Dawno nie udało mi się przeczytać książki w dwa wieczory. Od kiedy trafiłem do „Życia Gospodarczego” i później, już w wolnej Polsce, i w „Nowym Życiu Gospodarczym”, zadaję się z gospodarką. Opowieść biograficzna Leszka Balcerowicza pod tytułem „Trzeba się bić”, zapisana w formie rzeki-wywiadu przez Martę Stremecką, jawi mi się jak wolno przesuwający się film z własnego życiorysu obserwatora gospodarczych wydarzeń i zaangażowanych w nie ludzi. Stąd pośpiech w czytaniu, żeby dowiedzieć się, jak będą opisani i ocenieni przez narratora.
Miałem kiedyś okazję startować na zawodach z Leszkiem Balcerowiczem. Biegałem dość przyzwoicie 400 metrów (nieco ponad 50 sekund), Balcerowicz biegał 800 m. Byłem na tyle głupi, żeby wdać się w rywalizację ze średniodystansowcem, kiedy „umierałem” pod koniec 400 metrów. Dałem z siebie wszystko, jak się mówi, to znaczy przeżyłem i doczołgałem się do mety 30 metrów za Balcerowiczem. Leszek Balcerowicz nigdy nie odpuszczał. Co w opowieści profesora mnie zdumiewa, to nie fakt, że „trzeba się bić”, bo to z grubsza wiadomo, kto miał z Balcerowiczem do czynienia, ale zdumiewa mnie ilość energii, która się może mieścić w jednym człowieku. W firmie, co wiem, trudno jest przestawić szafę, bo wszyscy są przeciw. Balcerowicz skrzyknął ludzi i przemeblował Polskę. Ogrom tego dokonania jest nie do opisania, i to opowieść biograficzna pokazuje i dokumentuje. Nie wszystkim może się podobać, że Balcerowicza motywuje przekonanie: „mam rację” czy „mam zadanie do wykonania”. I że w dążeniu do celu może nie liczyć się z ofiarami. Nie mnie rozstrzygać o charakterze Balcerowicza. I w pełni się zgadzam – trzeba się bić.
Gorzej mi szło z czytaniem „Wiecznego Życia” Bernarda Heinricha, którą też z oczywistych względów szybko zaliczyłem. Chociaż na początku się ucieszyłem, że autor mi przypomniał, iż w postaci dwutlenku węgla, po przejściu ze stanu płynno-stałego w gazowy, przydam się roślinom do budowania ich tkanek, i w ten sposób ocalę egzystencję. Im dalej brnąłem w „Wieczne życie”, tym bardziej traciłem na wartości. Chrząszcze, na przykład, potrafią udźwignąć ciężar 14 razy większy od wagi swego ciała, a pchły, w porównaniu ze swoją wielkością skaczą tak, że człowiek, żeby im dorównać, musiałby przeskakiwać lotnisko. Te smutne myśli przyszły mi do głowy z powodu uświadomienia sobie, że od około siedmiu lat jestem skazany na terror ludzi, którzy nie skaczą tak daleko jak pchły, ani nie dźwigają ciężarów takich jak chrząszcze, a uważają, że są lepsi od wszelkiego stworzenia. I tak trwałbym w tej nostalgii, gdyby nie rzeczywistość. Zaprawdę, jak powiadają mądrzy w piśmie, rzeczywistość ma talent. Znanemu, wszechmocnemu prezesowi, który już witał się z gąską, i miał nas urządzić po swojemu, rzeczywistość odebrała zabawki. Nagle facet, któremu prezes chciał dołożyć jako pierwszemu, i wokół tego przedsięwzięcia gromadził gniewny lud, zamienił się w zanikający punkt. Nie jest przyjemnie nie dołożyć komuś, jak człowiek sobie to umyślił. Ale jeszcze mniej przyjemnie jest, jak się pomyśli, że się to już nigdy nie zdarzy.
Co mnie jeszcze podniosło na duchu, to potwierdzenie, że mam rację, iż w całym tym chaosie trzeba być cierpliwym. Nic tak dobrze nie zrobiło naszej scenie politycznej, jak niedostatek chłopca do bicia. Genialnie proste i zupełnie pominięte w fachowych rozważaniach. Zapowiada się ciąg dalszy. Naród konserwatywny, którego jest w kraju ze 30 procent populacji, może się znaleźć w sytuacji braku politycznego przedstawicielstwa równie silnego jak dotychczas. Nie ma wprawdzie co dzielić skóry na niedźwiedziu, ale też nie można wykluczyć, że otoczenia wodza, który już nie nienawidzi, ale lubi przysypiać na zebraniach, rzucą się sobie do gardeł o przejęcie schedy.
Żeby nie było tak miło: rzecz z tak zwanej kampanii przed wyborami samorządowymi w Warszawie. Wielki Prezes kazał startować w wyborach na prezydenta Jackowi Sasinowi. Mianowany kandydaturę przyjął i ogłosił, że jeśli go wybiorą, to warszawiacy będą jeździć komunikacją miejską za darmo. Od razu stał się rozpoznawalny. Nie ma takiego dużego miasta na świecie, gdzie za darmo jest komunikacja miejska (Tallin, w którym eksperymentują z systemem darmowych przejazdów, ma cztery razy mniej mieszkańców niż Warszawa). W Kuwejcie, który składa się z miasta-państwa, za darmo jest prawie wszystko, ale za paliwo dla „krążowników”, które załatwiają komunikację obywatelom, trzeba, mało bo mało, ale płacić. Do zamożności Kuwejtu trochę nam brakuje. Sasin wie, że odpalił z grubej rury, ale wie też, że tak zwany target (w nomenklaturze tabloidów czytelnicy, których intelekt te gazety kształtują), jest w stanie uwierzyć we wszystko i zagłosować na dawcę szczęśliwości. I o to chodzi. Martwi mnie tylko, że Jacek Sasin jest taki skromny. Mógł przecież ogłosić, że znosi podatki.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM


