatsi w rozmaite ideologie i gendery. Długi czas będziemy odrabiać poczynione straty we wszystkich dziedzinach władzy; od siedmiu lat namnożyło się nam sformułowań o charakterze wstrętnym.

O definicjach i diagnozach zjawisk mówimy poważnie, jeżeli są zgodne z naszymi nastawieniami. Gdy potwierdzają żywione przemyślenia. Lekceważmy je, kpimy z nich spychając je do poziomu swojej ignorancji, kiedy są z nimi sprzeczne. Powstają wówczas krotochwilne potworki w rodzaju sprawni inaczej. W tym przypadku sprawny inaczej oznacza inwalidę DODATNIO NIETYPOWEGO: zdeformowanego w sposób pozytywny. Termin ten nikogo nie dotyczy i niczego nie wyjaśnia, ponieważ ludzi takich nie ma: został odkuty z nicości przez językowego fajansiarza, który chciał jak najlepiej, lecz po drodze zbłaźnił się brakiem logiki.

Niezależnie od intelektualnej i hecnej próżni zawartej w owej definicji, problem nieobraźliwego, a jednocześnie precyzyjnego nazywania kalectwa jest ogromny, bardzo niewygodny i trefny; nieważne, jak nazwie się inwalidę, pełnosprawnym umownym, abstrakcyjnym przystojniakiem, współczesnym trędowatym kuśtykającym z kołatką lub niewidzialnym na niby: zjawiska tego nie uchodzi traktować w kabaretowym stylu.

Powiedzmy bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to też człowiek, a żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, że oddycha się powietrzem, a nie dwutlenkiem węgla; że granat, to nie wykałaczka.
Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane z uwagą i na serio. Lubi dowiedzieć się nie o tym, że cierpi i jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez szturchania, ale zamiast buńczucznych i wodewilowych uniesień o pomocy, którą się dla niego przewiduje za sto lat, chciałby otrzymać ją dzisiaj, chciałby pójść do czytelni, teatru, na koncert; już, teraz, natychmiast: pójść bez odświętnej okazji swojego Dnia Solidarności z Cudakiem.
Ma dosyć traktowania go niczym zapowietrzonego raroga, sprawiającego sobą NIEESTETYCZNY WIDOK, jak wyrażają się wrażliwi na opak. Pragnie pojawić się tam, gdzie chce się znaleźć, a nie tam, gdzie mu ZORGANIZOWANO jubel i zawleczono go na głupawą radochę; chce przybyć gdziekolwiek, bez obawy, że zostanie grzecznie wykopany i odwieziony do domu.
Nie domaga się zdawkowej litości, tylko jednakowych dostępów do życia w myśl dewizy: razem ze zdrowymi, a nie na ich plecach.
Uważa, że nikt nie powinien być sam, bezradny, zdany na własne, siły. Żaden chory człowiek nie może być skazany na syzyfową walkę z biurokratycznymi wiatrakami.

By zmienić obiegowe i krzywdzące zdanie na temat inwalidy, wystarczy go poznać. Spojrzeć na niego bez rezerwy, bojaźni, strachu. Dostrzec w nim nie tylko opakowanie i protezowe kłopoty, ale zapatrywania i ambicje. Jego zainteresowanie prawdziwym istnieniem, bogactwem i nieprzerwaną zmiennością form.
Wtedy można go zrozumieć. Przekonać się, że od zdrowych różni się tylko etykietką.
Złota wagina
Polowania na czarownice, indeksy, cenzury lub imprimatury znane już były wtedy, gdy nasz osobliwy wódz kłusował pomiędzy plemnikami. Już wówczas, gdy w modzie było używanie stosów, szubienic i autodafe. Gdy nie istniało pojęcie wolności słowa i, nie daj Boże, wyznania.
Obrońcy z ideologicznymi widłami powstali później, w czasach, gdy ludziom zachciało się oddychać pełną piersią i kiedy zaczęto mniej ospale buntować się w sprawie kagańca.

Już za poprzednich rządów kurdupla, po wsiach i miastach snuli się dozorcy moralności w kieckach; co, wedle rozeznania tychże, było odstępstwem od kościelnych przywidzeń, lądowało w kotle dla niegrzecznych wampirów.
Gromady kołtunów wywijały jadaczkami pomstując na porno. W odwecie, zwolennicy wolności słowa przystąpili do ataku. Tworząc kiczowate arcydzieła pod płaszczykiem sztuki, gębowali, że piszą, rzeźbią, czy pacykują obsceniczne kawałki z pobudek jakże szlachetnych, że w trosce i w imieniu entuzjastów nieskrępowanej sztuki, stawiają pomniki pozłacanych wagin: Mokrym Paniom będących odpowiedzią na symbole Matek Polek.
Otóż ponieważ aliści trudno stwierdzić, kto jest, a kto nie jest artystą, byle szmondak chełpi się nim być. I, co gorsza, ma rację, gdyż nie ma instrumentów jednoznacznie określających, co jest, a co już nie jest sztuką; kryteria są płynne, a przekraczanie jej granic należy do twórcy.
Wątek niezbędności poszukiwań można by ciągnąć do usranej śmierci, ale chyba warto byłoby spytać się swojego wewnętrznego głosu, czy niektóre poszukiwania otwierają cokolwiek? Inspirują kogokolwiek, prócz autora?
Pomnik złotej waginy stanął w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Po co? (wyborcza.pl)
Demograficzna absurdałka
Jak doniosły statystyki, wszystkie miasta, wsie i wysypiska na jednym z możliwych wszechświatów okazały się nadmiernie zagracone zbędnym narodem. Kreatury przeznaczone na odstrzał, zasiedziałe w życiu, będące w wieku przeterminowanym, z niezgłębionych przyczyn zwlekały ze śmiercią i czepiały się życia. Bluźnierczo żartowały z apeli o zachowanie przyzwoitości i punktualne schodzenie z areny.
Na próżno fachowcy od perswazji namawiali je na posługiwanie się subtelnością. Na darmo specjalne Szwadrony do Walki z Przeludnieniem pchały się do nich ze swoimi żałosnymi brakami tlenu, wody i żarcia. Bezcelowe były próby przekonywania ich, żeby choć ze względów ekologicznych, zmiłowali się nad resztą świata, i nie marudzili z odejściem; nawet Brygadom Humanitarnych Obrzydzaczy Istnienia nie udawało się przekonywanie opornych.
Paskudna bezwyjściowość wkradła się w zdezorientowane szeregi naprawiaczy zgliszcz, toteż zgodnie z tendencją do nadawania nazw, powołano wyspecjalizowaną grupę kasacyjną i okrzyknięto ją Demograficznymi Fundamentalistami. Rzecznik tego zespołu oznajmił na początek, że zachodzi prędziutka konieczność zwołania konferencji. Ni miej, ni więcej oświadczył, żeby naukowcy, którzy mają koncesję na rozum i są obeznani w pieprzeniu trzy po trzy, wypowiedzieli jakieś mądre słowo ku pokrzepieniu serc. Po chwili dodał, że jeżeli nie potrafią z tym się uporać, to niech idą w diabły i bujają się na tułaczym kiju.
Jak postanowiono, tak zrobiono: z wielebną pieśnią na nawróconych wargach, zużyte kpy przechodziły na lepszą stronę niebytu. Lecz, by nie przewróciło się im w łepetach i nie zapomnieli, na czym polega bezbrzeżny smutek, z Siódmego Nieba leciały na nich nadpsute niepowodzenia.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
