06.08.2026
Polska latem dojrzewa profesorami jak niepilnowana działka cukinią. Człowiek wyjeżdża na tydzień, wraca, a tu kolejny uczony wyrósł ponad płot, zasłonił słońce i objaśnia narodowi, jak powinien żyć.
Mieliśmy już profesorów od cnót niewieścich, genitaliów, suwerenności, reparacji, upadku Zachodu oraz zgubnego wpływu wszystkiego na wszystko. Teraz objawił się profesor Marcin Matczak, prawdziwy profesor prawa, pracownik Katedry Filozofii Prawa i Nauki o Państwie Uniwersytetu Warszawskiego, czyli człowiek zawodowo przygotowany do tego, by nawet przy podawaniu cukru do kawy rozważyć jego normatywny status.
Profesor poczuł zew obywatelski i postanowił utworzyć w Polsce pięćdziesiąt Klubów Radykalnego Centrum.
Sama nazwa jest arcydziełem. Radykalne centrum przypomina bojową porcelanę, agresywną letniość, ekstremistyczny budyń albo komandosa uzbrojonego w poduszkę ortopedyczną. Ma wywoływać dreszcz rewolucji, nie grożąc przewróceniem filiżanki.
Zwykłe centrum jest mdłe. Radykalne centrum ma najwyraźniej siedzieć pośrodku, ale z zaciśniętymi pięściami.
Profesor chce, aby do września powstało pięćdziesiąt klubów, najlepiej rozmieszczonych według mapy dawnych czterdziestu dziewięciu województw. Pięćdziesiąty zapewne powstanie w jego głowie, gdzie już teraz obraduje zarząd, rada programowa, komisja etyki i Marcin Matczak jako przedstawiciel zwykłych ludzi.
Kluby mają walczyć z bańkami informacyjnymi, polaryzacją i jałową agresją mediów społecznościowych. Idea jest niewątpliwie szlachetna. Ludzie rzeczywiście powinni częściej spotykać się twarzą w twarz, rozmawiać, słuchać i odkrywać, że przeciwnik polityczny ma dwoje oczu, kredyt hipoteczny oraz hemoroidy, a nie tylko profilowe ze znakiem ośmiu gwiazdek albo husarzem na tle płonącej Brukseli.
Problem zaczyna się przy instrukcji.
Profesor zaleca zebrać kilku znajomych, urządzić spotkanie w domu, szkole lub na plebanii, przygotować lemoniadę, obejrzeć jego materiał, przedyskutować zawarte w nim pytanie, a następnie przez ostatnie dziesięć minut podsumować, do jakich wniosków uczestnicy doszli. Informacje o przebiegu spotkania należy przekazać Marcinowi.
Tak oto oddolny ruch społeczny otrzymał odgórną instrukcję, temat, film, model dyskusji, osobę prowadzącą i formularz zwrotny.
Korzenie trawy przysłano kurierem.
Klub ma być miejscem swobodnej rozmowy obywateli o różnych poglądach, lecz rozmowę najlepiej rozpocząć od filmu profesora Matczaka. To tak, jakby Kościół zaprosił ateistów do nieskrępowanej debaty, proponując na początek wspólne odczytanie encykliki, a na zakończenie przesłanie protokołu proboszczowi.
Lemoniada jest bardzo ważna. Bez niej radykalne centrum mogłoby niebezpiecznie przesunąć się ku herbacie, a stamtąd już tylko krok do konserwatyzmu. Kawa również budzi wątpliwości, ponieważ pobudza. Najbezpieczniejsza jest woda z cytryną — napój tak centrowy, że nawet smak występuje w nim w charakterze obserwatora.
Kluby Matczaka będą musiały zmierzyć się z poważną konkurencją. Istnieją już Kluby „Gazety Polskiej”, Kluby Inteligencji Katolickiej, koła różańcowe, uniwersytety trzeciego wieku, stowarzyszenia miłośników kresów, grupy osiedlowe, rady rodziców oraz wspólnoty mieszkaniowe, w których od trzydziestu lat trwa bezkompromisowa debata o zamykaniu śmietnika.
Radykalne Centrum ma nad nimi jedną przewagę. Jeszcze nie powstało, a już wie, dlaczego może się nie udać.
Pan Sławek publikujący na łamach www.StudioOpinii.pl (https://studioopinii.pl/archiwa/250621), gorący wielbiciel inicjatywy, zdążył najpierw ogłosić, że Matczak proponuje Polsce rozmowę zamiast wojny plemiennej. Następnie napisał szesnastominutowy tekst ostrzegający, że projekt może antagonizować, reprodukować populistyczne ramy, mylić krytykę z pogardą i wzmacniać mit o elitach gardzących wierzącymi.
Klub nie zdążył jeszcze nalać lemoniady, a już ma spór doktrynalny.
Przed pierwszym zebraniem otrzymaliśmy osiem przesłanek powodzenia, kilka poziomów krytyki religii, warunki neutralizacji populistycznego paliwa, zasadę wspólnego obywatelstwa, rygoryzm językowy i Tischnera w pakiecie startowym.
Lenin potrzebował tez kwietniowych. Radykalne Centrum dostało instrukcję BHP dla rozmowy przy serniku.
Sławek ostrzega, aby kluby nie dzieliły ludzi, nie antagonizowały, nie stygmatyzowały, nie upraszczały, nie zamykały i nie reprodukowały. Po przeczytaniu wszystkich warunków uczestnik najbezpieczniej zrobi, milcząc i delikatnie popijając lemoniadę. Każde zdanie może bowiem zawierać ukrytą ramę populistyczną, której zwykły człowiek nie zauważy bez pomocy profesora, dwóch socjologów i kapłana Tischnerowskiego.
Najcelniej skomentował pierwszy hymn pochwalny profesor Stanisław Obirek, zauważając, że w tekstach profesora jest zbyt dużo Matczaka, a za mało spraw wymagających zmiany. To zdanie mogłoby wisieć nad wejściem do każdego klubu, gdyby nie ryzyko, że profesor uzna je za przejaw pogardy elit wobec profesora.
Matczak odkrył bowiem kilka prawd, które Polacy znają od dawna, tylko nie mieli odwagi założyć im Patronite.
Internet dzieli ludzi. Politycy szczują. Kościół sam sobie szkodzi. Lewica bywa arogancka. Prawica udaje skrzywdzoną. Nie należy gardzić wierzącymi. Nie należy też gardzić niewierzącymi. Ludzie powinni ze sobą rozmawiać.
Po każdym z tych odkryć należałoby odsłonić tablicę pamiątkową i odśpiewać hymn stonowanym głosem.
Profesor przypomina podróżnika, który po wielomiesięcznej wyprawie wraca z wiadomością, że woda jest mokra, ale dodaje do tego osiemdziesiąt stron przypisów i koncepcję ogólnopolskiej sieci punktów nawadniania.
Oczywiście ambicje polityczne profesor stanowczo odsuwa, lecz wokół projektu już pojawiają się pytania, czy kluby mogą przekształcić się w ruch. Politolodzy są sceptyczni, wskazując, że budowa zaplecza społecznego jest trudna, a dotychczasowa skala inicjatywy nie dorównuje planom.
W Polsce pytanie o wejście do polityki pojawia się natychmiast, gdy znana osoba wynajmie salę i ustawi więcej niż sześć krzeseł. Przy ośmiu krzesłach powstaje komitet. Przy dwudziestu zaczynają się rozmowy o jedynkach na listach. Przy pięćdziesięciu ktoś pyta, czy Kosiniak-Kamysz byłby gotów na koalicję.
Matczak prawdopodobnie naprawdę marzy o lepszej debacie. Problem polega na tym, że marzy o niej w sposób charakterystyczny dla profesora: najpierw powstaje jego kanał, potem jego teoria, jego instrukcja, jego kluby, jego Discord, jego materiały i jego patroni. Ruch ma wyzwolić ludzi z baniek, skupiając ich wokół bańki profesora, który objaśnia, jak groźne są bańki.
Jest to decentralizacja zarządzana centralnie. Spontaniczność według harmonogramu. Bunt przeciw algorytmom z obowiązkowym linkiem do filmu.
Na Patronite profesor zgromadził setki wspierających i znaczną sumę wpłat, a serwer Discord ma być „sercem i mózgiem” operacji klubów. Ruch uciekający ze świata wirtualnego będzie więc koordynowany w świecie wirtualnym przez platformę używaną między innymi przez graczy, streamerów i ludzi omawiających nocami parametry smoków.
To nie zarzut. To polska tradycja.
Komuniści walczyli z kapitalizmem za zachodnie kredyty. Prawica broni suwerenności na amerykańskich platformach. Radykalne Centrum wyjdzie z internetu przez Discord.
Największą zaletą przedsięwzięcia może się okazać właśnie jego niewinna śmieszność. Kilka osób usiądzie przy stole, wypije lemoniadę, pokłóci się bez wyzwisk i być może odkryje, że świat nie kończy się na wyborze między Tuskiem, Kaczyńskim, Braunem a filmem profesora Matczaka.
To byłoby pożyteczne.
Nie potrzebuje jednak pięćdziesięciu klubów, mapy dawnych województw ani duchowego patronatu jednego człowieka. Potrzebuje krzeseł, czasu, ciekawości i rzadkiej umiejętności zamknięcia ust, kiedy mówi ktoś inny.
Centrum nie jest bowiem miejscem dokładnie pomiędzy dwiema głupotami. Nie powstaje przez dodanie połowy Czarnka do połowy Żukowskiej i wymieszanie z Tischnerem. Centrum wymaga własnego zdania, odwagi oraz świadomości, że umiarkowanie nie oznacza konieczności wypowiadania się na każdy temat.
Tego ostatniego profesorowie uczą się najtrudniej.
Matczak chce ocalić Polskę przed ludźmi, którzy nie potrafią słuchać. Na początek powinien więc zorganizować Klub Radykalnej Ciszy.
Jednoosobowy. Bez kamery, instrukcji, Discorda i podsumowania.
Lemoniadę może zostawić.
Krzysztof Bielejewski

Od czasu do czasu przelatuję oczami po tekstach p. Bielejewskiego. Dzisiaj się zmogłem i przeczytałem dość dokładnie. No, cóż… Ogólnie można te felietony określić niby polityczną grafomanią. Dodatkowo: bardzo infantylną literacko grafomanią. Jestem pewien, że Redaktorzy Miś i Bratkowski nigdy by podobnych, kwiecistych wypocin, nie dopuścili na łamy Studia Opinii.
Panie Andrzeju, przede wszystkim dziękuję, że się Pan „zmógł”. Czytanie wbrew własnym siłom to heroizm niemal powstańczy, choć w tym przypadku obyło się bez barykad, a jedyną ofiarą padł Pański dobry humor.
Pańska recenzja ma niewątpliwą zaletę: jest znacznie krótsza od mojego felietonu. Ma też drobną wadę — nie zawiera ani jednego argumentu. „Grafomania”, „infantylizm” i „wypociny” to nie krytyka literacka, lecz trzy kamyki rzucone przez płot z nadzieją, że któryś zabrzmi jak sąd estetyczny.
Szczególnie wdzięczne jest powoływanie się na redaktorów Misia i Bratkowskiego. Nieobecni autorytety bywają niezwykle wygodni: zawsze zgadzają się z osobą, która właśnie przemawia w ich imieniu. Ja jednak nie podejmę się zgadywania, co by wydrukowali, a czego nie. Widocznie nie mam Pańskiego talentu do komunikacji z cudzym sumieniem redakcyjnym.
Rozumiem natomiast, że kwiecistość Pana drażni. Jedni lubią felietony z ironią, metaforą i przesadą, inni wolą trzy epitety ustawione pod ścianą. Literatura, podobnie jak gastronomia, zna różne gusta. Nie każdy, kto nie lubi pieprzu, musi od razu ogłaszać kucharza grafomanem.
Proszę więc od czasu do czasu nadal „przelatywać oczami”. Może kiedyś uda się Panu wylądować przy jakiejś konkretnej myśli. Wtedy z przyjemnością podyskutuję.
Na razie otrzymałem wyłącznie informację, że tekst się Panu nie podoba. Przyjmuję ją spokojnie. Nie każda lemoniada musi smakować człowiekowi, który przyszedł już z octem.
Myślę, że redaktorzy pp. Bratkowski i Miś taki felieton na pewno by puścili. Takiej cenzury nigdy nie stosowali. CO do felietonu p. Bielejewskiego uważam, ze trochę za wcześnie „wyśmiewać” próbę prof. Matczaka. Gdzieś trzeba zacząć rozmawiać , a nie tylko pisać felietony. Moderator każdej dyskusji jest potrzebny. Poczekajmy.
Bardzo lubię czytać p. Bielejewskiego, podobają mi się jego oceny. Ten tekst jest jednak chyba najsłabszy.
Panie Zbigniewie, dziękuję — zarówno za obronę przed pośmiertną cenzurą redaktorów Bratkowskiego i Misia, jak i za uczciwą krytykę. Zwłaszcza że jest to krytyka z argumentem, a więc gatunek coraz rzadszy i z tego powodu wymagający ochrony.
Ma Pan rację: gdzieś trzeba zacząć rozmawiać, moderator bywa potrzebny, a przedsięwzięciu należy dać czas. Nie wyśmiewam samej idei spotkań ani próby przełamania plemiennych podziałów. Przeciwnie — w felietonie napisałem, że jeśli ludzie usiądą przy jednym stole i pokłócą się bez wyzwisk, będzie to pożyteczne. Śmieszy mnie raczej opakowanie: „oddolność” wyposażona od razu w centralę, instrukcję, film profesora, Discord i obowiązkowe sprawozdanie. Oby z tej konstrukcji wyrosła prawdziwa rozmowa, a nie pięćdziesiąt filii jednoosobowego seminarium.
Zgadzam się więc: poczekajmy. Jeśli kluby Matczaka się udadzą, z przyjemnością odszczekam część złośliwości, choć zapewne przy lemoniadzie, żeby zachować właściwy ceremoniał.
A że uważa Pan ten tekst za mój najsłabszy? Przyjmuję bez obrazy. Autor, którego lubi się czytać, powinien czasem napisać coś słabszego — inaczej czytelnik traci czujność i zaczyna podejrzewać działalność promocyjną. Pańska życzliwość daje mi nadzieję, że mimo tej wpadki nie będzie Pan odtąd jedynie przelatywał po moich tekstach oczami.
Ja również dołączę się do zwolenników felietonów p. Bielejewskiego. Generalnie od nich zaczynam lekturę SO. Dla mnie te czasami kąśliwe i prześmiewcze felietony mają podobny klimat do upustów żółci red. Misia ( i jego częstych wspomnień śp. babki, która była kobietą zasadniczą 🙂 Myślę, ze red. Mis nie tylko by te felietony publikował, ale też często komentował w swoim stylu. Panie Krzysztofie, proszę nadal dzielić się swoją „grafomanią”. Pozdrawiam serdecznie,
Panie Krzysztofie,
Bardzo dawno z rozmaitych powodów się nie odzywałem. Ale przyznam, że jednym z wielu powodów jest prosty fakt, że Pan pisze swoje felietony. A ja się z nim często zgadzam i uważam, ze lepiej bym tego nie napisał, więc nie piszę. Powoływanie się na Ojców Założycieli i zasłanianie się nimi stanowi ulubioną rozrywkę w Ameryce. Nikomu specjalnie zresztą nie przeszkadza, że tamtejsi Ojcowie Założyciele regularnie się ze sobą nie zgadzali.. Patrz Hamilton kontra Jefferson. Stefan i Bogdan też nie zawsze czytali z tych samych nut. Jako jeden z nielicznych wciąż żyjących Ojców Założycieli Studia Opinii pozwolę sobie ryzyk-fizyk wyrazić moje przekonanie, że zarówno Stefan Bratkowski jak i Bogdan Miś z radością powitaliby na łamach SO Pana felietony i do ich kontynuowania gorąco Pana zachęcam. Andrzej Lubowski
Panie Andrzeju,
nikt nie zabrania panu gustować w tekstach p. Bielejewskiego, tak jak drugiemu p. Andrzejowi – nie gustować… Wszak „jeden lubi śliwki, drugi lubi… np. pomarańcze”. Inne porzekadło mówi: „Co za dużo, to nie zdrowo”, a „dwa grzyby w barszcz – robią zupę grzybową”. Są jeszcze inne…
Pan Izydor przyniósł do dyskusji cały koszyk przysłów, za co także jestem wdzięczny.
„Co za dużo, to niezdrowo”, „dwa grzyby w barszcz…”.
Istotnie. Polska mądrość ludowa jest niewyczerpana. Można jeszcze dodać: „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”, „każdy sobie rzepkę skrobie” oraz, w sytuacji szczególnie dramatycznej, „nie mój cyrk, nie moje małpy”.
Tylko że przysłowia mają pewną wadę: na każde istnieje inne, które mówi coś odwrotnego.
„Co za dużo, to niezdrowo”, ale zarazem „od przybytku głowa nie boli”.
I co teraz?
Potrzebujemy komisji rozjemczej między przysłowiami.
Co do dwóch grzybów w barszczu, sprawa wydaje mi się prostsza. Jeśli Redakcja wkłada je do garnka, to najwyraźniej uważa, że zupa na tym nie traci. Czytelnik natomiast nie jest przymusowo żywiony przez sondę. Może grzyb ominąć, odsunąć na brzeg talerza, zamówić inną potrawę albo pójść do konkurencyjnej restauracji.
Studio Opinii jest portalem, nie stołówką zakładową.
Najbardziej bawi mnie jednak, że przeciwnicy nadmiaru Bielejewskiego wykazują imponującą znajomość częstotliwości jego publikacji, długości tekstów, komentarzy pod nimi i liczby występów w ciągu dnia.
Zaczynam podejrzewać, że mam najwierniejszych czytelników właśnie wśród tych, którzy najbardziej chcieliby mnie czytać rzadziej.
To bardzo wzruszająca forma przywiązania.
Panie Andrzeju — jeszcze raz serdecznie dziękuję.
Panie Izydorze — barszcz proszę jeść spokojnie.
Jeżeli trafi się w nim mój grzyb, zawsze można go odłożyć.
Byle nie poświęcać potem całego obiadu na opowiadanie pozostałym gościom, jak bardzo nam nie smakował.
Panie Andrzeju, bardzo dziękuję. Taki głos — zwłaszcza od jednego z Ojców Założycieli Studio Opinii — naprawdę wiele dla mnie znaczy. Tym bardziej że przypomnienie, iż Stefan Bratkowski i Bogdan Miś nie zawsze „czytali z tych samych nut”, wydaje mi się dziś szczególnie potrzebne.
Bo przecież pluralizm nie polega na tym, że wszyscy piszą inaczej, ale myślą tak samo. Wtedy nie mamy pluralizmu, tylko chór. Być może dobrze zestrojony, ale jednak chór.
Pańska zachęta do dalszego pisania sprawiła mi wielką przyjemność. Obiecuję więc nie wyciągać z niej wniosku, że powinienem od jutra publikować trzy razy dziennie. Mam jeszcze resztki instynktu samozachowawczego, a Redakcja zapewne również.
Ja tu sobie reaguję z opóźnieniem bo miałem przerwę sieciową a i tak się nie spieszę, ani też nie śpię z telefonem pod poduszką. Nic bym nic nie zobaczył, bo muszę mieć okulary, duży ekran i duże klawisze… Więc po czasie, niezbędnym także do przestudiowania licznych materiałów dostępnych wokół poruszanego tematu, mogę spokojnie stwierdzić, że przynajmniej jak dla mnie, to jest świetny felieton i odbijam mu piątkę w gwiazdkach. Nie tylko dlatego, że spełnia wymagania gatunku, budzi uśmiech i emocje ale także dlatego że zmusza czytelnika do refleksji. Jako dinozaur SO (od 2009 r.) mam ich sporo, wliczając te polityczne. Nie upchnie się ich ani krótko ani szybko i pewnie poskładam w osobny tekst ale to też musi trochę potrwać. No to NaRa…