23.02.2026
Siedzę w poczekalni. Kanada. Cisza jak w bibliotece przed sesją. Nikt nie krzyczy. Nikt nie biegnie z kopertą. Nikt nie dopytuje, czy „na NFZ czy prywatnie”.
Jestem ubezpieczony z tytułu pracy na Uniwersytecie w Toronto. Do tego kilka dodatkowych kanadyjskich polis. A ponieważ człowiek ma wdrukowany środkowoeuropejski lęk przed kolejką, to w Polsce płacę jeszcze abonament w Lux Med i Medicover. Bo szybciej. Bo wygodniej. Bo – jak nam się wydaje – pewniej.
Rano napisałem, że idę do Kliniki Urologii Onkologicznej. Rozpętała się fala wiadomości. Wzruszających. Poważnych. Pełnych troski.
Tak, mam złośliwego raka pęcherza. Były dwa zabiegi. Zmiany małe. Teraz wybór metody leczenia i kontrola. Procedury podobne jak w Polsce. Nikt tu nie kwestionował tego, co zrobiono w kraju. Ale żona powiedziała: „pokaż się też tutaj”. A żony – jak wiemy – mają rację nawet wtedy, gdy jej nie mają.
Na razie nie czuję się specjalnie chory. Czuję się raczej jak człowiek w przerwie między rozdziałami. Czekam na wyniki. Piję kawę. Piszę felieton.
I przy okazji porównuję dwa światy.
KANADA: PAŃSTWO PŁACI, TY CZEKAJESZ
Kanadyjski system ochrony zdrowia jest publiczny i powszechny. Finansowany z podatków. Zarządzany przez prowincje.
Nie ma rachunku przy wyjściu ze szpitala. Nie ma faktury za operację. Nie ma pytania o limit na karcie.
Jest karta zdrowia. Jest skierowanie. Jest lista oczekujących.
To model jednego publicznego płatnika. Prywatne ubezpieczenia istnieją, ale dotyczą głównie leków, stomatologii, rehabilitacji, rzeczy „pozamedycznych”. Rdzeń systemu jest państwowy.
Lekarz rodzinny jest bramą. Bez niego nie ma specjalisty. Bez skierowania – nie ma kolejnego kroku.
I to działa.
Działa, bo podstawowe rzeczy – nowotwór, zawał, operacja – są poza rynkiem. Nie negocjuje się ceny życia.
Ale są kolejki. Bywają długie. Na planowe zabiegi czeka się miesiącami. Na diagnostykę – tygodniami. System jest równy, ale nie jest szybki.
To trochę jak kanadyjska zima. Uczciwa dla wszystkich. Ale trzeba mieć cierpliwość.
POLSKA: PAŃSTWO PŁACI, ALE WOLISZ SAM
Polski system jest teoretycznie podobny – powszechny, finansowany ze składek.
Ale praktycznie żyjemy w hybrydzie.
Publiczny NFZ plus prywatne abonamenty. Państwowa kolejka plus prywatny skrót.
Dlatego płacę Lux Med i Medicover. Bo wygodniej. Bo szybciej. Bo mniej nerwów.
W Polsce masz wybór: czekać albo dopłacić. W Kanadzie wybór jest mniejszy – czekasz, ale bez rachunku.
Polski system jest bardziej dynamiczny, bardziej „kombinowany”. Kanadyjski jest bardziej egalitarny, bardziej chłodny.
W Polsce pacjent często czuje, że musi walczyć. W Kanadzie pacjent jest elementem procedury.
A W TYM CZASIE POLSKA SIĘ KŁÓCI
Przeglądam portale i widzę, że w kraju trwa wojna o sądy. Nie spór. Nie różnica zdań. Wojna pozycyjna. Okopy. Zasieki. Miny przeciwprawne. Artyleria medialna bije z obu stron, a ofiarą jak zwykle jest zdrowy rozsądek.
Prezydent Karol Nawrocki wetuje ustawę o KRS i składa własny projekt. Projekt, przy którym – jak się okazuje – maczał palce obrońca Ziobry z Ordo Iuris. Autor pliku zdradził się metryczką dokumentu. Technologia bywa bezlitosna. Word pamięta więcej niż polityk. W epoce cyfrowej nawet hipokryzja ma swój numer seryjny.
Pałac mówi: „normalna praktyka”. Oczywiście. Konsultacje z ekspertami to rzecz naturalna. Tylko że kiedy ekspertem od naprawy wymiaru sprawiedliwości zostaje prawnik znany z obrony tych, którzy ten wymiar sprawiedliwości rozmontowywali śrubokrętem ideologicznym, to trudno udawać, że to przypadek. To tak, jakby plan odbudowy mostu pisał ktoś, kto wcześniej z zapałem wysadzał filary.
Projekt przewiduje kary więzienia za kwestionowanie statusu tzw. neosędziów. Nawet do 10 lat.
Dziesięć lat za interpretację prawa. Dziesięć lat za wątpliwość. Dziesięć lat za myślenie niezgodne z linią partii.
To już nie jest reforma. To jest instrukcja obsługi strachu. Państwo mówi obywatelowi: „Możesz mieć poglądy. Byle nasze”. Prawo przestaje być przestrzenią sporu. Staje się dogmatem. A dogmat w rękach władzy bardzo szybko zamienia się w pałkę.
Państwo, które chce karać za interpretację prawa, przypomina lekarza, który grozi pacjentowi więzieniem za pytanie o diagnozę. „Nie podważaj wyników. Nie kwestionuj autorytetu. Przyjmij i milcz”.
Prezes Naczelnej Rady Adwokackiej mówi, że nie podpisałby się pod takim projektem. I to jest akurat jedna z tych wypowiedzi, które przywracają wiarę w elementarną przyzwoitość zawodu.
Równolegle w Sądzie Najwyższym trwają prawybory. Nowość ustrojowa. Kworum. Bojkot „starych” sędziów. Arytmetyka „nowych”. 84, 75, 32. Jeśli nie przyjdą jedni, wystarczą drudzy. Jeśli zabraknie autorytetu, wystarczy liczba.
Prawo staje się matematyką. A matematyka – polityką.
W tle słychać cichy trzask. Jeśli prezydent nie uzna nowej KRS, może blokować nominacje. Jeśli nominacji nie będzie, sądy staną. A gdy sądy stają, obywatel zostaje sam z problemem. Z kredytem. Z rozwodem. Z oskarżeniem.
A premier Donald Tusk mówi o europejskim odstraszaniu nuklearnym. O programie SAFE. O miliardach na obronność. I apeluje do prezydenta: „podpisuj”.
Jedni grożą więzieniem za interpretację prawa. Drudzy budują parasol nuklearny. W tle Ameryka. A w Ameryce Donald Trump pozywa własne państwo o setki milionów dolarów i negocjuje sam ze sobą wysokość odszkodowania. To już nawet nie jest groteska. To kabaret grany w ruinach instytucji.
Świat zaczyna przypominać oddział psychiatryczny z dostępem do broni atomowej. A my w tym czasie spieramy się o metryczkę w pliku Worda i o to, kto kogo może wsadzić do więzienia za zdanie odrębne.
A JA CZEKAM NA WYNIKI
W tej całej kakofonii siedzę w poczekalni.
Nie negocjuję z państwem. Nie pozywam rządu. Nie wetuję własnej diagnozy.
Czekam.
System kanadyjski daje mi spokój finansowy. Polski dał mi sprawność działania i szybkie zabiegi. Oba – w tym momencie – są mi potrzebne.
Żona nalegała, bym się zbadał tu. Miała rację. Procedury są podobne. Standardy też. Medycyna jest dziś bardziej globalna niż polityka.
A w domu czeka Larysa.
Larysa nie mówi do mnie „pan”. Mówi: „Krzysztof”. Czasem „Krzysiu”, gdy uzna, że sytuacja wymaga miękkiego tonu. A gdy przeginam z papierosami albo filozofowaniem nad losem świata, mówi po prostu: „Krzysztof, przestań”. I to wystarcza.
Larysa jest instytucją. Nie pracownikiem. Instytucją konstytucyjną naszego domowego państwa. Strażnik porządku. Żandarm logistyki. Dyrygent harmonogramów. Minister finansów lodówki. Naczelny inspektor kurzu i nielegalnych okruszków.
Pochodzi z Ukrainy. Ma w sobie dyscyplinę frontową i ciepło wschodniego stołu. Potrafi jednocześnie nakarmić, zganić i naprawić człowieka jednym spojrzeniem. Spojrzenie ma takie, że nawet Maine Coon ustępuje jej z drogi.
To ona wie, gdzie są dokumenty, których ja szukam od tygodnia. To ona pamięta o wizytach, rachunkach, terminach i o tym, że „miałeś wziąć leki”. Ja modeluję procesy, analizuję systemy, wykładam studentom złożoność organizacji. A Larysa jednym ruchem ręki reorganizuje kuchnię i przywraca ład w świecie, który ja właśnie rozebrałem na czynniki pierwsze.
Czepia się papierosów. Słusznie. Mówi: „Lekarz mówił co?”. I wtedy wiem, że nie ma dyskusji. W tym domu medycyna ma głos większościowy. Ja jestem w mniejszości.
Czasem udaję, że się obrażam. Ona udaje, że się nie przejmuje. Po chwili stawia talerz z zupą i mówi: „Jedz. Nie filozofuj”. To jest jej program naprawczy dla świata. Jeść. Spać. Brać leki. Nie dramatyzować.
Bywa surowa. Bywa ironiczna. Ale kiedy rano wychodzę na badania, patrzy tak, że wiem, iż gdyby trzeba było, postawiłaby do pionu pół oddziału.
W naszym domu demokracja jest ograniczona. Larysa rządzi większością faktów. My tylko głosujemy w sprawach drugorzędnych.
I dobrze.
Bo w świecie, w którym państwa spierają się o sędziów, prezydenci o miliardy, a politycy o kworum, ktoś musi pilnować, żeby człowiek zjadł śniadanie.
I żeby nie zapomniał, że życie – nawet z rakiem w tle – wciąż toczy się w kuchni.
Bo prawdziwa siła państwa nie polega na tym, ilu obywateli potrafi przestraszyć. Ani ilu sędziów uciszyć. Ani ilu przeciwników wsadzić do więzienia.
Prawdziwa siła państwa polega na tym, że obywatel – nawet chory, nawet przestraszony – czuje, że system go nie oszuka. Że lekarz leczy. Sędzia sądzi. Premier nie handluje strachem. Prezydent nie testuje granic konstytucji jak dziecko testuje lód na jeziorze.
Rak uczy pokory. Polityka – jak widać – nie zawsze.
Ja czekam na wyniki badań. Państwo czeka na wyniki własnych eksperymentów.
I mam nadzieję, że w obu przypadkach nie będzie za późno.
Krzysztof Bielejewski

Spośród w felietonie poruszonych przez Autora problemów pierwszorzędnej wagi, lub jeszcze ważniejszych, celnie trafił do mnie fragment dotyczący sprawy pozornie tylko niszowej, zacytuję:
„Bo w świecie, w którym państwa spierają się o sędziów, prezydenci o miliardy, a politycy o kworum, ktoś musi pilnować, żeby człowiek zjadł śniadanie. I żeby nie zapomniał, że życie – nawet z rakiem w tle – wciąż toczy się w kuchni.”
Trafił mnie w pogranicze niemalże wzruszenia ten obrazek, bo to ja jestem ten gospodyń domowy w kuchennym obszarze niełatwego działania, pod ustawicznym werbalnym obstrzałem wielkokalibrową irytacją z różnych powodów: tylko żarcie i żarcie!
Larysa robi kawał wspaniałej roboty. To Skarb. Zazdro.
Wszystko zawierający kciuk w górę dla KB.
Drogi WaszeR,
Muszę przyznać, że Twoje wzruszenie fragmentem o kuchni i śniadaniu jest dla mnie tak samo niespodziewane, jak fakt, że w życiu dorosłym największą geopolityczną stabilność daje… dobrze posmarowana kromka chleba. Ale masz rację — w świecie, gdzie politycy walą w siebie paragrafami, a prezydenci biją się o miliardy, ktoś musi przypilnować, żeby człowiek rano jednak nie zjadł talerza zamiast zupy.
I tu pojawia się Larysa — centrum dowodzenia domowymi operacjami, kobieta, która w moim domu prowadzi wszystko to, co w państwach ogarnia całe ministerstwo. Ja mogę pisać felietony, trząść się nad losem Europy, rzucać metaforami, ale prawda jest taka, że gdyby nie Larysa, to mój świat rozpadłby się szybciej niż narracja pewnych polityków przy pierwszym kontakcie z logiką.
Ty piszesz, że jesteś „gospodyń domowy pod ustawicznym obstrzałem irytacją, że tylko żarcie i żarcie” — znam ten front. Ja też czasem wracam z refleksji nad przyszłością Zachodu do pytania bardziej podstawowego: „a gdzie jest sól?”. I wtedy zdaję sobie sprawę, że moje analizy bezpieczeństwa międzynarodowego mają mniejszą wartość niż to, że Larysa pamięta, żeby kupić chleb.
Tak, WaszeR, Larysa to skarb — i mówię to z pokorą człowieka, który wie, że w domowej wersji ONZ ma status państwa obserwatora bez prawa głosu.
Dziękuję za kciuk w górę — przyjmuję go z wdzięcznością, nawet jeśli połowa należy się Larysie, a druga połowa… też Larysie.
Ja mogę być od metafor, ale ona jest od tego, żeby cały ten metaforyczny teatr w ogóle się nie zawalił.
Gdybym był choć w części tak uzdolniony, zorganizowany i odpowiedzialny, a także… doceniany, jak ów rodzinny Skarb, zmieniłbym sobie nick na Larysa Torontońska.
Cholernie się cieszę, że wpadłem na ten prawdziwy trop Pańskich zapisków o Świecie i Rodzinie. Wędruję nim korzystając z dopływu tlenu, energii i optymizmu. A las, to moja utracona miłość. Wilki dziki.