07.08.2026
To, co chodzi za mną od dłuższego już czasu to sprawa absolutnie nie związana z bieżącą polityką, tak krajową jak i tą dziejącą się gdzieś tam w bliższym czy dalszym świecie. Sprawą tą jest narastający konflikt pomiędzy pojęciem nowoczesności a zacofaniem, rosnącym napięciem pomiędzy tym co niesie postęp z postawami i normami kulturowymi, w których żyją ogromne rzesze ludzi.
To miał być temat tego tekstu, miał być, ale został odłożony na później ze względu na to, co wczoraj miało miejsce przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, gdzie w związku z rocznicą wejścia do tego pałacu Karola Nawrockiego jako prezydenta Polski odbył się wiec jego zwolenników. Po wczorajszej „uroczystości” na dziedzicu Pałacu Prezydenckiego, gdzie dobrze sformatowany tłum grzecznie siedzących gości reagował na sygnały wodzirejów, którzy niczym dyrygenci grali na emocjach albo nawet je wywoływali – to było dobrze wyreżyserowane widowisko emitowane w różnych telewizjach.
Karol Nawrocki grający role prezydenta, opowiadał różne rzeczy o tym, jak doskonale reprezentuje Polki i Polaków, jak bliski ma z nimi związek, jak wszystko co robi jest dla ich dobra.
To było długie wystąpienie, na granicy wytrzymałości widzów, widzów ale nie tej publiczności zgromadzonej przed pałacem. Wymieniając imiona siedzących, witając po nazwisku jakąś panią z południa Polski mającą małą piekarnię, Karol Nawrocki dawał świadectwo tego, jak bliski ma kontakt z Narodem , któremu, jak sam mówił, każdego dnia służy i służyć będzie.
Oceniając na zimno to widowisko mogę powiedzieć, że to było dobrze zrobiona robota ludzi od budowania wizerunku. Rzucanie konkretnymi imionami w sytuacji, gdy na widowni siedzi kilkaset osób jest bezpieczne, przy takiej ilości uczestników zawsze możemy być pewni, że są wśród nich noszący to imię, tu nie ma niebezpieczeństwa wpadki.
Karol Nawrocki musiał zapamiętać tylko jedno nazwisko – tej pani mającej piekarnię, a to potrafi nawet kibol stadionowy.
Ważniejsze, po wielokroć bardziej jest to, czego Karol Nawrocki nie powiedział w tym ponad godzinnym, długim wystąpieniu. Karol Nawrocki ani razu nie odniósł się do narastającej agresji wobec Ukraińców mieszkających w Polsce, agresji przybierającej już formę agresji fizycznej nawet wobec dzieci, których jedynym przewinieniem było to, że rozmawiały ze sobą w języku ojczystym.
Karol Nawrocki nie odniósł się też do pomysłów zredukowania pomocy walczącej Ukrainie – patrz postulaty kandydata na premiera Przemysława Czarnka.
Ale Karol Nawrocki w tym długim wystąpieniu nie wymienił też nazwiska Jarosława Kaczyńskiego, człowieka, który go wymyślił jako kandydata w wyborach prezydenckich – to bardzo znaczące.
Karol Nawrocki w tym co opowiadał przed Pałacem Prezydenckim dawał jednoznaczne i kolejne dowody na to, że chce wprowadzić w Polsce system prezydencki, temu przecież ma być poświęcony projekt zmian w Konstytucji jaki przygotowują jego ludzie w jego Kancelarii.
To było wystąpienie maksymalnie populistyczne, budujące jego jako kogoś, kto ma najmocniejszy mandat do wypowiadania się w imieniu Polek i Polaków.
To smutny obraz Polski po roku prezydentury. W Polsce, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych nie ma wyborów połówkowych, po których idol Nawrockiego, Donald Trump pewnie przestanie być prezydentem.
W Polsce musi stać się coś innego, coś co uwolni nas od tego człowieka, który jest zaprzeczeniem wszystkiego tego, co winien mieć człowiek chcący być prezydentem Polski.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Podzielam wnioski Autora, a nawet poszedłbym o krok dalej. Po roku prezydentury Karola Nawrockiego coraz wyraźniej widać nie prezydenta wszystkich obywateli, lecz politycznego reprezentanta jednej strony i wykonawcę określonego projektu partyjnego. Zamiast łagodzić konflikty, wystąpieniami i milczeniem w ważnych sprawach społecznych pogłębia podziały. Prezydent powinien być gwarantem ciągłości państwa, strażnikiem Konstytucji i reprezentantem całej wspólnoty, a nie uczestnikiem permanentnej kampanii politycznej.
Dlatego potrzebny jest nie tylko komentarz publicystyczny, lecz także konkretny plan weryfikacji sprawowania tego urzędu.
Po pierwsze — rzetelna kontrola wyborów. Jeżeli istnieją poważne i udokumentowane wątpliwości dotyczące przebiegu wyborów prezydenckich, należy przeprowadzić niezależny audyt dokumentacji wyborczej oraz ponowne przeliczenie głosów w obwodach, których dotyczą zastrzeżenia. Nie może to być jednak decyzja polityczna, lecz działanie oparte na dowodach i zgodne z procedurą, ponieważ to Sąd Najwyższy stwierdza ważność wyboru Prezydenta RP i rozpatruje protesty wyborcze.
Po drugie — należy rozliczyć ewentualne naruszenia Konstytucji i ustaw. Nie chodzi o zemstę polityczną ani o karanie za poglądy, lecz o sprawdzenie konkretnych czynów, decyzji i zaniechań. Prezydent może odpowiadać przed Trybunałem Stanu za naruszenie Konstytucji, ustawy lub za popełnienie przestępstwa.
Po trzecie — w przypadku postawienia Prezydenta w stan oskarżenia jego urząd zostaje zawieszony, a obowiązki przejmuje Marszałek Sejmu. To nie jest pozakonstytucyjne „zastąpienie niewykonującego funkcji prezydenta”, lecz jasno przewidziana procedura państwa prawa. Wniosek może złożyć co najmniej 140 członków Zgromadzenia Narodowego, a uchwała o postawieniu Prezydenta w stan oskarżenia wymaga większości co najmniej dwóch trzecich ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego.
Po czwarte — jeżeli Trybunał Stanu potwierdzi naruszenia, należy zastosować przewidzianą prawem sankcję, łącznie ze złożeniem z urzędu. Tylko taka droga byłaby demokratyczną alternatywą dla dalszego dryfowania państwa w stronę systemu, w którym prezydent uzurpuje sobie rolę przywódcy politycznego ponad parlamentem, rządem i Konstytucją.
Państwo prawa nie może być zakładnikiem jednego człowieka — niezależnie od tego, czy chodzi o prezydenta, premiera, marszałka czy lidera partii. Nawrockiego trzeba więc oceniać nie według skuteczności propagandowego widowiska, lecz według jego zgodności z Konstytucją, odpowiedzialności za słowa i czyny oraz rzeczywistego stosunku do wszystkich obywateli Rzeczypospolitej.
Nawet jeżeli Trybunał Stanu i SN są zdewastowane i nieskore do wypełniania swoich obowiązków należy ich obowiązki artykułować wprost i dosadnie. Inaczej sprzeniewierzylibyśmy się wszystkiemu co Polska osiągneła po 1989 r. Podobnie jeżeli nie ma odpowiedniej większości w Zgromadzeniu Narodowuym sama inicjatywa jest potrzebna aby nie było niejasności.
Pan Sławek zaczyna od trafnej diagnozy Szczypińskiego, po czym — jak to ma w zwyczaju — natychmiast uruchamia komisję, procedurę, audyt, Trybunał Stanu i instrukcję obsługi demokracji. Problem w tym, że nie dowodzi rzeczy najważniejszej: jakie konkretnie czyny Nawrockiego miałyby dziś stanowić podstawę odpowiedzialności konstytucyjnej i skąd wziąć większość dwóch trzecich Zgromadzenia Narodowego.
Panie Sławku, zgadzam się z pierwszą częścią Pańskiego komentarza. Nawrocki coraz wyraźniej próbuje być nie prezydentem wszystkich obywateli, lecz politycznym właścicielem „narodu”, który — według jego własnej narracji — przemawia właśnie jego głosem. To jest niepokojące i warto o tym mówić bardzo głośno.
Potem jednak, odnoszę wrażenie, tradycyjnie uruchomił Pan całą machinę proceduralną, zanim ustaliliśmy, czy w ogóle mamy co do niej włożyć.
Pojawiają się: audyt wyborów, ponowne liczenie głosów, Trybunał Stanu, 140 członków Zgromadzenia Narodowego, większość dwóch trzecich, zawieszenie prezydenta i przejęcie jego obowiązków przez marszałka Sejmu. Jeszcze chwila, a spodziewałbym się załącznika z godzinami pracy sekretariatu.
Wszystko to jest oczywiście zgodnym z Konstytucyjnym opisem procedur. Tyle że procedura nie zastępuje przesłanki.
Jeżeli piszemy o „poważnych i udokumentowanych wątpliwościach” dotyczących wyborów, trzeba powiedzieć, o jakie konkretnie wątpliwości chodzi. Jeżeli mówimy o Trybunale Stanu, trzeba wskazać konkretne naruszenie Konstytucji lub ustawy, które mogłoby stać się podstawą postawienia prezydenta w stan oskarżenia. Nie wystarczy, że Nawrocki jest populistą, że rozszerza własną rolę, że fatalnie rozumie funkcję arbitra albo że mnie, Pana i zapewne jeszcze wielu innych ludzi doprowadza do ciężkiej politycznej niestrawności.
Trybunał Stanu nie jest środkiem na niesympatycznego prezydenta.
I całe szczęście.
Bo gdyby można było usuwać głowę państwa za kabotyństwo, samozachwyt, populizm i drażniący sposób przemawiania, historia III RP wyglądałaby znacznie bardziej dynamicznie, a wybory prezydenckie odbywałyby się mniej więcej co osiem miesięcy.
Jeszcze większy problem widzę w Pańskiej propozycji, aby procedurę uruchamiać nawet wtedy, gdy wiadomo, że nie ma wymaganej większości, ponieważ „sama inicjatywa jest potrzebna”.
Tu właśnie zapala mi się lampka ostrzegawcza.
Państwo prawa nie powinno urządzać procesów demonstracyjnych, nawet w słusznej sprawie. Jeżeli z góry wiemy, że nie mamy konstytucyjnych warunków do postawienia prezydenta przed Trybunałem Stanu, inicjatywa podjęta wyłącznie po to, „aby nie było niejasności”, staje się raczej politycznym happeningiem niż egzekwowaniem odpowiedzialności konstytucyjnej.
A Nawrocki tylko na to czeka.
Natychmiast dostałby wymarzony prezent: mógłby stanąć przed kamerą, wypiąć pierś i ogłosić, że oto elity próbują usunąć prezydenta wybranego przez naród, ponieważ ten broni zwykłych Polaków. Z politycznego kabotyna własnymi rękami zrobilibyśmy męczennika demokracji.
Podejrzewam przy tym, że bateria podskoczyłaby mu ze stu do stu dwudziestu procent.
Dlatego wolę rozwiązanie znacznie mniej widowiskowe, ale skuteczniejsze: punktować każde realne naruszenie prawa, każde przekroczenie kompetencji, każde kłamstwo i każdą próbę zawłaszczania państwa — konkretnie, z dokumentem w ręku.
Bez huku armaty, jeśli w magazynku mamy ślepaki.
Bo największym błędem przeciwników Nawrockiego byłoby zacząć naśladować jego sposób myślenia: skoro uważamy, że mamy rację moralną, to procedura jakoś się do niej dopasuje.
Nie. Właśnie tym powinniśmy się od niego różnić.
Nawrocki może uważać, że Konstytucja jest elastyczna jak guma treningowa.
My powinniśmy pamiętać, że Konstytucja jest Konstytucją.
I chyba właśnie na tym polega zasadnicza różnica między obroną państwa prawa a kolejnym politycznym widowiskiem.
Panie Zbigniewie, tym razem jestem z Panem właściwie po tej samej stronie barykady. Trafnie Pan uchwycił przede wszystkim starannie wyreżyserowany charakter tego widowiska: lud, piekarnia, imiona, wzruszenia, hymn, dzieci, odpowiednio reagująca publiczność i na końcu On — nie tyle prezydent, ile główny bohater własnego benefisu.
Dodałbym jednak jedną rzecz, która wydała mi się jeszcze ważniejsza od tego, czego Nawrocki nie powiedział.
Najgroźniejsze było to, co powiedział bardzo wyraźnie.
Kilka razy utożsamił siebie z narodem. Nie mówił już tylko, że reprezentuje część wyborców albo wykonuje mandat prezydenta. Ogłaszał, że jest „głosem Polek i Polaków”, a gdy parlament nie realizuje jego projektów, przedstawiał to nie jako normalny spór między konstytucyjnymi organami państwa, lecz niemal jako działanie przeciw obywatelom.
To zasadnicza różnica.
Jeżeli prezydent mówi, że jego projekty są wolą narodu, a odrzucenie jego referendum oznacza, że „tak nie wygląda demokracja”, choć Senat skorzystał dokładnie ze swoich konstytucyjnych kompetencji, to przestaje chodzić o retorykę wiecową. Zaczyna się oswajanie Polaków z myślą, że demokracja jest wtedy, gdy instytucje zgadzają się z prezydentem.
Podobnie wyglądała jego osobliwa arytmetyka: 259 ustaw podpisanych wobec 41 zawetowanych ma dowodzić kompromisowości. To trochę tak, jakby człowiek, który rozbił czterdzieści jeden szyb, tłumaczył, że przecież dwustu pięćdziesięciu dziewięciu nie rozbił. Znaczenie ustawy nie zależy od liczby kartek, lecz od jej skutków.
I jeszcze te dumne „100 procent baterii”. Właśnie to mnie zaniepokoiło najbardziej. Nie dlatego, że prezydent ma energię, lecz dlatego, że po roku konfliktów, rekordowych wet, sporów kompetencyjnych i prób poszerzania własnej władzy nie ma w nim nawet śladu wątpliwości. Ani promila, jak sam powiedział. Człowiek absolutnie pewny siebie, przekonany, że działa w imieniu narodu i że to instytucje mają dostosować się do niego, jest znacznie groźniejszy od zwykłego politycznego kabotyna.
Zgadzam się też, że pominięcie nazwiska Jarosława Kaczyńskiego było wymowne. Ojciec polityczny nie został zaproszony nawet do przypisu. Nawrocki nie chce już być kandydatem PiS. Chce być właścicielem całej prawej strony sceny i patronem przyszłej większości.
Dlatego powiedziałbym, że nie oglądaliśmy jedynie populistycznego wiecu dobrze przygotowanego przez specjalistów od wizerunku.
Oglądaliśmy prezentację projektu politycznego.
Państwo ma być słabsze od prezydenta. Parlament ma przeszkadzać albo potwierdzać jego rację. Konstytucja ma być dobra tam, gdzie wzmacnia Pałac, i wymagająca poprawy tam, gdzie go ogranicza. A naród ma coraz częściej mówić głosem Karola Nawrockiego.
I to właśnie, bardziej niż piekarnia, imiona z widowni czy nawet stadionowy temperament Jubilata, powinno nas niepokoić.
Bo kabotyn bywa śmieszny.
Kabotyn przekonany, że jest narodem, przestaje być tylko śmieszny.
Ten „naród” Nawrockiego to połowa Narodu, druga połowa głosowała nie na Nawrockiego a na Trzaskowskiego. Ale tego Nawrocki nie mówi, dla niego naród to tylko ci, którzy głosowali na niego.
A te 55% poparcia jakie ma obecnie to znacznie mniej niż poziomy poparcia jego poprzedników – nawet Duda, nie mówiąc o Kwaśniewskim czy Komorowskim mieli je znacznie wyższe po roku prezydentury.
Ale pełna zgoda – to nie jest tylko śmieszne, to jest groźne…
Panie Zbigniewie, przywołane przez Pana procenty to nie poparcie, ale poziom zaufania społecznego, a to zupełnie inna kategoria. Sprawdziłem jak to wyglądało dla poprzednich prezydentów.
Najwyższe zaufanie po porównywalnym okresie miał Aleksander Kwaśniewski podczas drugiej kadencji — 82%. W pierwszej kadencji było to 64%, czyli mniej więcej tyle, ile uzyskiwał Andrzej Duda po około roku.
Bardzo mocno wypadał również Bronisław Komorowski — 74%, natomiast Andrzej Duda miał 62%.
W tym samym zestawieniu Lech Kaczyński miał po 14 miesiącach 43%.
W przypadku Lecha Wałęsy początkowy kredyt zaufania szybko się zmniejszał: wynosił 60% po około dwóch miesiącach, 51% po pięciu miesiącach i 49% po ośmiu miesiącach. Dlatego jego wynik po ok. roku można określić jako około 49–50%, z zastrzeżeniem, że nie ma tu tak samo precyzyjnego punktu pomiarowego jak dla późniejszych prezydentów.
Karol Nawrocki po roku prezydentury ma 55% zaufania według lipcowego badania CBOS, przy 33% nieufności i 9% obojętności. Jest to wynik wyraźnie wyższy od wyniku Andrzeja Dudy po analogicznym okresie, ale niższy od notowań Kwaśniewskiego i Komorowskiego.
Ważne zastrzeżenie
Nie są to w każdym przypadku pomiary dokładnie w 12. miesiącu. Dla starszych prezydentów CBOS publikował zestawienia w innych terminach, a w przypadku Nawrockiego dysponujemy aktualnym badaniem z lipca 2026 r. Ponadto „zaufanie do osoby” i „dobra ocena działalności prezydenta” to różne pytania — przykładowo działalność Nawrockiego w lipcu dobrze oceniło 56%, czyli o jeden punkt więcej niż wynosiło deklarowane zaufanie.
Najkrócej: Kwaśniewski II — 82%, Komorowski — 74%, Kwaśniewski I — 64%, Duda — 62%, Nawrocki — 55%, Wałęsa — około 49–50%.
Dobre oceny działalności
Odpowiadają na pytanie, czy prezydent dobrze wypełnia obowiązki, a nie ogólne zaufanie do osoby. Pod względem dobrej oceny działalności po około roku:
Nawrocki — 56%,
Kwaśniewski — 58%,
Wałęsa — 60% już po miesiącu,
Komorowski — 48%,
Duda — około 45%.
Najbardziej porównywalne są dane dla Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Dudy i Nawrockiego. Wynik Wałęsy trzeba traktować osobno, ponieważ dla tego okresu pytano o sympatię, a nie o ocenę wykonywania obowiązków.
Panie Sławku. Dziękuję za korektę, traktuję oba te wskaźniki jako dodatnie oceny a więc powiązane ze sobą. Ale precyzja jest precyzja. Przy nawet precyzyjnym rozumieniu tych pojęć jest dla mnie niepojęte jak taki człowiek ma takie oceny, smutne…
Panie Zbigniewie – wątpliwości „niepojęte jak taki człowiek ma takie oceny”… podziela w Polsce duża część populacji. Warto zobaczyć jak je intepretuje sztuczna inteligencja – ściślej Perplexity, czyli asystent AI. Do przygotowania materiału wykorzystał analizę językową oraz informacje z przywołanych wyników sondaży i źródeł internetowych:
„Co naprawdę wynika z badania
W lipcowym badaniu CBOS, przeprowadzonym 2–12 lipca 2026 r. na próbie 938 osób:
• 55% deklarowało zaufanie do Karola Nawrockiego, 33% nieufność, a 9% obojętność. tvn24
• 56% dobrze oceniało jego działalność, 37% oceniało ją źle, a 7% nie miało zdania. wiadomosci.onet
Różnica między 55% a 56% nie ma praktycznego znaczenia — mieści się w granicach błędu pomiaru i najpewniej nie oznacza, że jeden procent badanych zmienił pogląd. Co więcej, nie wiemy, czy dokładnie te same osoby zadeklarowały zaufanie i dobrą ocenę działalności.
Dlaczego wynik może dziwić
1. To nie jest poparcie dla całego człowieka
Respondent może uważać, że Nawrocki w miarę dobrze wykonuje funkcję prezydenta, ale jednocześnie:
• nie ufa mu osobiście;
• nie popiera PiS ani jego zaplecza;
• nie głosował na niego;
• nie chciałby, aby został ponownie wybrany;
• krytycznie ocenia jego poglądy, styl lub przeszłość.
Odpowiedź „dobrze wypełnia obowiązki” może więc oznaczać raczej: „jak dotąd nie oceniam jego prezydentury źle”, a nie: „jestem jego zwolennikiem”.
2. Urząd prezydenta daje kredyt zaufania
Prezydent jest oceniany także jako instytucja państwa: reprezentuje Polskę, podpisuje ustawy, występuje publicznie i pełni funkcję arbitra. Część osób może pozytywnie oceniać sam fakt, że — ich zdaniem — „sprawuje urząd poprawnie”, nawet jeśli nie darzy go sympatią.
To zjawisko nie jest wyjątkowe dla Nawrockiego. Po około roku działalność Bronisława Komorowskiego dobrze oceniało około 48%, Andrzeja Dudy około 45%, a Aleksandra Kwaśniewskiego 58% w przywoływanych pomiarach. Wyniki prezydenta należy więc porównywać z oceną poprzedników, a nie z własnym wyobrażeniem o jego politycznej popularności.
3. Nawrocki korzysta z wyraźnej polaryzacji
W przypadku Nawrockiego działa mechanizm „swojego prezydenta” dla jednej części społeczeństwa i „prezydenta obozu przeciwnego” dla drugiej. Jego twardy elektorat może wystawiać mu dobre oceny nawet wtedy, gdy nie zgadza się z każdym posunięciem. Z kolei część przeciwników może oceniać niektóre działania pozytywnie, mimo niechęci politycznej.
Wynik 56% oznacza więc niekoniecznie powszechny zachwyt, lecz prawdopodobnie połączenie:
• poparcia jego własnego obozu;
• umiarkowanych ocen osób niezdecydowanych;
• kredytu zaufania przysługującego nowemu prezydentowi;
• pozytywnej oceny pojedynczych działań, niezależnie od stosunku do jego osoby.
Czy 56% to rzeczywiście bardzo dużo?
To dobry wynik, ale nie oznacza, że Nawrocki ma poparcie większości społeczeństwa dla całej swojej polityki. Przeciwna ocena wynosi 37%, czyli jest bardzo wysoka, a tylko 7% badanych nie potrafiło odpowiedzieć. Bilans ocen wynosi zatem około +19 punktów procentowych — korzystny, lecz przy znacznym podziale społecznym.
Trzeba też pamiętać, że badanie przeprowadzono w pierwszym roku kadencji i w konkretnym momencie politycznym. W czerwcu ocena działalności wynosiła 51%, a w lipcu wzrosła do 56%; CBOS odnotował więc poprawę o 5 punktów, ale nie dowodzi to jeszcze trwałej tendencji. wiadomosci.onet
Najprostsza odpowiedź:
To, że 56% badanych dobrze ocenia działalność Nawrockiego, nie znaczy, że 56% Polaków go podziwia, ufa mu we wszystkich sprawach albo popiera jego obóz polityczny. Jedno pytanie dotyczy oceny dotychczasowego wykonywania urzędu, drugie osobistego zaufania, a trzecie — ewentualnego poparcia politycznego. Nawrocki może więc mieć dobre notowania dzięki kredytowi urzędu, poparciu własnego elektoratu i umiarkowanym ocenom części niezdecydowanych, nawet jeśli dla wielu innych osób jego popularność wydaje się niezrozumiała.
Najważniejsza korekta brzmi więc: 56% to nie „poparcie dla Nawrockiego jako człowieka”, tylko odsetek osób, które w lipcu 2026 r. pozytywnie oceniły jego dotychczasową działalność prezydencką.”
Podziwiam Pana Sławka za precyzyjne opracowanie poziomu zaufania wszystkich kolejnych prezydentów z ostatnich trzydziestu lat i za dokładną instrukcję co należy „uruchomić” w przypadku prezydenta Karola Nawrockiego, nawet jeżeli nie ma jasnych podstaw.
Pełna zgoda z Panem Krzysztofem Bielejewskim, że w takiej sytuacji mielibyśmy wybory co osiem miesięcy.
Mam wątpliwości czy byłoby to korzystne dla „Najjaśniejszej Rzeczpospolitej”.
Myślę, że nie należy iść tą drogą.
Profesor Ryszard Piotrowski/konstytucjonalista/, wiem, że zostanę skrytykowana, bo to prawica. Nie znam wszystkich wypowiedzi, nie studiuje poglądów profesora Ryszarda Piotrowskiego.
Jedna zdanie mi się podoba. „Prawdziwa demokracja kończy się tam, gdzie zaczyna się zemsta”.
Pani Lucyno – dziękuję za miłe słowa, chociaż znaczną część pracy wykonał mój asystent AI. co zaznaczyłem.
Zaś co do sytuacji z Nawrockim – tak długo jak nie zostaną przeliczone głosy tak długo nie będziemy mieli rzetelnej informacji jaki był rzeczywistty wynik wyborów. Nawet jednak ta celowo zaniżona do kilkudziesięciu komisji próbka gdzie głosy zostały przeliczone wskazuje na tak dużą skalę fałszerwstw, że w wiekszości państw europejskich z urzędu wybory zostałyby powtórzone. To jedna z najpoważniejszych słabości naszego państwa.
Zwycięstwo Batyra i ewnetualne prawicy w nadchodzących wyborach to prosta droga do obalenia porządku demokratycznego, państwa prawa i polexitu. Już raz przodkowie współczesnej polskiej patoprawicy w sojuszu z Kościołem KRK obalili ojczyznę w latach 1772 do 1795 i zrobią to ponownie. Proszę nie mieć złudzeń.
Profesor Piotrowski jak wielu prawników jest konstytucjonalistą „obrotowym”. Kiedy PiS wraz z Dudą łamali konstytucję w latach 2015-2025 milczał. Teraz, kiedy koalicja demokratyczna próbuje nieśmiało prywracać powagę i rządy konstytucji protestuje. Przyjął zaproszenie do rady d/s nowej kosntytucji przy NAwrockim, choc publicznie głosi, e nowa konstytucja nie jest potrzebna.