Sławomir Popowski: Mamy dziś Święto!5 min czytania

()

2012-06-04. 4 czerwca – rocznica pamiętnych wyborów z 1989 r – nie jest jeszcze czerwoną kartką w naszym narodowym kalendarzu, ale wcześniej, czy później – tak właśnie się stanie. Rocznicę tę będziemy świętować tak samo, jak dziś świętujemy 11 listopada, czy 3 maja. Bo jedynie z tymi świętami można porównać to, co stało się 23 lata temu… I nie tylko dlatego, że po kilku dziesięcioleciach pożegnaliśmy się z przekleństwem jałtańskim i komunizmem, ale również z tego powodu, a może przede wszystkim dlatego, że potrafiliśmy tego dokonać bez jednej niepotrzebnie przelanej kropli krwi, bez powstania, rewolucji, barykad i wieszania, (czego wielu prawicowych radykałów do dziś nie może odżałować).

Pamiętam nastrój tamtych dni. I to w miejscu, które w pojęciu części najbardziej nieprzejednanych prawicowców, było symbolem wszystkiego co najgorsze i najbardziej komunistyczne: w Moskwie. Według ich przekonania, wysyłano tam – rzekomo – tylko najbardziej sprawdzonych „towarzyszy”. Nie prawda, a już na pewno nie cała. Ambasada, oficerowie, (razem z rodzinami) oddelegowani do pracy w strukturach dawnego Układu Warszawskiego, polscy pracownicy RWPG i licznych przedstawicielstw central handlowych… w sumie, tylko w Moskwie, było to ok. 10 tys. ludzi, a razem z polskimi robotnikami na radzieckich budowach – prawie 30 tys. Otóż, nawet w tej społeczności i do tego, podobno, tak „skomunizowanej” – 60 proc głosujących odrzuciło listę partyjno-rządową i wybrało „Solidarność”. Było to wielkim zaskoczeniem nawet dla Leona Bójki, który przyjechał na wybory do Moskwy, jako mąż zaufania strony „solidarnościowej” i był przekonany, że gdzie, jak gdzie, ale w „jaskini lwa” trudno liczyć na zwycięstwo.

Skłamałbym pisząc, że ekscytowaliśmy się wówczas rezultatami obrad „okrągłego stołu”. Dominowało raczej uczucie, że oto zbliżamy się do finału pewnego etapu naszej historii; że system „realnego socjalizmu”, w którym wyrośliśmy i żyliśmy dotąd wyczerpał swoje możliwości i tak naprawdę jest już martwy. Gdzieś podział się też nasz strach przed radzieckim „Wielkim Bratem”, skoro – wchodząc w okres „pieriestrojki” – oficjalnie odrzucił on „doktrynę Breżniewa” i sam znajdował się w stanie przybierających na sile ruchów tektonicznych, które za dwa lata miały doprowadzić do rozpadu radzieckiego Imperium.

Wtedy, w 1989 r, nikt tego jeszcze nie przewidywał; gorbaczowowska „pieriestrojka” dopiero osiągała swoje apogeum. W ZSRR właśnie odbyły się wybory deputowanych na Zjazd Deputowanych Ludowych, w których po raz pierwszy w radzieckiej historii kandydatów do mandatów poselskich zgłaszała nie tylko rządząca partia komunistyczna, ale również organizacje społeczne i różnego rodzaju niezależne komitety wyborcze, co zaowocowało tym, że po raz pierwszy w radzieckim systemie politycznym pojawiła się legalna opozycja demokratyczna…

Dla nas, wciśniętych w Jałcie w radzieckie kleszcze, było to jak uchylenie „okna możliwości”, być może tylko na krótko, czego wówczas nikt nie był w stanie przewidzieć. Ale chwała wszystkim uczestnikom obrad „okrągłego stołu”, niezależnie od tego po której stronie zasiadali, że – nie boję się użyć tego słowa – tej szansy historycznej nie zmarnowali, później zaś, gdy koniunktura zaczęła się zmieniać, pozostali lojalni wobec partnerów „okrągłostołowego” porozumienia. Może właśnie dlatego wybrany w 1989 r „Sejm kontraktowy” okazał się jednym z najbardziej reformatorskich w historii naszego parlamentaryzmu, zmienił Polskę, jak żaden inny, do samych fundamentów, z czego do dziś korzystamy.

Skłamałbym twierdząc, że większość z nas głosowała za listą „solidarnościową” wyłącznie z powodów czysto ideowych. Jakkolwiek by je definiować. To była raczej wielka nadzieja, że Polska może być normalnym krajem europejskim, ze sprawnie funkcjonującym systemem demokratycznym, gwarantującym nasz dalszy, „normalny” rozwój, że uda się wreszcie, nawet za cenę bolesnych reform, wejść na ścieżkę, która pozwoli nadrobić cywilizacyjne zapóźnienie wobec innych państw europejskich oraz dogonić ich poziom życia…

I to się w dużej mierze udało. Mimo pierwszej „wojny na górze” i mimo szaleństw IV RP, która wszystko to chciała wywrócić do góry nogami. Zgoda. Można się dziś sprzeczać, czy cena, jaką przyszło nam płacić za transformację nie okazała się zbyt wysoka, czy ciężar jej kosztów był sprawiedliwie rozłożony i czy słusznie postępujemy, wyrzucając poza nawias naszej historii cały okres PRL–u, ale jedno jest pewne: właśnie wówczas, w 1989 r, stworzony został fundament ustrojowy i ideowy, na którym od 23 lat opiera się konstrukcja polskiego państwa. To dłużej, niż istniała II RP, nie mówiąc już o zrywie reformatorskim Polski Konstytucji 3 Maja, która przetrwała zaledwie kilkanaście miesięcy. I jeśli dziś, tak jak Zbigniew Brzeziński, mówi się o „najlepszej dla Polski koniunkturze politycznej i międzynarodowej”, jeśli jesteśmy dziś częścią Europy, coraz bardziej znaczącym członkiem Europejskiej Wspólnoty i NATO, to początek temu wszystkiemu dały właśnie czerwcowe wybory z 1989 r.

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Być może dlatego, że przypadająca dziś 20 rocznica upadku rządu Jana Olszewskiego jest bardziej „okrągła”, mówimy i piszemy o niej częściej niż o Czerwcu 1989. Niesłusznie. W naszej historii to był tylko epizod. O tyle istotny, że była to pierwsza i – na szczęście – nieudana próba stworzenia rządu „ideologicznego”, który – również jako pierwszy – usiłował unieważnić pytanie „jaka Polska”, zastępując je innym: „czyja?” – Dla nacjonalistyczno-klerykalnej opozycji, nie wiadomo dlaczego nazywanej „narodowo-patriotyczną”, czy „niepodległościową” – co jest rodzajem semantycznego nadużycia i próbą, jak to się ładnie mówi, narzucenia własnej narracji historycznej – to ciągle najważniejsza kwestia. I pewnie dlatego tak chętnie nawiązuje ona do tradycji, w istocie nieudolnego, rządu Jana Olszewskiego. W rzeczywistości jest to jedynie to samo bezgraniczne marzenie o władzy absolutnej, wykluczającej z życia publicznego wszystkich, którzy nie podzielają jej ideowych przekonań i fobii, a nawet – jak w przypadku niektórych – marzeń o wieszaniu. To rodzaj bolszewizmu, tyle że w kolorze czarnym.

Sławomir Popowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

20 komentarzy

  1. Julka 04.06.2012
  2. ewkas 04.06.2012
  3. Julka 04.06.2012
    • Cezary Bryka 05.06.2012
      • Dąbrowski 05.06.2012
    • Anna Malinowska 05.06.2012
  4. kuba 04.06.2012
  5. Anna Mosiewicz 05.06.2012
    • kuba 05.06.2012
    • Julka 05.06.2012
      • andrzej Pokonos 05.06.2012
  6. Magog 05.06.2012
  7. Anna Mosiewicz 05.06.2012
    • kuba 05.06.2012
      • BM 05.06.2012
        • kuba 06.06.2012
  8. andrzej Pokonos 05.06.2012
    • kuba 05.06.2012
  9. andrzej Pokonos 06.06.2012