23.10.2025
Śniadanie? Jajecznica na gazie, którego Putin jeszcze łaskawie nie zakręcił, chleb z pasztetem (przypominającym debatę Millera z Kraśką: tłusty, nie do końca zdatny do spożycia, ale z jakiegoś powodu ciągle w lodówce), a do tego gorący felieton, czyli porcja politycznego absurdu na czwartkowy poranek.
Bo przecież jeśli nie zjesz na śniadanie ironii, to zjedzą cię wiadomości.
TRUMP Z NAGRODĄ POKOJOWĄ? CZYLI KIEDY BÓBR CHCE ZOSTAĆ OGRODNIKIEM
Donald Trump, król mediów społecznościowych, który dotąd rozwiązywał konflikty jak dziecko układające kostkę Rubika – przez rzucenie jej o ścianę – postanowił nałożyć sankcje na Rosję. Na Rosnieft i Łukoil, czyli odpowiedniki rosyjskich płuc i portfela. Można by pomyśleć: wreszcie, Donaldzie! Ale my tu mamy lekką traumę po tym, jak jeszcze niedawno gratulowałeś Putinowi „silnego przywództwa”.
Wszystko pięknie, ale czy nie jest tak, że dopóki Rosja bije się z Ukrainą, Europa kupuje więcej amerykańskiej broni, a akcje firm zbrojeniowych w USA rosną szybciej niż ego Kaczyńskiego po każdej konwencji PiS? Trump grzmi publicznie, ale w zaciszu biura bije brawo. Polityka jak z „Mody na sukces”: dużo spojrzeń, mało treści, a trup (geopolityczny) zawsze świeży.
KIEDY PREZYDENT TAŃCZY Z PEJĄ, CZYLI OPERA NARODOWA DLA MAS
Karol Nawrocki, nasz ukochany prezydent – mężczyzna o twarzy spikera TVP i charyzmie szkolnego dyrektora od przemówień na rozpoczęcie roku – spotkał się z Peją. Tak, tym z blokowiska. Tym ze „Slums Attack”. Ten sam Peja, który jeszcze niedawno krzyczał na scenie o systemie, teraz grzecznie siedzi na salonach i dziękuje „za pouczającą rozmowę”.
To trochę jakby wprowadzić gangstera na bal u ambasadora i oczekiwać, że nie ukradnie zastawy. Ale cóż – nowa estetyka, nowa Rzeczpospolita.
W tym samym czasie w tym samym pałacu rozdawano nagrody dla pianistów chopinowskich. Chopin i Peja w jednym komunikacie – to się nazywa dysonans narodowy. Kultura wysoka z kulturą niską w tańcu godowym. A Nawrocki tańczy, bo nie wie, gdzie są drzwi.
MORALNI MENELE, CZYLI MICHAŁ WOŚ I JEGO WYSOKA KULTURA DEBATY
Michał Woś, znany też jako Baron Pegasusa, postanowił podnieść poziom debaty publicznej i nazwał Waldemara Żurka „moralnym menelem”. Gdyby tylko mógł, pewnie przybiłby to gwoździem do drzwi Ministerstwa Sprawiedliwości jak jakieś nowe tezy reformacji.
Woś to ciekawy przypadek: człowiek, który przy Pegasusie przekroczył tyle granic, że paszport może już sobie darować. Gdyby etyka była rachunkiem telefonicznym, to ten pan ma zaległość na 248 stron. A że argumenty mu się skończyły, zaczął pluć. Klasyka gatunku PiS: najpierw łamanie prawa, potem języka.
Żurek? Klasa. Cytat z kodeksu Boziewicza, riposta z lodem w żyłach i bez pozdrowień. Minister jak z serialu HBO, a nie z wiejskiego zebrania sołeckiego.
KRAŚKO VS MILLER: MORDERSTWO NA ŻYWO
W studiu TVN rozegrała się scena przypominająca „Columbo” w wersji politycznej. Piotr Kraśko, cierpliwy jak mnich i elegancki jak kieliszek białego wina, mierzy się z Leszkiem Millerem – człowiekiem, który z wiekiem zamiast mądrości, zyskał bezczelność w tabletkach.
Miller twierdzi, że nie rozpoznaje sabotażysty po narodowości, ale już rozpoznaje w Pawle Kowalu „eksponenta ukraińskich interesów”. Co to znaczy? Nic. Ale brzmi jak wyjęte z podręcznika KGB: „siej wątpliwości, wyglądaj na zatroskanego”.
A potem to już klasyka: „pochodzimy od innej małpy” – mówi Miller. I w tym momencie Darwin w trumnie zrobił fikołka.
GOSPODARCZY CUD? A MOŻE JUŻ OSTATNI?
Czy to cud, że PKB rośnie mimo wojny, mimo stagnacji Niemiec, mimo braku reform? Tak, cud. Taki sam jak ten, że Antoni Macierewicz nie zbudował jeszcze armii z kartonów i hologramów.
Ale ekonomiści wiedzą, co czai się za rogiem: rosnące koszty pracy, brak inwestycji, dziurawy budżet i energetyka przypominająca parowóz z 1903 roku. Polska pędzi, ale torów brak. I maszynista śpi.
W KATOWICACH ZLOT SMOKÓW. NIE MYLIĆ Z KONWENCJĄ PiS
Michał Woś, „prokurator” z misją, przemawia na imprezach PiS. Zapowiada czystkę wśród sędziów i – tak jak reszta jego kolegów z partii – robi to z uśmiechem człowieka, który myśli, że demokracja to gra w „Monopoly”, gdzie wygrywa się, jak się wszystkich wywali z planszy.
To nie będzie PiS z ludzką twarzą. To będzie PiS z twarzą z odlewu gipsowego, bez mimiki, ale z kijem baseballowym w dłoni.
ORBAN: OBROŃCA ROPOCIĄGÓW I DZIWNYCH PRZYJAŹNI
Viktor Orbán, polityczny Gandalf Europy Środkowej (tyle że bardziej orków prowadzi niż powstrzymuje), znowu zabrał głos. I jak zawsze, kiedy milczenie byłoby złotem, Orban postanowił rzucić w Polskę kawałkiem węgierskiej nostalgii.
Otóż premier Węgier oskarżył Polaków o próbę wysadzenia rurociągu Przyjaźń – czyli ostatniego symbolu relacji polsko-węgierskiej, który faktycznie jeszcze coś pompuje. Chociaż przyjaźń chyba już nie.
Według Orbána to „wojenna psychoza” i „zniszczenie tysiącletniej przyjaźni”. W tłumaczeniu z orbańskiego na polski: „Nie ruszajcie mojego kureczka z ropą, bo mi się rachunki nie zepną”.
Wtem Radosław Sikorski, niczym rycerz europejskiej przyzwoitości, napisał, że sabotowanie rurociągu Putina to raczej akt odwagi niż terroryzmu. No i się zaczęło: Węgry się oburzyły, Moskwa się skrzywiła, a Balazs Orban (szef gabinetu Orbana, który wygląda jakby powstał na bazie Photoshopa i frustracji) oznajmił, że to „najciemniejszy wymiar histerii wojennej”.
Cóż, jeśli Sikorski jest histerykiem, to Orban jest dramatycznym aktorem w trzeciorzędnym teatrze prowincjonalnym. Tyle że bilety na jego przedstawienie płaci cała Europa – gazem, ropą i cierpliwością.
I NA KONIEC… DONALD TUSK: CZŁOWIEK, KTÓRY WIE, CO ROBI
W tym całym bagnie błota, gróźb i kabaretowej polityki, jakimś cudem Donald Tusk dalej trzyma fason. Jedzie na Radę Europejską, rozmawia z Zełenskim, buduje sojusze, reformuje Koalicję. On jeden wygląda, jakby wiedział, w jakim sezonie serialu jesteśmy.
I choć Miller bredzi, Woś grozi, Orban płacze o rury, a Peja pije herbatkę z Nawrockim – to Żurek, Sikorski i Tusk wciąż robią robotę. Może nie medialną, nie jazgotliwą, nie z paskiem „moralny menel” w TV Republika – ale skuteczną.
SMACZNEGO, POLSKO. I NIE KRZTUSIĆ SIĘ IRONIĄ. JESZCZE BĘDZIE POTRZEBNA
Krzysztof Bielejewski

Spodobała mi się ta formuła miniaturowych felietoników, co jak rolka slajdów przewijają się przed oczami ujawniając zwięzłą treść. Smakowitym językiem, ironicznym – a jakże! – takim mi najbliższym i też najwłaściwszym satyrze wychwytującej wszechobecne nonsensy, paranoje i patologie.
Wydaje mi się, że niełatwo zakrztusić się ironią, no, może z powodu jakiegoś wyjątkowo trafnego sformułowania, a tych tu przecież była garść.
Panie WaszeR,
no i proszę – człowiek tu sobie coś kleci między jedną herbatą a drugą, a tu taki komentarz, że aż się ekran rozpromienił. Dziękuję za smakowite słowa – przeczytać, że moje felietoniki „jak rolka slajdów” przesuwają się przed oczami, to niemal jak usłyszeć, że własna proza nie boli w czytaniu. Cenna rzecz.
Ironia to wdzięczny instrument – byle nie zadąć w nią jak w róg bojowy. A skoro Pan twierdzi, że parę fraz miało potencjał zakrztuszenia (ale nie śmiertelnego), to czuję się usprawiedliwiony w swym ciągłym uprawianiu literackiego czepialstwa wobec świata.
Pozdrawiam serdecznie, z odrobiną sarkazmu (na wszelki wypadek – konserwuje jak sól),
Co prawda intelekt większości pisowskiej nie zrozumie ironi i sarkazmu ale takie felietony są potrzebne dla pocieszenia serc tej rozumnej części obywatelstwa ….
Ze wszystkim się zgadzam, krom zdania: „Kraśko, cierpliwy jak mnich i elegancki jak kieliszek białego wina”… Nie pozwolić b. premierowi (który wprowadził nas do Unii!) na choćby jedno pełne zdanie, nieustanny atakowanie go 'z pobudek moralnych’, wpadanie w słowo itd. Aż dziw, że Miller (który nie jest z mojej bajki) to wytrzymał i nie wyszedł ze studia. Ironia jest dobra, ale nie zawsze, nie wszędzie i nie dla ogółu… A Kraśko więcej by osiągnął informacyjnie, gdyby pozwolił gościowi odpowiadać na pytania, a nie przerywać; zwłaszcza, że to starszy człowiek, któremu coś się należy od rozmówcy …
Szanowny Panie,
doceniam troskę o maniery w telewizji – choć zakładam, że gdyby Piotr Kraśko podał Leszkowi Millerowi poduszkę i termos z rumiankiem, też by Pan uznał, że to za mało szacunku.
Rozumiem sentyment – był premier, starszy pan, Gandalf integracji europejskiej. Ale jeśli ten starszy pan wygłasza w godzinach największej oglądalności tezy brzmiące jak plagiaty z rosyjskich ulotek propagandowych, to przepraszam – ale nawet kieliszek białego wina ma prawo się skrzywić.
Czy Kraśko przerywał? Tak. Bo Miller nie udzielał odpowiedzi, tylko rozkładał narracyjne parasole ochronne nad każdą bzdurą, jaką zdołał przynieść do studia. Nie przypominam sobie, by premier w stanie spoczynku miał gwarancję wypowiadania dowolnych rzeczy bez cienia sprzeciwu. Ani w Konstytucji, ani nawet w Twoim Stylu.
Pan Kraśko nie atakował Millera z „pobudek moralnych”, tylko z pobudek faktograficznych. A to różnica mniej więcej jak między nutrią a bobrem.
Pozdrawiam z pełnym szacunkiem – do rzetelnej informacji, nie do politycznych reliktów, które stały się mimowolnymi kolporterami propagandy.
Kiedy felietonista (świeży!) dyskutuje (kilkakrotnie!) ze swymi komentatorami, przestaje być felietonistą, a staje się dyskutantem. Rezultat: nasz 'dziaderski’ portal przekształca się w towarzystwo wzajemnej adoracji zamiast być Studiem Opinii…
Może to również oznaczać coś innego – świat współczesnych mediów od dawna się zmieniał i zmienia nadal. W mediach tradycyjnych – prasa, radio, telewizja – przekaz miał charakter jednostronny. W mediach nowego typu – portale, blogi, podcasty, media społecznościowe, itp. przekaz jednostronny stopniowo zastępowany jest komunikacją obustronną – dialogiem. Dialog pozwala poznać opinie odbiorców, co bezpośrednio daje możliwość lepszego dopasowania przekazu do potrzeb i oczekiwań ludzi. Jak wszystko ma to dobre i złe strony – od motywacji po manipulacje.
Szanowny Panie z Klubu Świętej Martwoty Publicystyki,
Serdeczne dzięki za to, że ze wszystkich możliwych epitetów wybrał Pan dla mnie „świeży”. To bardzo miłe – szczególnie dla kogoś, kto dźwiga ósmy krzyżyk i nadal ma więcej zapału niż niejeden dwudziestoletni weteran Twittera. Nie każdy dożywa momentu, w którym jego nowość liczy się nie od PESEL-u, tylko od intelektualnej temperatury. Za to uznanie – ukłon z artretyzmem.
A teraz do rzeczy.
Jeśli Pańskim zdaniem felietonista przestaje być felietonistą, gdy odpowiada komentującym, to uprzejmie informuję, że myli Pan pojęcia, epoki i portale. Felieton nie jest kazaniem z ambony ani głosem z wieży z kości słoniowej, tylko formą literackiej publicystyki, która z założenia jest zaproszeniem do rozmowy. Ostrej, błyskotliwej, czasem ironicznej – ale rozmowy. Bez tej interakcji felietonista jest jak klaun w pustym cyrku: może się starać, może mieć talent, ale i tak pisze dla własnego odbicia w lustrze.
Pana troska, by „Studio Opinii” nie zmieniło się w „towarzystwo wzajemnej adoracji”, jest wzruszająca. Ale może zamiast walczyć z urojoną adoracją, warto byłoby się po prostu zaangażować w merytoryczną dyskusję, która nie kończy się na narzekaniu, że felietonista śmiał odezwać się do czytelnika. Gdyby Kapuściński żył, odpowiedziałby Panu uprzejmie, a potem napisał o tym reportaż. Ja na razie piszę komentarz.
Na koniec: piszę felietony po to, żeby stawiać pytania, prowokować myślenie, kąsać obłudę i rozśmieszać przytomnych. I jeśli ktoś zareaguje – to znaczy, że coś drgnęło. Że słowo przebiło się przez mur obojętności. Jeśli komentuję komentarze, to dlatego, że wciąż wierzę w rozmowę, choćby nie wiem jak dziaderska była sala.
Pozdrawiam serdecznie,
świeży do bólu
(dosłownie – dziś rano bolały mnie kolana)
Felietonista z krwi, kości i Internetu
Pan Krzysztof Bielejewski nieco ożywił senną a poważną atmosferę SO. Człowiek, który serwuje polityczny absurd z rzemieślniczą precyzją – jak pasztet w lodówce, trochę tłusty, ale zjadamy, bo szkoda wyrzucić. Felieton jak jajecznica: gorący, przypalony, ale z nutą prawdy, która nie daje zapomnieć, że gazu może Putin nie zakręcił, ale nerwów już brakuje.
Autor pisze z werwą kabaretu i złośliwością dziennikarza, który wie, że ironia to jedyny konserwant na polską politykę. Trump jako bóbr-ogrodnik ? Miller i Darwin w jednym zdaniu ? Peja z Nawrockim w narodowym dysonansie ? To wszystko działa jak punchline w niekończącej się stand-upie, który niestety nie jest fikcją.
W tym cyrku felietonista odnajduje Tuska, Żurka i Sikorskiego – tych, którzy robią robotę bez pasków w TV Republika. W teatrze absurdu ktoś musi pilnować scenografii.
Czasem ironia tak gęsta, że czytelnik może się zadławić jeszcze przed kawą. Ale w kraju, gdzie polityka przypomina odcinek „Mody na sukces”, chyba nie ma innego wyjścia.
Smacznego – dziękuję za śniadanie – kiedy się jeszcze troszkę przypali – wtedy najsmaczniejsze !
Panie Sławku,
co za uczta. Jak się czyta taki komentarz, to człowiek czuje się jak felietonista Michelin – niby smaży te polityczne resztki na szybko, ale tu nagle pojawia się recenzent, który pisze, że przypalił jajka z godnością i szczyptą Darwina.
Porównanie do pasztetu – celne i, przyznam, zaskakująco zgodne z moim poczuciem humoru (i trzustki). Tak, czasem coś tłustsze, czasem gorące jak patelnia po Soku z Buraka, ale wszystko zrobione w duchu kuchni fusion: trochę TVN, trochę TikTok, a trochę „Ojciec chrzestny” na Polsacie o 23:30.
Ironia jako konserwant? Cudowne. W takim razie moje felietony mają termin ważności jak kiszona kapusta – długo stoją i z czasem tylko bardziej pieką w oczy.
Bóbr-ogrodnik, Miller i Darwin… z tego można zrobić podręcznik do WOS-u, tylko nauczyciel by płakał. I dobrze. Bo jak pisać o powadze świata, który sam o siebie nie dba? No właśnie – ironia to nie styl, to instynkt samozachowawczy.
Dziękuję za ten komentarz – mistrzowski! Gdyby moje felietony miały garderobę, powiesiłbym go tam na honorowym wieszaku – obok mema z Kaczyńskim i kartki z cytatem z Leca.
Ukłony, Panie Sławku. I proszę uważać – kolejne śniadanie może zawierać alergen: prawdę.
Panie Krzysztofie,
skoro felietony mają mieć termin ważności jak kiszona kapusta, to Pana odpowiedź ma stopień fermentacji jak 20-letnia nalewka – gorzka, słodka i robi wrażenie już po dwóch akapitach.
„Felietonista Michelin” – czyli ja, zwykły żarłok z widelcem w ręku, który myślał, że komentuje, a tu nagle dostaję całą recenzję na recenzję, z metakuchennymi smaczkami i filozoficznym posmakiem. To jak pasztecik w pasztecie, tylko bardziej wysublimowany i z dodatkiem Stanisława Leca.
Zwłaszcza urzekło mnie to „kuchnia fusion: trochę TVN, trochę TikTok, a trochę Ojciec chrzestny na Polsacie o 23:30” – to dokładnie oddaje cały nasz narodowy gust. Bo gdzie indziej można znaleźć Chopina z Peją w tym samym menu?
Uwaga na kartkę „prawda jako alergen” – w naszym kraju to substancja kontrolowana, której nie wolno serwować bez ostrzeżenia i zgody Ministerstwa. Ja się już ukłoniłem, teraz czekam, aż mi fiskus wpadnie za komentarz o jajecznicy.
I proszę, niech Pan pisze dalej, bo jeśli ironia to instynkt samozachowawczy, to Pana felietony są jak kask ochronny na budowie demokracji. W kasku nieładnie, ale głowa cała.
Z wyrazami szacunku – i profilaktycznym zaopatrzeniem w Polopirynę na kolejne śniadanie.