Powiem rzecz niepopularną – uważam, że służba zdrowia w Polsce jest zorganizowana nienajgorzej, jeśli zważyć na nasze możliwości budżetowe. Na wiele usług medycznych nie starcza wprawdzie pieniędzy w ramach ubezpieczenia obywateli, ale dzięki temu, że system wspierają ubezpieczenia fundowane przez pracodawców, i że jest możliwość łączenia usług opłacanych przez NFZ z możliwością dopłacania przez pacjenta tam gdzie z Funduszu nie starcza, jest wyjściem racjonalnym. W kraju działa dziś wiele przychodni na prywatnym statusie świadczących jednocześnie usługi w ramach NFZ. Dzięki temu wyrosła konkurencja i pacjenci mogą wybierać przychodnie które im najbardziej odpowiadają.
W latach 90., kiedy moja dzielnica Białołęka była jeszcze samodzielną gminą i w związku z tym miała do dyspozycji większe pieniądze niż teraz kiedy jest dzielnicą wielkiej Warszawy, zafundowała sobie za kilkanaście milionów złotych piękną przychodnię zdrowia przy ulicy Milenijnej. Od tamtej pory Białołęka rozrosła się do stu tysięcy mieszkańców, ale na taką inwestycję w ochronę zdrowia nie byłoby jej już stać.
I może lepiej. Bo kiedy sześć lat temu opisywałam dla naszej lokalnej gazety dzielnicowe przychodnie lekarskie, porównałam pracę w tej pięknej przychodni ZOZ-u z prywatnie zarządzaną Medycyną Rodzinną. Na Milenijnej dysponują powierzchnią użytkową 3,5 tys. metrów i jest do użytku 96 pokoi. Prywatna Medycyna Rodzinna zajmuje 512 metrów i ma 16 gabinetów. Ale kiedy na Milenijną było zapisanych 22 tysiące pacjentów opłacanych przez NFZ, w Medycynie Rodzinnej, siedem razy mniejszej, mieli takich pacjentów niewiele mniej – 19 tysięcy. A oprócz nich przyjmowali kilka tysięcy „abonamentowych”, czyli takich którym leczenie opłacały firmy i pacjentów prywatnych, czyli takich którzy sami płacą za wizytę u lekarza. Dochód, jaki miała ta prywatna przychodnia z usług opłacanych przez NFZ był mniej więcej równy wpływom z wizyt opłacanych przez pracodawców, t.zw. abonamentowych, plus od pacjentów którzy przychodzili prywatnie. Inaczej mówiąc – mniej więcej połowa pacjentów leczyła się tam „za darmo”, na ubezpieczenie – jak zwykliśmy mówić, i połowa za pieniądze, własne albo swoich zakładów pracy.
Liczby mówią same za siebie, ale i gołym okiem łatwo było zauważyć różnicę w wykorzystaniu obydwu tych placówek. Na Myśliborskiej panował ruch od rana do zamknięcia, podczas kiedy na korytarzach Milenijnej pustawo i wiele gabinetów zamkniętych. Kiedy sześć lat temu zapytałam pana dyrektora ZOZ-u dlaczego tak jest, odpowiedział pytaniem – czy wolałaby pani długie kolejki do lekarzy?
Artykuł, który wtedy napisałam nie spodobał mu się tak bardzo, że nawet po sześciu latach nie zgodził się ze mną teraz rozmawiać. Myślę, że wiem dlaczego – otóż przez te całe sześć lat nie wiele się zmieniło. Chciałam właśnie spytać dlaczego – czy korytarze w przychodni są puste, bo nie wolno im zatrudniać więcej lekarzy niż wynika z przydzielonych kontraktów? Czy nie wolno im wykorzystywać pomieszczeń na usługi odpłatne, czy też nie wynajmują, bo to się nikomu nie opłaca?
Sześć lat temu usłyszałam, że nie wynajmują dlatego, że żadnej wolnej powierzchni nie mają. Po prostu nie ma takiego zwierza, chociaż gołym okiem widać było dysproporcję między przestrzenią, a jej wykorzystaniem. Ponieważ tym razem nie udało mi się porozmawiać z panem dyrektorem, sama zrobiłam sobie wycieczkę po korytarzach naszej pięknej, dzielnicowej przychodni.
Był wtorek, południe, przed gabinetem internisty, czyli podstawowej opieki zdrowotnej czekały trzy czy cztery osoby, poza tym na korytarzach raczej pusto.
Dwa gabinety chirurgii dziecięcej – na obydwu tabliczki z informacją, że lekarze są na urlopach.
- Dwa gabinety z nazwą – gabinet aseptyczny: zamknięte
- Stomatologia – pięć gabinetów, w jednym z nich przyjmują pacjentów. W innym powinien być dyżur – tak wynika z wywieszki – ale nikogo nie ma, drugi gabinet z wywieszką: urlop. Trzecia stomatologia – drzwi zamknięte, żadnej informacji, podobnie w 4. i 5. gabinecie stomatologicznym – tabliczki z napisem stomatolog i… nikogo.
- Laryngolog – widocznie przyjmuje, bo dwie osoby czekają przed drzwiami.
- Neurologia – z wywieszki wynika że lekarz przyjmuje… 1 godzinę w tygodniu
- Badania USG – tu parę osób czeka w kolejce
- Psychiatra – jak wynika z wywieszki powinien przyjmować tego dnia, nie ma nikogo.
- Kilka gabinetów bez wywieszek, drzwi zamknięte.
- Dermatolog – kartka: lekarz nieobecny
- Internista – wg. wywieszki powinien ktoś być, nikogo
- Ginekolodzy – dwa gabinety, są lekarze, czeka kilka pacjentek
Poza tym było szereg drzwi do pokoi pozamykanych i bez informacji na tabliczkach.
Zupełnie inaczej prezentuje się ta przychodnia w Internecie. Wymienionych tu jest aż 40 dostępnych dla pacjentów poradni, od alergologii na „A” do zdrowia publicznego na „Z”.
Nie mogę się nadziwić, że sześć lat przeleciało jak jeden dzień i znów to samo – na Myśliborskiej w zarządzanej prywatnie przychodni jest ruch, są lekarze i pacjenci, a na Milenijnej w pokazowej przychodni ZOZ-u taki spokój.
Spokój i pozamykane drzwi obejrzałam sobie także w drugiej, małej przychodni podległej dzielnicowemu ZOZ, przy ulicy Majorki.
Tam też zraziłam sobie kierowniczkę, kiedy trzy lata temu otwarto tę przychodnię po generalnym remoncie za 2 mln złotych. Z rudery zrobiono wtedy cacko, przyjemnie było popatrzeć. Niestety, dla mieszkańców poprawa okazała się połowiczna, bo w ruderze przyjmował kiedyś pediatra, a w odnowionym lokalu już go nie było. I zamiast poprawy usług jest pogorszenie bo matki z dziećmi muszą teraz jeździć znacznie dalej do lekarza.
Odwiedziłam tę odremontowaną przychodnię przy ulicy Majorki po trzech latach i zobaczyłam, że i tutaj czas stanął w miejscu. Na parterze, jak wynikało z informacji na tablicy, przyjmują na zmiany dwie internistki, ale widocznie nie zawsze, bo w środku dnia gabinet był zamknięty a na korytarzu nikt nie czekał. Na piętrze też pusto; czytam tabliczki z informacją przy kolejnych drzwiach – stomatolog, ale nieobecny, pielęgniarka oddziałowa, pomieszczenie techniczne, szatnia dla personelu, pokój socjalny oraz jedno pomieszczenie bez żadnej tabliczki. Wszystkie drzwi zamknięte na głucho. W budynku byłoby całkiem pusto gdyby dwie panie nie siedziały w recepcji.
Znam wiele osób które przepisały się z przychodni należącej do ZOZ-u do przychodni prowadzonej przez prywatną firmę. Mówią, że łatwiej tam dostać się do lekarza, jest lepsza organizacja, no i jest możliwość skorzystania z niektórych usług odpłatnie. Bywa przecież, że pilnie trzeba skonsultować się ze specjalistą czy zrobić jakieś badanie bez skierowania. W publicznym lecznictwie nie jest to możliwe: kiedy nie ma wolnych terminów, trzeba czekać.
Białołęka rozrasta się bardzo szybko, najmłodsze i masowe osiedla mają już wprawdzie na swoim terenie prywatne przychodnie lekarskie, ale odczuwają brak specjalistów z różnych dziedzin. Mieszkańcy i działacze społeczni z tego terenu wysuwają więc postulat budowy nowej, dużej przychodni publicznej „z prawdziwego zdarzenia”. Za wzór służy im przychodnia ZOZ-u z Mileniejnej, która wygląda imponująco.
Na razie nie ma pieniędzy na taki luksus… i może całe szczęście, bo nie wszystko złoto co się świeci. Póki obowiązuje w placówkach uspołecznionej służby zdrowia taki jak obecnie, sztywny system świadczenia usług medycznych, znacznie lepiej korzystać z przychodni pod prywatnym zarządem, w których honorowane jest także ubezpieczenie, bo zwykle personel medyczny pracuje tam sprawniej.
Dobrze wiemy, że NFZ ma skąpe w stosunku do potrzeb fundusze na usługi specjalistów. Zapisy do kardiologa, okulisty, czy endokrynologa na ubezpieczenie to prawdziwa loteria. Praktycznie niektórzy specjaliści dostępni są tylko odpłatnie, dlatego otwieranie placówek, w których dopuszcza się system kombinowany – czyli taki w którym obok leczenia pacjentów ubezpieczonych można przyjmować też abonamentowych czy prywatnych, wydaje się w naszych warunkach najbardziej racjonalny.
Przeczytałam w gazecie wyznanie lekarki, która pracuje w dwóch przychodniach – kierowanej przez ZOZ i w prywatnej. – To są dwa różne światy – pisze – choćby dlatego, że w placówce prywatnej mamy system informatyczny, który ogromnie ułatwia pracę, widzę na ekranie historię choroby pacjenta, różne druki wypełniają się automatycznie, a w przychodni kierowanej przez ZOZ mam mniej czasu na badanie i rozmowę z chorym bo wszystko muszę wystukiwać ręcznie.
Bywają zapewne dobrze zarządzane ZOZ-y i źle prowadzone przychodnie pod prywatnym nadzorem. Jak zawsze i wszędzie wiele zależy od ludzi. Kiedy jednak obowiązują restrykcyjne przepisy, że nie wolno świadczyć usług odpłatnych na terenie publicznej placówki, a jednocześnie środki z NFZ na leczenie u specjalistów są tak małe, że czasem od połowy roku są już wyczerpane – nie ma co wydziwiać, że drogi sprzęt i pomieszczania w publicznych przychodniach są tak słabo wykorzystywane.
Agnieszka Wróblewska


Najoryginalniejszą wywieszkę widziałem w ZOZie w swojej wsi. Widniały na niej godziny przyjęć lekarzy w jednym z pomieszczeń. Otóż jeden przyjmował od 8:00 do 13:00, a drugi od 12:30 do 19:00.
Żadna tajemnica – po prostu liczba godzin musiała się zgadzać, a lekarze (obaj) i tak przychodzili pół godziny później i wychodzili pół godziny wcześniej, by zdążyć na „inny etat”.
Chciałbym obalić mit jakoby leczenie z NFZ było „darmowe”. Otóż nie jest ! Jest finansowane z podatków zwanych składką zdrowotną (jako ciekawostkę należy podać fakt opłacania tego podatku z każdej formy zatrudnienia- dwie firmy = podwójne składki-podatki świadczenie jedno.Dla pełnej jasności system działa wg zasady „solidarności społecznej” czyli zdrowi finansują chorych pod jednym warunkiem: MUSZĄ BYĆ ZAPISANI W SYSTEMIE NFZ !! Jeśli tego nie uczynią czyli się nie zapiszą cały ich składka-podatek jest „nadwyżką” NFZ.Nie wspomnę że składki-podatki nie są powszechne. Tylko powszechność obciążeń obywateli zapewnia niskie podatki składki.Tak to działa na całym świecie, ale nie w naszym pięknym kraju. Służba Zdrowia już dawno nie jest służbą nie z własnej winy.
Człowieku czy ty w ogóle wiesz co piszesz? Najpierw wspominasz, że składka zdrowotna jest tak powszechna, że trzeba ją płacić z każdej formy zatrudnienia, żeby zakończyć konkluzją, że składka ta nie jest powszechna.
Albo bzdura w postaci, że zdrowi finansują chorych pod warunkiem, że są zapisani w systemie NFZ, w przeciwnym wypadku ich składka stanowi „nadwyżkę” NFZ. Coś Ci się o uszy obiło, tylko nie wiesz co, więc sobie dopowiedziałeś. Otóż każda płacąca składki zdrowotne automatycznie znajduje się w systemie NFZ i z tych składek opłacane są świadczenia zdrowotne, a nie idą one na jakąś ubzduraną „nadwyżkę”. Pomieszało Ci się z czymś innym. Od każdej osoby, które dokonały wyboru lekarza POZ(pielęgniarki, położnej) NFZ płaci co miesiąc stawkę kapitacyjną na rzecz placówki w której tego wyboru dokonał. Gdy taki wybór nie został dokonany pieniądze te nie są żadnej placówce POZ przekazywane. Ale to tez nie znaczy, że są przekazywane na jakąś hipotetyczną „nadwyżkę”. Pieniądze te nadal zasilają budżet NFZ, z którego pokrywane są koszty świadczeń specjalistycznych czy też dokonywane dopłaty do leków refundowanych.
Człowiek wie co pisze. W jednym się zgadzam te pieniądze coś zasilają ale nie trafiają tam gdzie powinny.Rzeczywiście nie napisałem że składki osób które dokonały wyboru trafiają do POZ natomiast składki tych nie zapisanych giną w czeluściach NFZ. Podam prosty przykład:
młody człowiek powiedzmy 30 letni płacący składki powiedzmy od 5 lat ale nie zapisany do POZ potrzebuje świadczeń z tegoż POZ zapisuje się po pięciu latach.
Pięć lat składki trafiały jak wyżej nie zasilały POZ. Wysokość stawki kapitacyjnej w krótkim czasie nie pokryje kosztów świadczeń POZ. A jeśli nie trudno zrozumieć że zdrowi finansują chorych to nic na to nie poradzę. Działa to podobnie jak ZUS – pracujący utrzymują emerytów.
Nadal podtrzymuję to co napisałem wcześniej. Nie dość, że nie wiesz co piszesz, to robisz to jeszcze niechlujnie, niegramatycznie i nielogicznie.
I tak po kolei.
Te pieniądze zasilają nie coś, tylko budżet NFZ i tym samym trafiają dokładnie tam gdzie powinny. Tym samym absurdalne są również twierdzenia o jakichś „czeluściach” NFZ.
Absurdalny jest też „prosty przykład”. Zacznijmy od tego, że składki ubezpieczonych trafiają nie do POZ tylko do NFZ. Tylko ok. 10% tych składek trafia bezpośrednio do POZ. To czy w przypadku tego hipotetycznego „młodego człowieka” nie trafiały do POZ jest też sprawą dyskusyjną. Być może w wyniku tego, że część osób nie dokonała stosownego wyboru wypłacana przez NFZ stawka kapitacyjna jest o ileś procent większa. Pewne jest tylko, że przez te 5 lat NFZ nie wypłacał tych pieniędzy placówce do której ten młody człowiek trafił. Ale i to pewnie dałoby się zrobić jeśli podasz jakiś sprawdzony algorytm przewidywania w jakiej przychodni dokona wyboru lekarza osoba, która jeszcze tego nie zrobiła.:D
Do stwierdzenia:
„A jeśli nie trudno zrozumieć że zdrowi finansują chorych to nic na to nie poradzę.”
się nie odniosę, bo nie mam pojęcia co autor miał na myśli. 😀
Oj, chyba autorka nie ma zielonego pojęcia o tym co pisze. A niby od kiedy nie wolno świadczyć usług odpłatnych na terenie publicznej placówki? Co najwyżej nie można żądać od ubezpieczonego opłaty za świadczenia które mu się w ramach tego ubezpieczenia należą. Tyle, ze dokładnie takie same zasady obowiązują też placówki prywatne świadczące usługi w ramach NFZ.
Tym samym kompletną bzdurą jest też twierdzenie, że pacjenci wybierają placówki prywatne dlatego że jest tam możliwość skorzystania z niektórych usług odpłatnie. A niby pacjent leczący się w placówce publicznej nie może iść zrobić sobie gdzieś odpłatnie badania bez skierowania? Problem jest w tym, że pacjent ubezpieczony w ramach NFZ grosza już nie zechce wydać na żadne badania, bo mu się należy i już.
Albo kolejny kwiatek – lekarz ponoć twierdzi, że w prywatnej placówce ma do dyspozycji system informatyczny, jakiego nie ma w publicznym ZOZ-ie. A niby w jaki sposób ten publiczny ZOZ rozlicza się z NFZ bez systemu informatycznego? Proponuje się trochę zainteresować tym zagadnieniem przed napisaniem czegoś takiego. Owszem często się zdarza, że brak jest elektronicznej dokumentacji medycznej pacjenta ale głównie dlatego, ze prowadzenie elektronicznej dokumentacji medycznej przekracza możliwości intelektualne dużej części lekarzy. Z tego też powodu przesunięto w czasie obowiązek prowadzenia takiej dokumentacji, który miał obowiązywać od połowy ubiegłego roku.
W ramach ubezpieczenia bardzo często nie można się doczekać na badanie czy wizytę u specjalisty. Dlatego dla pacjenta korzystna jest sytuacja w której można przyspieszyć taką wizytę za dodatkową dopłatą o ile może sobie na to pozwolić. Oczywiście pacjent może iść gdzie indziej, ale wygodniej kiedy miałby taką możliwość w swojej przychodni, a jednocześnie niewykorzystane pomieszczenia i sprzęt można by lepiej wykorzystywać.
Czasami bywa, że przychodniach POZ znajdują się też pojedyncze poradnie specjalistyczne. Ale w zdecydowanej większości przypadków pacjent jest zmuszony i tak wybierać takowe poza swoją przychodnią.
Postulat możliwości przyspieszenia wizyty specjalistycznej za dodatkową opłatą jest niegłupi i był wielokrotnie zgłaszany ale zawsze rozbijał się o zdecydowany sprzeciw społeczeństwa.
To co napisałem może i jest niegramatyczne ale logiczne jest. Jeśli jesteś takim ekspertem to w paru zdaniach opisz jak działa system. Udowodnij że za około 140 zł rocznie możesz w pełni zdiagnozować pacjenta zlecając niezbędne badania, zabiegi,zapewnisz pensje personelu, opłacisz czynsz itp. A może pracujesz w NFZ .. i wszystko jasne.