Krzysztof Bielejewski: SOR, Panamera i republika kolegów4 min czytania

()


17.06.2026

W Polsce są miejsca, w których czas płynie inaczej.

Jednym z nich jest kolejka do lekarza specjalisty. Drugim urząd skarbowy. Trzecim, jak się okazuje, bywa szpitalny oddział ratunkowy. Zwłaszcza wtedy, gdy człowiek nie przychodzi tam sam, lecz w towarzystwie niewidzialnego anioła stróża o nazwisku „radny”, „działacz”, „człowiek od Kierwińskiego”, „człowiek od człowieka” albo po prostu „nasz”.

Zwykły obywatel zna SOR jako poczekalnię filozofów. To miejsce, gdzie człowiek przychodzi z bólem brzucha, a wychodzi z doktoratem z cierpliwości. Siedzi pod ścianą, patrzy w ekran telewizora zawieszony pod sufitem i obserwuje, jak wskazówki zegara przesuwają się z gracją emerytowanego ślimaka.

Tymczasem media opisały historię, która wygląda jak scenariusz napisany przez urzędnika, satyryka i specjalistę od marketingu politycznego zamkniętych na weekend w jednym pokoju.

W centrum tej opowieści znalazł się Dawid Kacprzyk. Radny Koalicji Obywatelskiej w Ursusie. Były szef młodzieżówki Nowa Generacja. Koordynator SOR-u w warszawskim Szpitalu Południowym. Lekarz w trakcie specjalizacji. Człowiek, który według ujawnionych danych miał zarobić w 2025 roku około 1,6 miliona złotych i przepracować niemal cztery tysiące godzin.

Gdy przeciętny obywatel słyszy o czterech tysiącach godzin pracy rocznie, zaczyna zastanawiać się, czy lekarz posiada wehikuł czasu. Gdy słyszy, że ten sam człowiek pojawia się jednocześnie w polityce, telewizji, mediach społecznościowych, na spotkaniach partyjnych i w szpitalu, zaczyna podejrzewać, że polska nauka potajemnie sklonowała pierwszego samorządowca wielozadaniowego.

Ale prawdziwa burza wybuchła dopiero wtedy, gdy pojawiły się opisy rzekomej ścieżki ekspresowej dla polityków Koalicji Obywatelskiej i ich rodzin. Według publikacji wybrani pacjenci mieli być przyjmowani szybciej, korzystać z dodatkowego pomieszczenia i przechodzić diagnostykę w tempie, które dla zwykłego śmiertelnika brzmi jak medyczne science fiction.

Jeżeli te zarzuty potwierdzą kontrole, będzie to kompromitacja nie jednego lekarza, nie jednego oddziału i nie jednego środowiska politycznego. Będzie to kompromitacja całego systemu, który od lat opowiada obywatelom o równości, a potem dyskretnie zostawia uchylone boczne drzwi dla ludzi z odpowiednimi numerami telefonów.

Najciekawsze jest jednak coś innego. Nie sam Kacprzyk. Nawet nie milion sześćset tysięcy złotych. Najciekawsza jest panika polityczna. Przez kilka dni warszawska Koalicja Obywatelska zachowywała się jak pasażer, który zauważył dym wydobywający się spod maski samochodu i uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie podgłośnienie radia.

Potem nastąpiło klasyczne polityczne odcinanie kabla bezpieczeństwa. Kacprzyk zrezygnował z członkostwa w KO. Marcin Kierwiński rezygnację przyjął. Ruszyły kontrole. Rafał Trzaskowski zapowiedział audyty. Donald Tusk zapowiedział zmiany pozwalające dokładniej monitorować czas pracy i wynagrodzenia lekarzy. Nagle wszyscy odkryli, że problem istnieje. Zupełnie jakby wcześniej był schowany za szafą.

I tutaj zaczyna się druga część tej historii, bo obok afery politycznej stoi dużo większy problem. System ochrony zdrowia przypomina dziś starą kamienicę. Na parterze odpada tynk. Na drugim piętrze przecieka dach. Na trzecim ktoś nie zamknął okna od 2008 roku. Tymczasem mieszkańcy kłócą się głównie o to, kto ma najdroższy żyrandol.

Jedni oburzają się na lekarza zarabiającego miliony. Drudzy odpowiadają, że miliony są efektem gigantycznej liczby wykonanych świadczeń. Jedni krzyczą o patologii. Drudzy o zazdrości, a prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego państwo przez tyle lat właściwie nie wiedziało, ile naprawdę zarabiają ludzie utrzymywani z pieniędzy publicznego systemu zdrowia?

Właśnie dlatego pomysł monitorowania wynagrodzeń oraz kontraktów medycznych wydaje się rozsądny. Nie po to, żeby urządzać polowanie na lekarzy. Nie po to, żeby karać ludzi za pracowitość. Ale po to, żeby odróżnić pracę od fikcji, efektywność od układów i medycynę od politycznego folkloru.

Cała historia ze Szpitalem Południowym jest więc opowieścią nie tylko o Dawidzie Kacprzyku. To opowieść o III Rzeczypospolitej, która uwielbia mówić o procedurach, standardach i transparentności, a jednocześnie od trzydziestu lat przechowuje w szufladzie stary zeszyt zatytułowany „Znajomi”.

Ilekroć wybucha podobna afera, okazuje się, że zeszyt nadal jest w użyciu. Zmieniają się nazwiska. Zmieniają się partie. Zmieniają się logotypy, ale zeszyt zostaje, a razem z nim nieśmiertelne polskie pytanie:

„Panie kierowniku, a nie dałoby się jednak trochę szybciej?”

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

2 komentarze

  1. Poltiser 17.06.2026 Odpowiedz
  2. Jerzy Kijanka 17.06.2026 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo