22.07.2026
Koalicja Obywatelska znalazła wreszcie skuteczną metodę walki z Prawem i Sprawiedliwością: niczego nie robić i nie zasłaniać widoku.
PiS zwalcza się obecnie sam, bez dotacji, ingerencji Brukseli ani niemieckich instrukcji. Wystarczą internet, urażona ambicja i kilku polityków przekonanych, że największym zagrożeniem dla Polski jest kolega siedzący trzy krzesła dalej.
Najnowszy odcinek nosi tytuł „Kacper kontra Marcin”. Kacper Płażyński wysłał Marcinowi Horale wezwanie przedsądowe. Domaga się przeprosin oraz wpłaty 50 tysięcy złotych na fundację Łączy nas Polska, której prezeską jest jego żona.
Piękny przykład patriotyzmu rodzinnego. Polska łączy, ale przelew najlepiej, żeby trafił w znajome ręce.
Horała powiedział, że Płażyński miał stworzyć przed kampanią prezydencką raport dotyczący znajomości Karola Nawrockiego z ludźmi ze środowiska kibicowskiego. Płażyński zaprzecza, nazywa to „łgarstwem” kolportowanym od półtora roku i chce, aby prawdę ustalił sąd. O wezwaniu, kwocie oraz sporze dotyczącym raportu poinformowała „Rzeczpospolita”.
Jeszcze niedawno posłowie PiS chcieli stawiać przed sądem Tuska. Teraz zaczynają od siebie, co należy uznać za postęp organizacyjny. Partia przeszła na system samoobsługowy.
Konflikt jest szczególnie zabawny, ponieważ Horała i Płażyński pochodzą z tego samego ugrupowania. Formalnie są kolegami. W PiS słowo „kolega” oznacza człowieka, który jeszcze nie zdążył opublikować przeciwko tobie oświadczenia.
Jacek Sasin stanął po stronie Płażyńskiego i pouczył Horałę o przyzwoitości, szacunku oraz odpowiedzialności za słowo. To odważne. Gdy Jacek Sasin zaczyna wykładać odpowiedzialność, gdzieś w Polsce samoczynnie drukuje się pakiet wyborczy.
Debata wewnętrzna PiS osiągnęła już dojrzały poziom „stul pysk”. Dawniej politycy tej partii obrażali przede wszystkim opozycję, sędziów, Unię Europejską, lekarzy, nauczycieli, kobiety, mniejszości i przypadkowo napotkaną rzeczywistość. Teraz, z powodu wyczerpania dostępnych grup społecznych, zabrali się za siebie.
Najważniejszy pozostaje jednak konflikt Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim.
Prezes nakazał parlamentarzystom wybrać: PiS albo polityczne stowarzyszenia działające obok partii. Ultimatum obejmuje przede wszystkim Rozwój Plus Morawieckiego. Termin upływa 23 lipca, a nieposłusznym grozi usunięcie. Według rzecznika partii deklaracje złożyło już około 130 parlamentarzystów. Morawiecki zapewnia, że chce pozostać w PiS, ale nie zamierza rezygnować z politycznej aktywności swojego środowiska.
To sytuacja przypominająca rozwód, podczas którego oboje małżonkowie oświadczają, że nie zamierzają opuszczać mieszkania, bo to druga strona powinna się wyprowadzić.
Morawiecki mówi, że nie planuje tworzenia nowej partii. Zapewnia też, że „kurczowo” trzyma się PiS, choć podobno niektórzy próbują go z ugrupowania wypchnąć. Były premier zaapelował do partyjnych „intrygantów”, aby przestali szkodzić jego środowisku.
Słowo „kurczowo” jest tu trafne. Morawiecki trzyma się partii jak pasażer autobusu, który zauważył, że kierowca jedzie do zajezdni, ale bilet miesięczny kosztował zbyt dużo, żeby teraz wysiadać.
Kaczyński też nie może ustąpić. Przez lata prezes wydawał polecenia, a partia wykonywała je z szybkością człowieka, który usłyszał w lesie ładowanie strzelby. Jeżeli teraz Morawiecki zachowa stowarzyszenie i legitymację, wszyscy zobaczą, że ultimatum prezesa jest już nie wyrokiem, lecz propozycją do konsultacji.
Za chwilę własne stowarzyszenie założy kierowca partyjnego busa. Sekretarka odmówi odebrania telefonu. Mariusz Błaszczak poprosi o wszystko na piśmie. A Przemysław Czarnek zamiast wykonać polecenie, wystąpi w telewizji i zażąda opamiętania od „przyjaciół”.
Zresztą już zażądał. Czarnek wezwał kolegów do lojalności i zakończenia publicznych sporów. W PiS apel o jedność jest dziś odpowiednikiem komunikatu kapitana: „Nie ma powodów do niepokoju”. Pasażer słyszy go zwykle wtedy, gdy przez okno widać silnik.
Ponoć trwają przygotowania do kolejnych rozmów ostatniej szansy. W polskiej polityce ostatnia szansa jest zjawiskiem odnawialnym. Po ostatniej szansie przychodzi ostateczna, potem naprawdę ostatnia, następnie spotkanie techniczne, kolacja pojednawcza i wywiad, w którym obie strony informują, że nie było żadnego konfliktu, tylko tamci kłamali.
Rozmowy mają się odbywać przy włoskim jedzeniu. To logiczne. Włoska kuchnia jest najlepsza do ratowania PiS: makaron można długo nawijać, pizzę dzielić na frakcje, a na końcu każdy dostaje osobny rachunek.
Problem polega na tym, że obaj przywódcy potrzebują zwycięstwa, którego nie można podzielić.
Jeśli Morawiecki ustąpi, pozostanie byłym premierem z byłym buntem i stowarzyszeniem działającym głównie w archiwum internetu. Jeśli Kaczyński ustąpi, prezesura stanie się monarchią konstytucyjną: Kaczyński nadal będzie panował, lecz Morawiecki zacznie rządzić własnym kawałkiem dworu.
Daniel Obajtek już policzył szable, beczki i marże, po czym odwiedził Kaczyńskiego i podpisał deklarację pozostania w partii. Tym samym automatycznie opuścił Rozwój Plus. Rzecznik PiS potwierdził spotkanie Obajtka z prezesem oraz złożenie oświadczenia.
Obajtek jeszcze niedawno pojawiał się u boku Morawieckiego, ale polityczna lojalność przypomina ceny paliw: obowiązuje do następnej aktualizacji.
Morawiecki stwierdził, że nie czuje się zdradzony. To naturalne. Polityk dowiaduje się, że został zdradzony dopiero wtedy, gdy zdrajca otrzyma stanowisko. Wcześniej jest to pluralizm.
Tymczasem sondaże nie zachęcają do samodzielności. W badaniu Pollsteru hipotetyczna partia Morawieckiego zdobyła 2,05 procent — za mało nawet na subwencję. Badanie przeprowadzono na przełomie czerwca i lipca na próbie 1042 dorosłych.
Dwa procent to nie rozłam. To grupa osób, które mogą wspólnie zamówić autokar, ale nie powinny jeszcze drukować programu rządowego.
Sondaże dotyczące ewentualnego ugrupowania Morawieckiego dają zresztą różne wyniki, zależnie od pracowni i konstrukcji pytania. W jednym badaniu było ponad pięć procent, w innym niewiele ponad dwa. Oznacza to, że przyszła partia byłego premiera znajduje się jednocześnie w Sejmie i poza nim. Jest ugrupowaniem Schrödingera: istnieje, dopóki Kaczyński nie otworzy pudełka.
Prezes również bada wariant samodzielnego Czarnka. Dwa procent dla Morawieckiego, dwa dla Czarnka — polska prawica odkryła podział komórkowy, tylko zapomniała o rozmnażaniu. Z jednej dużej partii mogą powstać dwa ugrupowania, z których każde zmieści się w samochodzie Jacka Sasina.
Koalicja Obywatelska zachowuje więc rozsądną ciszę. Donald Tusk nie musi organizować konferencji, publikować spotów ani uruchamiać komisji. Powinien tylko zadbać o stałe dostawy internetu do siedziby PiS.
PiS wykonuje pracę opozycji, prokuratora, satyryka i mediatora rodzinnego jednocześnie. Posłowie pozywają kolegów, frakcje liczą zdrajców, Obajtek zmienia stolik, Czarnek żąda opamiętania, a Morawiecki kurczowo trzyma się partii, która zastanawia się, jak odczepić mu palce.
Kaczyński nie może zrobić kroku w tył, bo straci autorytet. Morawiecki nie może zrobić kroku w tył, bo straci przyszłość. Pozostaje im maszerować naprzód — prosto na siebie.
A potem spotkać się u Bielana na włoskim i wspólnie ustalić, że partia jest zjednoczona.
Kelner powinien wcześniej schować noże.
Krzysztof Bielejewski
