Po wielu latach spotkałem się ze starym – dosłownie i w przenośni – znajomym na kawie i pogawędce. Wykształcony i oczytany człowiek po 80-tce, dawniej adiunkt na uniwersytecie, zaskoczył mnie swoimi poglądami. O jego sympatiach prawicowych do PiS i ruchu narodowego wiedziałem już wcześniej. Tym razem dowiedziałem się o jego nowych poglądach – teoriach anty szczepionkowych zbudowanych i utrwalonych w oparciu o pandemię COVID, kategorycznym odrzuceniu UE jako szkodliwej dla Polski, która w ramach sojuszu z Rosją rozwijałaby się lepiej niż w ramach UE, egzystencjalnym zagrożeniu niemieckim i ukraińskim dla Polski, bezkrytycznym entuzjazmie dla Donalda Trumpa i ruchu MAGA, oraz o przekonaniu graniczącym z pewnością, że ziemia jest płaska. Nie zamierzam odnosić się do tych „rewelacji” – każdy ma prawo do swojego widzimisię. Moją uwagę zwróciły konsekwencje takiego zestawu przekonań dla relacji Ukrainy z Polską oraz Ukrainy z Unią Europejską.
O (pato)prawicy, Ukrainie i polityce uprzedzeń.
W polskiej debacie publicznej od dłuższego czasu krążą opowieści, które mają niewiele wspólnego z rzetelną analizą polityczną, a bardzo wiele z lękiem, resentymentami oraz propagandą. Jedna z nich głosi, że Ukraińcy są z natury antypolscy, przesiąknięci szowinizmem i historyczną nienawiścią, a niewielka obecnie, radykalna siła polityczna na Ukrainie prędzej czy później zdominuje cały ten kraj, po czym — już w ramach Unii Europejskiej i NATO — nie tylko „zarazi” Polskę i Europę nieodwracalną korupcją, lecz także sięgnie po polskie ziemie wschodnie. Tego rodzaju tezy nie są trzeźwym ostrzeżeniem. Są mieszaniną politycznych przesądów, teorii spiskowych i dezinformacji, która dobrze wpisuje się w znane kampanie antyukraińskie, oraz w rosyjskie operacje wpływu wymierzone w relacje polsko-ukraińskie.[1][2][3]
Rzecz nie w tym, by zakazywać krytyki Ukrainy. Państwo ukraińskie ma swoje problemy, napięcia pamięci historycznej są faktem, a spory o politykę historyczną, rynek pracy, pomoc socjalną czy warunki integracji europejskiej są w pełni uprawnioną częścią demokratycznej dyskusji. Problem zaczyna się wtedy, gdy krytykę zastępuje etniczne uogólnienie, a analizę — fantazmat o zbiorowym ukraińskim szowinizmie, który rzekomo stanowi niezmienną istotę narodu i polityki naszych sąsiadów.[4][5]
Polityka zbiorowego podejrzenia
Środowiska skrajnej prawicy i ich mniej radykalni naśladowcy chętnie budują obraz Ukrainy jako państwa niezdolnego do demokratycznej normalizacji, skazanego na dominację skrajności oraz strukturalną korupcję. Ten obraz jest następnie przenoszony na wszystkich obywateli Ukrainy, także na uchodźców, pracowników i studentów mieszkających w Polsce, którzy w takiej narracji przestają być ludźmi o zróżnicowanych poglądach i doświadczeniach, a stają się nośnikiem rzekomego „ukraińskiego problemu”. Raport Euronews z 2023 roku opisywał, że polskie ugrupowania skrajnie prawicowe podsycały nastroje antyukraińskie, wykorzystując kwestie socjalne, bezpieczeństwa i pamięci historycznej do wzmacniania niechęci społecznej.[4]
To klasyczny mechanizm polityki uprzedzeń. Najpierw z wybranego fragmentu rzeczywistości — na przykład z obecności środowisk nacjonalistycznych w Ukrainie, albo z realnego problemu korupcji w państwie postsowieckim — tworzy się uogólnienie obejmujące całe społeczeństwo. Następnie uogólnienie zostaje zamienione w prognozę: skoro „oni tacy są”, to po wejściu Ukrainy do struktur Zachodu zagrożą także Polsce. W końcu prognoza przeradza się w katastroficzną wizję: rozpad państwa, utrata suwerenności, upadek gospodarki, a nawet rozbiór terytorialny.[3][5][1]
Teza, że mała partia czy niewielkie środowisko ideologiczne może zdominować całą Ukrainę, jest politycznie wygodna, ale analitycznie nieprzekonująca. Ukraina pozostaje krajem pluralistycznym, wewnętrznie zróżnicowanym, poddanym silnym napięciom wojennym oraz instytucjonalnym, lecz zarazem posiadającym dynamiczne społeczeństwo obywatelskie i konkurencyjną scenę polityczną. Sprowadzanie całego państwa do jednego radykalnego nurtu jest uproszczeniem, które ignoruje rzeczywiste procesy społeczne i polityczne.[6]
Jeszcze mniej wiarygodna jest teza, że integracja Ukrainy z UE i NATO automatycznie „zarazi” Polskę korupcją. Sam sens obu tych struktur polega przecież między innymi na wzmacnianiu instytucjonalnych reguł transparentności, monitoringu, warunkowości i dostosowania do standardów prawnych. Nawet jeśli Ukraina zmaga się z problemem korupcji, to proces integracji europejskiej nie jest kanałem jej eksportu, lecz narzędziem nacisku na reformy. Opowieść o „korupcyjnym zakażeniu” nie jest diagnozą, lecz retorycznym chwytem mającym wywołać moralną dyskredytację.[5][7]
Najdalej idącym elementem tej narracji jest fantazja o przyszłym rozbiorze Polski przez Ukrainę. Tego rodzaju twierdzenia nie mają oparcia ani w obowiązującym porządku prawnym, ani w realiach geopolitycznych, ani w oficjalnych stanowiskach władz Ukrainy. Przeciwnie, podobne przekazy były identyfikowane jako element rosyjskiej dezinformacji, której celem jest wzbudzenie podejrzeń, że albo Polska chce zająć zachodnią Ukrainę, albo Ukraina żywi roszczenia wobec Polski.[8][1]
Rosyjski cień nad polskim sporem
Na tym właśnie polega niebezpieczeństwo omawianych narracji: nie są one wyłącznie wytworem lokalnej prawicowej wyobraźni, lecz często są powiązane z przekazami produkowanymi lub wzmacnianymi przez rosyjską propagandę. Polski rząd już w 2022 roku ostrzegał, że kampania dezinformacyjna przeciw Polsce obejmuje kłamstwa mające poróżnić Polaków z Ukraińcami, oraz podważyć wsparcie dla Ukrainy. Podobne wnioski przedstawiały analizy think tanków i ośrodków monitorujących dezinformację wskazujące, że wojna informacyjna wokół Ukrainy była i jest w Polsce prowadzona intensywnie i wielotorowo.[1][3][5]
Rosyjska propaganda nie musi nikogo całkowicie przekonać, by odnieść sukces. Wystarczy, że zasieje wątpliwość, podsyci resentyment i podsunie prostą narrację: „Ukraina was wykorzysta”, „Ukraińcy są wam wrodzy”, „za chwilę zażądają waszej ziemi”. Tego typu komunikaty są skuteczne, bo nie odwołują się do faktów, tylko do emocji. Działają szczególnie silnie wtedy, gdy trafiają na podatny grunt: historyczne traumy, lęk ekonomiczny, zmęczenie wojną oraz poczucie chaosu w życiu publicznym.[2][3]
Fałszywe mapy, prawdziwe emocje
Jednym z ulubionych narzędzi tej propagandy są wizualne „dowody”: mapy, grafiki, wycinki z telewizji, rzekome cytaty polityków. Badacze opisywali przypadki fałszywych materiałów przedstawianych jako dowód, że Polska lub Ukraina mają wobec siebie roszczenia terytorialne. Analiza jednego z takich przypadków wykazała, że mapa pokazana w polskiej telewizji była używana w dezinformacyjnym przekazie jako rzekomy dowód planów terytorialnych, choć w rzeczywistości stanowiła manipulację wyrwaną z kontekstu.[8]
Mechanizm jest prosty: obraz zastępuje argument, a oburzenie zastępuje weryfikację. W epoce mediów społecznościowych fałszywa mapa czy spreparowany kadr rozchodzą się szybciej niż sprostowanie, bo wpisują się w emocjonalny kod współczesnej polityki. W ten sposób skrajne tezy, które w tradycyjnej debacie zostałyby wyśmiane jako absurdalne, zaczynają funkcjonować jako „jedna z możliwych interpretacji”.[9][5]
Konkurencja gospodarcza czy mit zagrożenia ?
W podobny sposób działa argument o tym, że Ukraina po wejściu do UE nie tylko przegoni Polskę gospodarczo, ale uczyni to kosztem polskiego interesu narodowego. Oczywiście konkurencja gospodarcza wewnątrz Unii istnieje i będzie narastać wraz z rozszerzaniem wspólnego rynku. Nie wynika z tego jednak, że sukces gospodarczy Ukrainy musiałby oznaczać klęskę Polski. Taka logika zerowej sumy jest politycznie efektowna, ale ekonomicznie prymitywna, bo pomija zarówno korzyści ze współpracy regionalnej, jak i fakt, że integracja gospodarcza zwykle tworzy zarazem obszary konkurencji i współzależności.[7]
Prawicowy katastrofizm przedstawia jednak konkurencję nie jako zjawisko normalne, lecz jako rodzaj cywilizacyjnego najazdu. W tej opowieści ukraiński pracownik, przedsiębiorca czy polityk nie jest partnerem lub rywalem w ramach wspólnych reguł, ale przedstawicielem zbiorowego projektu wymierzonego w Polskę. To już nie jest język debaty gospodarczej. To język nacjonalistycznej mobilizacji.[5][4]
Szczególnie drażliwym paliwem dla takich narracji pozostaje historia, zwłaszcza pamięć o rzezi wołyńskiej i o wzajemnych krzywdach XX wieku. Wspomniany we wstępie znajomy przytaczał rzekomo potwierdzone dane, jakoby ofiar rzezi wołyńskiej po stronie polskiej było co najmniej pół miliona. Ten temat wymaga powagi, empatii i precyzji, ponieważ dotyczy realnych ofiar i rzeczywistego doświadczenia historycznego. Tymczasem część polskiej prawicy używa historii nie po to, by szukać prawdy i pojednania, lecz po to, by uzasadnić współczesną nieufność wobec całego narodu ukraińskiego. Takie instrumentalne użycie pamięci zamienia historię w polityczną pałkę.[2][4]
Nie ma nic niestosownego w domaganiu się od Ukrainy uczciwej polityki pamięci. Niestosowne jest natomiast wyciąganie z historycznej traumy wniosku, że dzisiejsi Ukraińcy jako tacy są nosicielami nieodwracalnej nienawiści do Polski. Taka teza nie tylko fałszuje rzeczywistość, ale także unieważnia możliwość jakiegokolwiek pojednania, pozostawiając w przestrzeni publicznej jedynie spiralę podejrzeń i pogardy.[3][4]
Stawka sporu o historię i współczesność
Stawką tego sporu nie jest jedynie ocena Ukrainy. Stawką jest także jakość polskiego życia publicznego. Jeżeli pozwala się, by debata o ważnym sąsiedzie była organizowana przez politycznych hochsztaplerów, tropicieli spisków i producentów resentymentów, to degeneracji ulega nie tylko polityka zagraniczna, ale również zdolność społeczeństwa do odróżniania analizy od paranoi. Wtedy już każdy kryzys można opisać jako efekt działania „obcych”, a każdą trudność społeczną jako dowód zdrady elit.[1][5]
Dlatego należy mówić jasno: Ukraina nie jest wolna od problemów, lecz nie jest także mrocznym projektem dziejowym wymierzonym w Polskę. Ukraińcy nie stanowią monolitu politycznego ani moralnego, tak samo jak Polacy nie stanowią jednolitej wspólnoty poglądów i charakterów. Im szybciej polska debata odrzuci język zbiorowych podejrzeń, tym trudniej będzie handlować strachem w imię doraźnych interesów partyjnych i propagandowych.[6][4][1]
Trzeba podkreślić, że sojusz polsko-ukraiński nie musi być zasadzony na sentymentalizmie. Wystarczy, by był oparty o realizm, wzajemny interes i zdolność odróżniania twardych problemów od politycznych urojeń. Tego właśnie najbardziej boją się ci, którzy żyją z podsycania uprzedzeń – świata, w którym fakty znaczą mniej niż fantazmaty.[7][3][1]
⁂
- https://www.gov.pl/web/special-services/the-lies-of-russian-propaganda
- https://www.polskieradio.pl/395/7789/artykul/3573543,report-shows-rise-of-antiukrainian-propaganda-in-poland
- https://pulaski.pl/en/disinformation-in-poland-on-the-war-in-ukraine-2/
- https://www.euronews.com/2023/07/14/polands-far-right-parties-foment-anti-ukrainian-sentiment
- https://www.disinfo.eu/wp-content/uploads/2023/12/20231203_PL_DisinfoFS.pdf
- https://tsukuba.repo.nii.ac.jp/record/2000879/files/DA09754.pdf
- https://edmo.eu/publications/ukrainian-refugees-and-disinformation-situation-in-poland-hungary-slovakia-and-romania/
- https://factcheck.ge/en/story/41569-disinformation-map-showed-at-a-polish-tv-channel-has-some-of-ukraine-s-western-territories-included-within-poland
- https://dfrlab.org/2025/12/21/how-social-media-manipulation-fuels-anti-ukraine-sentiment-in-poland/
Sławek
