Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko14 min czytania

()

2012-06-30. Będę tu opowiadał, jak odkrywałem Atlantydę, i to tak niedaleką, w odległości w prostej linii około tysiąca kilometrów od Warszawy. Nie przesadziłem ani słowem. Będę starał się, w miarę moich skromnych możliwości, ożywić tę Atlantydę, republikę sprzed lat blisko tysiąca, tak ważną dla dnia dzisiejszego. Chodzi bowiem o szansę na inną tożsamość jednego z największych narodów świata. Czyli – o pytanie, czy da się odzyskać inną przeszłość Rosji…

Tak tę moją opowieść proszę czytać. Jeśli zainteresuje naszych Czytelników, wydawca książki może ją wznowić w obecnej wersji – ale po Internecie rzadko się to robi.


 

Byli wśród nas i grali jazz. Grali cool, jazz  brubeckowski w stylu, wysmakowany, intelektualny, ale ciepły, spontaniczny, pełen rosyjskiej muzykalności. Grali amerykańskie standardy, jakby w jazzie wyrośli, a my cieszyliśmy się nimi.  Kochaliśmy jazz – w niezgodzie na kłamstwo strasznego czasu, który mijał z Polskim Październikiem 1956. Ci Rosjanie, grający jazz, byli naszymi braćmi. Ale jeden z tematów, który grali, nosił tytuł odmienny od amerykańskich standardów, dziwny wręcz i zastanawiający – „Gospodin Wielikij Nowgorod”. I nikt nie wiedział, co by to miało znaczyć.

„Pan Nowogród Wielki” pobrzmiewał poezją, miłością i dumą z wielkiego niegdyś miasta. U nas w ten sposób nie mówiło się o żadnym mieście… Oni zaś nie tłumaczyli niczego. Grali. I nikt z uczestników warszawskiego Jazz Jamboree nie odgadywał, że kwintet Wadima Sakuny improwizuje na cześć umarłej wielkiej demokracji, na temat zaginionej cywilizacji. A solówki Wadima były przykuwające.

Po dziś dzień nie wiem, skąd się wzięła u jazzmanów tęsknota przed wiekami na wieki przeklęta. Bo mój przyjaciel stamtąd, z Rosji, człek szeroko wykształcony, a gorzki w środku aż po samo dno duszy, zwykł był mawiać z melancholią, przyglądając się w Warszawie 1980 roku naszej Solidarności – „Czegóż chcesz, my nie mamy nie tylko wspomnień o demokracji, nam nie zostały nawet wspomnienia po marzeniach o demokracji”.

A przecie Sasza nie był pierwszym rosyjskim pesymistą. Ani nawet jego pesymizm nie był pomiędzy pesymizmami rosyjskimi najgłębszy. Pamiętam swój wstrząs, kiedy w „Historii Rosji” naszego Ludwika Bazylowa trafiłem na cytaty z Piotra Czaadajewa, byłego oficera gwardii, przyjaciela dekabrystów, filozofa wyklętego w Rosji tak carskiej, jak i sowieckiej, który w roku 1836 przez niedopatrzenie cenzora opublikował, co myśli o własnym kraju. Wedle Czaadajewa ani wczorajszy, ani dzisiejszy dzień Rosji nie zawierały niczego pozytywnego, żadnego światła, żadnego postępu, a jutro też nie obiecywało niczego lepszego. Bo Rosja szła zawsze własnymi drogami, nie uczestniczyła w rozwoju cywilizacyjnym Zachodu, a chrześcijaństwo, przyjęte z Bizancjum, nie umożliwiało ani doskonalenia się, ani rozwoju. Nie zaznała więc Rosja żadnego samodzielnego rozwoju, ani też nie korzystała z cudzych doświadczeń. Wczesne dzieje Rusi to dzikie barbarzyństwo, a potem upokarzające jarzmo, narzucone przez mongolskich najeźdźców. „Patrząc na nas, można by powiedzieć, że nie odnoszą się do nas powszechne prawa ludzkości. Sami w świecie, nic mu nie daliśmy… – pisał Czaadajew. – W ciągu całego naszego istnienia nie zrobiliśmy nic dla wspólnego dobra ludzi, żadna pożyteczna myśl nie zrodziła się na naszej bezpłodnej glebie… Gdy cały świat przebudowywał się od podstaw, myśmy nie wznieśli nic nowego, lecz po dawnemu wegetujemy w swoich lepiankach” (tłum. Ludwik Bazylow).

Nie mogę odpowiedzieć Czaadajewowi. Mogę jednak odpowiedzieć mojemu dawnemu przyjacielowi. To nieprawda, Sasza. Macie za sobą i przeszłość demokracji, i wspomnienie o niej. Wielkie i niezwykłe. Ale właśnie – za sobą. Bo to wspomnienie zabito i wymazano z Waszej narodowej pamięci. Dawno. Bardzo dawno temu. Już pamięć Czaadajewa była pusta, bo jego związki z dekabrystami, którzy coś wiedzieli lub intuicyjnie odgadywali, były zbyt luźne i odległe.

Tajemniczy temat Wadima Sakuny utkwił mi na lata w głowie. I dopiero po trzydziestu prawie latach rozszyfrowałem zagadkę. Przypadkiem: w roku 1985 szukałem czegoś w polskiej wielotomowej Encyklopedii Powszechnej pod literą N i otworzyła mi się strona z hasłem „Nowogród Wielki”. Przeczytałem tekst hasła. I w nim znalazłem odpowiedź: Wadim Sakuna grał po prostu swoje wyznanie wiary, inaczej niemożliwe wówczas do wypowiedzenia. Bowiem w roku 1136 republika miejska Nowogrodu Wielkiego przybrała tytuł „Pan Nowogród Wielki”, „Gospodin Wielikij Nowgorod”.

Nie muszę dodawać, że w Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej tę informację w haśle „Nowgorod Wielikij” pominięto. Dlatego zacząłem szukać Nowogrodu Wielkiego. Nie wiedząc wtedy jeszcze, że odkryję – inną Rosję. Poświęciłem jej – z przerwami – dwadzieścia kilka lat. Ciągle trafiałem na coś nowego. Odkryłem inny obraz nawet epoki początków, którym poświęciłem kilkanaście lat temu pierwszą swoją książkę pod tytułem „Pan Nowogród Wielki”. Kimś innym okazali się i rabusie, wpływający z Bałtyku na ziemie przyszłej Wielkorusi, i sprowadzeni dla ochrony przed tymi najeźdźcami inni Skandynawowie. Odkrywałem też mity i fantazję tej nieodległej Atlantydy, do dziś wymagające szerokich badań, zapomniane jak i ona sama.

Nowogród musiał umrzeć

Białą zimą, w styczniu 1570 roku, czarno ubrani ludzie na czarnych koniach przyszli ćmą wielką pod Nowogród Wielki. Na czaprakach mieli wyszyte znaki złowieszcze – miotły i psie głowy, bo oprycznicy przysięgali carowi Ruś dla niego oczyszczać od zdrady i zagryźć każdego, kto mu się sprzeciwi.

Oprycznina przyszła z rozkazu cara zabić Wielki Nowogród. Na to car stworzył opryczninę, swoją gwardię ochronną, za to jej płacił – pieniędzmi z haraczu od bojarskiej „ziemszczyny”, ziemiami przesiedlonych bojarów, skonfiskowanymi dobrami ofiar; dlatego oprycznicy pokochali zabijać ludzi i męczyć, pokochali rabować, niszczyć i palić.

Kilka tysięcy zbójów bez czci i sumienia, „opricznyj dwor” Iwana IV Groźnego, przez siedem lat siało strach i śmierć po ziemiach Rusi. Ale ze wszystkich mordów i grabieży zasłynął najszerzej mord na Wielkim Nowogrodzie.

Białą zimą zaroiła się czernią okolica, oprycznicy wdarli się do monasterów i cerkwi, żadnej świętości nie przepuścili. Opieczętowali skarbce; mnichów i popów na drogi wypędzili, zakuli w przywiezione wozami kajdany, pognali do miasta, na placach pod otwartym niebem stać miały godzinami setki milczących brodatych postaci, patrząc, jak czarni ludzie rozwalają bramy i drzwi miejscowych domów i klasztorów, jak wywlekają z nich kupców, bojarów, popów i mnichów, kobiety, starców i dzieci, kopiąc, bijąc, dźgając i naigrawając się z nieszczęsnych.

Poszedł archijerej nowogrodzki, Pimen, do cara błagać o łaskę dla nich. Car zwymyślał go najpierw; usłyszał Pimen, że jest „wilkiem, drapieżcą, niszczycielem i zdrajcą”, a potem, że mniej mu przystoi być archijerejem, niż dudarzem albo niedźwiednikiem. Na rozkaz cara przyskoczyli słudzy, ujęli Pimena i odarli z kościelnych szat, po czym wsadzili siłą na klacz źrebną i przywiązali do niej, krępując mu nogi pod brzuchem kobyły. Car sam wetknął zmartwiałemu Pimenowi w ręce multanki, czyli dudy z miechem, jakimi posługiwali się przy swych popisach niedźwiednicy, i powiedział, że bardziej mu one przystoją niżeli urząd władyki, prawosławnego biskupa. Kazał mu dąć w dudy, kobyłę z dmącym w dudy arcybiskupem na grzbiecie prowadzono przez całe miasto, by upokorzyć i Pimena, i Nowogród.

Potem wyszedł car do swych ludzi i dał znak. Rzucili się oprycznicy z pałkami na stłoczony tłum. Pracowali długo, trzaskały czaszki, pryskały mózgi, aż trupy wszystkich zaległy śnieg. A oni, elita Wielkiego Nowogrodu, i tak łatwiejszą mieli śmierć: przez pięć tygodni od tego dnia oprycznina nurzała się we krwi męczonych nieludzko Nowogrodzian, by storturowanych topić potem pod lodem w przeręblach płynącego przez miasto Wołchowa, topić mężczyzn, kobiety, dzieci, niemowlęta, tak, by nie przetrwał nikt, kto by mógł opowiedzieć o Wielkim Nowogrodzie. Bo nie chodziło o rozprawę z przywódcami. Chodziło o śmierć całego Nowogrodu Wielkiego.

Wedle relacji współczesnych wrzucano wybranych, co bogatszych mieszczan do kotłów z gotującą się wodą, by z nich wydobyć zeznania o ukrytych skarbach. Nie wydają się te informacje przesadą, nie odbiegają od stylistyki rządów Iwana. W Narwie podobno karmił żebraków mięsem ludzkim z ugotowanych zwłok pomordowanych ludzi, wszystko tam było możliwe. Złupił i spalił sto kilkadziesiąt okolicznych klasztorów, mnichów ścinał i wieszał, trupy ich topił. Mówiono, że dziennie ginęło przez te pięć tygodni do tysiąca ludzi. Wedle jednych źródeł zamordowano osiemnaście tysięcy, wedle innych – sześćdziesiąt tysięcy osób. Wywożono, co się wywieźć dało; czego się nie dało zagrabić, niszczono, po odejściu opryczniny stało w mieście ledwie co dziesiąte domostwo. Ślad nie mógł przetrwać, by nie zarazić pamięcią Wielkiego Nowogrodu tych, których tu car osiedli.

Zostały tylko freski w sławnych soborach i martwa zimowa cisza Północy. W najsłynniejszym, najstarszym soborze, Soborze Świętej Sofii, Świętej Mądrości Bożej, na fresku w głównej kopule, Chrystus Pantokrator, Wszechwładny, z zaciśniętą w pięść ręką, nie otworzył dłoni, by – jak zapowiadała legenda – Nowogród rozleciał się w gruzy. Nowogród nie rozpadł się. Miał istnieć. Ale już nie jako Nowogród Wielki.

Car wiedział, że trzeba zniszczyć Nowogród – całkowicie. Pamiętał o doświadczeniu swego dziada, Iwana III, zwanego nie bez kozery – Srogim. Ten pokonał już raz Nowogrodźców niecałe sto lat wcześniej, w 1478 roku, a był to pojętny uczeń Tatarów, wyprzedzający mentalność radziecką nauczyciel władców Rosji, z lekcjami udzielanymi potomnym po wieczne czasy, poczynając od swego syna i wnuka aż po Josifa Wissarionowicza Stalina. Orientował się, że nie wystarczy tej republiki zmusić do posłuszeństwa, bo wtedy co najwyżej przycichnie ona i podniesie znowu głowę przy pierwszej lepszej okazji. Więc zastosował środki, swoim zdaniem, radykalne: pobiwszy w 1471 roku wojska nowogrodzkie, całą, ale to całą elitę bojarów Nowogrodu przesiedlił na swoje ziemie, na Niż, czyli Niz, ziemię „Nikowską”, międzyrzecze Oki i Wołgi, do Moskwy, Kołomny, Muromu, Niżnego Nowogrodu, aresztował i wywiózł przywódczynię partii wolności w Nowogrodzie Wielkim, waleczną Marfę (Martę) Borecką, „posadnicę”, wdowę po ostatnim „posadniku” Nowogrodu, Isaaku Andrejewiczu Boreckim, a skonfiskowane Nowogrodźcom włości, w tym i Boreckich, nadał swoim, sprowadzonym tu „niżowcom”.

Teraz będzie inaczej, wyobrażał sobie Iwan. Opisywał dzieło Iwana Walentin Janin, jeden z tych, dzięki którym Nowogród odezwie się po wiekach sam: „Nowogród zapełniają ludzie nowi, korzenie których pozostały w innej glebie. W nowym miejscu otaczają ich jakby pnie zrąbanego, ale nie wykarczowanego lasu, mogiły cudzych ojców i przodków”.

Janin odnotuje, że ci nowi ludzie przynieśli tu ze sobą swoje odmienne gusty: zaczęło się od tej pory w Nowogrodzie inaczej budować, inaczej malować ikony, eklektyczna transformacja zniszczyła i formę cerkiewnych kopuł, i koloryt nowogrodzkiego malarstwa. Cóż, tak odbiera się treść katastrofy przy wrażliwości człowieka sztuki, którym w głębi ducha jest Janin, wielki archeolog, badacz i prawa, i pieniądza, i systemu władzy Nowogrodu; dlatego mój czcigodny przyjaciel nie zwrócił uwagi, że ci nowi nie zmienili Nowogrodu, że, przeciwnie, to Nowogród zmienił ich. Zostaną bowiem i oni – Nowogrodźcami. Tak samo niepoprawnymi, jak tamci, przesiedleni na „Nizowie”.  Dlatego Iwan Groźny będzie musiał dzieło Iwana Srogiego – skorygować. Zamknąć ostateczną pointą.

Już Srogi zabrał miastu zwołujący Nowogrodźców słynny dzwon wiecowy, symbol republiki. Przetopiono dzwon w Moskwie i odlano zeń inny; zawieszono go potem w sercu stolicy, dla upamiętnienia triumfu nad Nowogrodem Wielkim. Ale miał to być dzwon alarmowy i wszyscy wiedzieli w Moskwie, z czym się kojarzy. Lud Moskwy zwał go „wzbudzającym trwogę”.  Carowie przekazywali sobie najwidoczniej uraz do tego dzwonu z pokolenia na pokolenie – dwieście lat później, w roku 1681, car Fiodor Aleksiejewicz obudził się kiedyś nocą zlany potem i zdało mu się, że dzwon alarmowy sam bije, co wedle moskiewskiego miejskiego przesądu wieściło największe nieszczęścia. Zwołał rano car swoich doradców i wspólnie postanowili dzwon – zesłać. Zesłać daleko, jak najdalej, hen, na północ, do fińskiej Karelii, w lasy i bagna, byle tylko dźwięk jego nigdy już nie dotarł do Moskwy.

Być może jakiś archeolog lub jakiś przypadek odkryje gdzieś w zaoneskich ostępach ów zesłany dzwon i Rosja usłyszy znowu głos swojej, czyli nowogrodzkiej wolności… Ale wtedy, po roku 1478, sprowadzeni tu „niżowcy” zostali Nowogrodźcami bez wezwań dzwonu. Duch republiki okazał się silniejszy. Dlatego po niecałych stu latach należało dokonać egzekucji nieodwracalnej.

Iwan Groźny nie miał innego wyjścia jak zabić Nowogród Wielki – zasiedlony potomkami własnych „niżowców” swego dziada. Musiał zabić to miasto – w sensie najzupełniej dosłownym. I zabił.

Sił opryczniny starczyło mu jednak tylko na rozprawę z Nowogrodem. Jeszcze tego samego roku Orda Krymska przeszła jak chciała ziemie Wielkorusi wschodnim ich skrajem, aż po Riazań, wszystko pustosząc po drodze. I pewne było, że wróci następnego roku. W rok później więc kazał car swoim wojewodom gromadzić zbrojnych nad Oką, by tam, pod Sierpuchowem, przy brodzie, podczas przeprawy, zatrzymać krymskiego chana. Chan nie zawiódł carskiej rachuby. Ale tym razem ruszył znad morza Azowskiego w czterdzieści podobno tysięcy luda, z piechotą i artylerią. Iwan ze swymi zbójami byli zajęci; car mordował kolejnych podejrzanych, włącznie z własnymi dworzanami i urzędnikami, dopiero później oprycznina miała wzmocnić korpus pod Sierpuchowem.

Jego poddani, kto mógł, uciekali do wrogich czambułów, do chana Gewleta z rodu Girejów, mówili mu, by ominął Sierpuchów, gdzie czeka car, wskazali chanowi bród na Ugrze – i chan ze swoją piechotą tudzież artylerią obszedł wojska cara, szybkimi marszami dopadł samej Moskwy. Od jej okolic palił wszystko i rabował, wyleciały w powietrze składy prochu na Kremlu, zapadały się w ogniu dzwonnice i kolejno milkły bijące w nich dzwony; ostały się tylko mury obronne Kremla i budynki z kamienia, drewniana Moskwa spłonęła do szczętu, dwa miesiące grzebano potem zwłoki. Tysiące ludzi poszło w jasyr, dźwigając łupy, zagarnięte przez Ordę. Upamiętnił stąd chana w tradycji tatarskiej przydomek „Tacht Ałgan”, „Zdobywca stolicy”, i urągał chan w liście z Krymu carowi, wytykając mu, że unikał otwartego boju… Bo Iwan, Groźny dla Rusi, nie odważył się gonić napastników. Moskwa, wbrew radzieckiej propagandzie, nie jeden raz padała zdobyczą wojenną. Iwan nie potrafił jej obronić.

A przecie i tak car, który najskuteczniej wojować potrafił z własnymi poddanymi, miał szczęście, że Polska i Litwa bardziej obawiały się Tatarów niż jego pychy, więc nie wsparły Gewleta Gireja atakiem od zachodu. Doprawdy niewiele brakowało wtedy, by lata opryczniny zamknęła ostateczna klęska pierwszego wielkiego kniazia Moskwy, który koronował się carem. Historia państwa Moskwy nie zakończyła się wtedy, a Iwan przetrwał tylko dzięki racjonalnemu wyrachowaniu XVI-wiecznych, polskich statystów: wiedzieli, że tak rządzone państwo nie obroni się nawet przed własnymi poddanymi, szkoda więc wysiłku, by je dobić, bo samo padnie. Iwan, innymi słowy, przetrwał dlatego tylko, że go nie doceniono… To bardzo częste w dziejach przekleństw historii; nigdy z początku nie wydawały się tak groźne.

Teza, że był to „europejski” okres w historii Rosji moskiewskiej, znajduje potwierdzenie tylko w tym, że niemal równoczesna Noc św. Bartłomieja w Paryżu, z wyrżnięciem paru tysięcy własnych rodaków innego wyznania, mało się różniła od działalności opryczniny. Nie była jednak plagiatem. Po jednej zresztą i po drugiej stronie mordowano z własnej inicjatywy i wedle własnej recepty. Można się spierać, czy wymordowaniu Nowogrodu Wielkiego przyznać pierwszeństwo.

(cdn)

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

3 komentarze

  1. elkaem 30.06.2012
  2. Nowogrodzki 20.07.2012