Alina Kwapisz-Kulińska: Powstania dzień powszedni

2012-08-01.

1 sierpnia 1944 roku Warszawa przeżywała chwile radości, triumfu i nadziei, ale także bezprzykładnej grozy. W bramach, na balkonach, na rękawach można było powiesić biało-czerwone barwy. Ale przez dni sierpniowe i wrześniowe bramy, balkony, tak ozdobione domy, ulice i ludzie stopniowo ginęli. Ludzi chowano na skwerkach i podwórkach, domy zamieniały się w ruiny.

Między ruinami żyli ludzie. Mieszkali w piwnicach, kopali studnie, gotowali na naprędce kleconych kuchniach. Co jedli? Z rzadka można znaleźć na ten temat informacje. Zachowały się na przykład w powstańczej prasie. Mówią wiele o tym, przez co przechodziła ludność Warszawy. W tych warunkach kuzynka mojej mamy – mieszkała z rodzicami, a był to stryj mojej mamy, przy ul Długiej – urodziła w piwnicy dziecko. Krewni mojego ojca, mieszkający przy ul. Piwnej, po prostu nigdy się nie odnaleźli, zniknęli z powierzchni ziemi. Trudno to sobie wszystko wyobrazić. Postarajmy się. Będąc w Warszawie, przystańmy o godzinie 17, gdy zaczną wyć syreny. Będąc poza Warszawą, pomyślmy przez chwilę o losie mieszkańców miasta, które 1 sierpnia zaczęło ginąć, zginęło całkowicie, a potem miało się odrodzić, jakże inne od przedwojennego, przedpowstaniowego.

Miasto żyło

Ślad tego pozostał w gazetkach, nie wszystkie były drukowane, niektóre po prostu wystukiwano na maszynie. „Nowiny Żoliborskie” przekazały nam, jak i czym się żywiono. Notka pochodzi już z 3 września. Tekst tradycyjnie podaję w oryginalnej pisowni i interpunkcji. Czytając go, należy pamiętać, że działała cenzura, nie o wszystkim chciano i można był pisać, aby nie podkopywać morale powstańców i ludności:

„– A jak jest w ogóle z żywnością w W-wie?

– Nie najgorzej. Ludzie mają jeszcze sporo własnych zapasów, a komu już brak, temu przychodzi z pomocą dawny delegat aprowizacyjny, który korzysta z magazynów miejskich. Miasto zgromadziło zawczasu dużo żywności i w różnych punktach – dlatego teraz jest z tem łatwiej. Prócz tego istnieje nowa organizacja p.n. „Samopomoc Społeczna”, która uruchomiła własne kuchnie. Dużo też daje wojsko cywilnej ludności ze swoich zapasów. Po chleb trzeba chodzić do piekarń, które są czynne w różnych punktach. Jeśli Niemcy łudzą się, że wezmą St. Miasto głodem, to się grubo mylą.

– Jakże więc żyje W-wa? Jak wygląda wasz dzień?

– Warszawa cała żyje pod ziemią, w piwnicach, zamienionych na domy noclegowe. Na ogół wytrzymują one ataki lotnicze, szrapneli i granatów i nie było wypadku, aby jakaś piwnica zawaliła się – dlatego też ludziska przebywają tam prawie przez całe 24 godziny na dobę. Śpi się na łózkach i otomanach, poznoszonych z mieszkań, albo na ziemi zasłanej materacami. O szóstej rano wyprasza się wszystkich gości do bramy i dyżurni zamiatają piwnicę, wietrzą, czyszczą muszle wodociągowe i i.p. Inni trzepią pościel na podwórku – naturalnie o ile nie przeszkodzą temu bomby, lub inne pociski. Potem, zaczyna się gotowanie na kuchenkach, postawionych wewnątrz piwnic, z których rury przerzucono przez mur, albo na kuchenkach zbudowanych na gruzach, czasami też korzysta się z kuchen parterowych. Gospodarka jest indywidualna, albo wspólna i wówczas po dwie panie kolejno gotują dla wszystkich. Mięso mieliśmy tylko w puszkach konserwowych. Posiłki trzy razy dziennie: rano czarna kawa, na obiad jakieś danie – pamiątka po Hitlerze „ein Topfgericht”, wieczorem znów kawa, lub jakaś kasza”.

A oto garść znamiennych informacji i rozporządzeń z dni sierpniowych i wrześniowych:

„Władze OPL ogłaszają, że psy i koty bezwarunkowo nie mogą być wpuszczane do schronów i piwnic nawet na rękach. Osoby przekraczające to zarządzenie zostaną wydalone ze schronów”.

„Komunikat Starosty Żoliborskiego. Apeluję do ludności jeszcze raz o jaknajbardziej oszczędne zużywanie wody. Woda tak z wodociągów, jak ze studzien jest obecnie niebezpieczna dla zdrowia. Należy pić tylko po przegotowaniu. Przy czerpaniu wody przestrzegać ściśle porządku zarządzeń OPL. Zdrowie to największy skarb, Zachować jak największą czystość. Aby nie przenosić bakteryj, wstrzymać się od podawania ręki przy powitaniu. Osoby chore izolować”.

Z 20 września pochodzi kolejny apel:

„Zbiórka odzieży i żywności dla żołnierzy

Wobec niedostatecznych wyników zbiórek ciepłej odzieży Starosta Żoliborski zarządził zbiórkę dodatkową. każda rodzina ma dostarczyć przynajmniej jedną sztukę: Koc, płaszcz ciepły, marynarkę, do tego 1–3 kg mąki, grochu, fasoli, kaszy, cukru, gdyż zapasy wojska są już na wyczerpaniu. Jeżeli zbiórki te nie dadzą rezultatów, nastąpi przymusowa rekwizycja”.

I komunikat z „Codziennych Wiadomości Powstańczych”:

 

Dziewczyny i ich zadania

Pismo „Kobieta na Barykadzie” opisało kobiety w Powstaniu w tekście pt. „Gospody dla żołnierzy muszą działać sprawnie i wyglądać miło”:

„Dzielne Peżetki zorganizowały już ponad 10 Gospód Żołnierskich. Gospodom potrzebne są talerze, kubki, łyżki, łyżeczki itp. Peżetki dbają bardzo o estetyczny wygląd swych Gospód. Przyda im się wszystko, co może uczynić Gospodę miłym miejscem wypoczynkowym strudzonego żołnierza. Poszukajmy w naszych szafach i komodach: znajdziemy niejedną rzecz zbędną dla nas, a mogącą przydać się organizatorkom. Uczmy się ofiarności, idźmy za głosem serca! To głos zawsze nieomylny”.

Pomoc Żołnierzom (stąd dziewczyny nazywały Peżetkami) było służbą zorganizowaną już w roku 1942, z myślą głównie o paniach. Miały szyć, gotować, i, jak widzimy, umilać żołnierzom walkę. Przynajmniej w założeniach. Bo w rzeczywistości dziewczyny walczyły, opiekowały się rannymi, były łączniczkami poruszającymi się na linii ognia. Chociaż, oczywiście, także zajmowały się aprowizacją i gotowaniem.

Wydarzenia z marginesu

W historii zapisała się walka. Żołnierski czyn. Bohaterstwo. Za ich plecami tętniło dziwne życie. „Kurier Stołeczny” z 6 sierpnia 1944 przynosił taki apel:

 

 Z tego samego pisma pochodzi tekst wiele przekazujący z nastroju chwili, z 10 sierpnia:

„Refleksje

Nie żądajmy ideału, ale starajmy się, żeby z każdym dniem było lepiej. A niestety wiele jest do porządkowania.

Zaczniemy od sprawy pozornie drobnej. Mamy na myśli ten zbyt dancingowy nastrój zabezpieczonych ulic. Dobrze to, że trzymamy fason i dobry nastrój, ale nie przesadzajmy. Nie rozdrażniajmy cierpiących i zbolałych. Za dużo kręci się wystrojonych, a próżnujących panienek. Trochę za dużo uciechy a za mało powagi i poczucia odpowiedzialności.

Za mało broni w walce, a za dużo w rękach fasoniarzy z bram.

Za dużo grzmiącego tonu w stosunku do cywilów, u których więcej się wyjedna słuszną prośbą aniżeli krzykiem.

Za dużo rekwizycji bez formalnych powodów.

Wszystko to są rzeczy drobne, nie rzucające nawet słabego cienia na wielki czyn powstania, ale i te drobiazgi winny być usunięte.

Bohaterstwu walczących na ulicy musi odpowiadać powaga zaplecza”.

I zabawny obrazek o tytule

„Kartofle

Niedawno „tygrys” miał ochotę na jabłka rosnące przy Kopernika. Teraz ogródki działkowe położone między liniami frontu są przedmiotem pożądliwości Niemców.

W jednym z oddziałów walczących, późną godziną wieczorną rozdzwoniły się telefony. Alarm!!! Niemcy podchodzą.

Po chwili strzelanina na całego. W nocy trudno, jest ustalić siłę nieprzyjaciela i kierunek posuwania się, ale mimo to, po kilkunastu minutach ogniowego starcia okazało się, że wygłodniali Niemcy usiłowali przekraść się po – ziemniaki”.

Potem były kolejne dni chwały i grozy. Aż po 5 października, gdy w piśmie „Rzeczpospolita Polska” pojawił się ostatni komunikat o suchym tytule:

„W sprawie wychodzenia z Warszawy

Według ostatnich informacji pochodzących z kół prowadzących pertraktacje z władzami niemieckimi, dzień dzisiejszy nie jest ostatecznym dniem opuszczania stolicy przez ludność cywilną. Dalszą ewakuacją ludności zajmować się będzie RGO i PCK.

W dniu dzisiejszym ostatnie oddziały Armii Krajowej, żegnane ze wzruszeniem przez ludność stolicy, opuszczają miasto”.

2 października, czyli w dniu kapitulacji Powstania, podano w tej samej gazetce, iż „przekraczanie frontu [przez ludność cywilną] ma się odbywać przy ostatnich w kierunku zachodnim polskich placówkach na ulicach: Śniadeckich, Piusa, Al. Sikorskiego, Pańskiej i Grzybowskiej. Jak było? Wychodzący mogą ze sobą zabrać rzeczy osobiste i żywność, przyczym [ortografia przedwojenna] muszą się liczyć z trudnościami drogi pieszej”. Kto doszedł, tego czekał obóz w Pruszkowie. I jego dzień powszedni.

Alina Kwapisz-Kulińska

Zdjęcia w tekście za tygodnikiem „Stolica” z roku 1958 i 1977. Prasa powstańcza ze zbiorów Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej.

 

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Marian . 2012-08-01
    • Alina Kwapisz-Kulińska 2012-08-01
  2. Marian . 2012-08-01
  3. wejszyc 2012-08-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com