Mając ponad godzinę czasu na dojazd do Dżabal Saradż, wspominaliśmy dawne miłe czasy, czyli lata siedemdziesiąte, kiedy to było spokojnie, wesoło i tanio. Nikt na nikogo nie patrzył wilkiem, nikt nikogo nie chciał zabić, ani wygnać z kraju. No, może uszczuplić zawartość portfela, ale nie „na chama”, tylko sprytnie.
Rozmawialiśmy o naszych wspólnych znajomych, którzy są obecnie w Polsce, a którzy studiowali razem ze mną lub troszkę wcześniej, na Uniwersytecie w Kabulu. Nik wypytywał się o Bogdana i Jadwigę, o Zbyszka, Jolę i Tomka, co robią i jak im się powodzi w nowej Polsce. Ucieszył się, że wszyscy, mimo upływu lat, mają się dobrze lub prawie dobrze. Jego polski nadal jest poprawny, gdyż czyta książki i gazety, które dostaje od przyjezdnych Polaków, czyli w głównej mierze ode mnie. Tęskni za Polską, ale niestety nie może przyjechać, bo nasz kraj nie wydaje Afgańczykom turystycznych wiz, a obecnie zamknął ambasadę, bo nie ma pieniędzy na jej utrzymanie.
Na moje pytania o Pańdźszir odpowiadał: „Sam zobaczysz zmiany” i komentował tylko to, co widziałem z samochodu i uzupełniał moje luki w pamięci.
W ten sposób półtorej godziny podróży do Dżabal Saradż upłynęło błyskawicznie.
Wreszcie dotarliśmy do rozstajów dróg, gdzie główna droga prowadziła na przełęcz Salang, a boczna do Pańdźsziru. Nik z dumą powiedział, że obecnie do stolicy prowincji Bazarak jest już całkowicie asfaltowa i do celu jedzie się godzinę, a nie cztery, jak dawniej. Odległość od Dżabal Saradż do Bazarak wynosi ponad 39 kilometrów, ale droga jest bardzo kręta, o sporym natężeniu ruchu. Dawniej droga przypominała strukturą nasyp kolejowy z większymi lub mniejszymi głazami oraz płytkimi i głębokimi dziurami. Nic dziwnego, że wtedy podróż trwała czterokrotnie dłużej.
Początek drogi to miejscowość Gulbahar (Wiosenna Róża/Kwiat) i na razie jechaliśmy niemal po płaskim terenie. Od razu rzucił mi się w oczy widok sporej ilości wraków spalonych czołgów i innego wojennego szmelcu. Nie zatrzymywaliśmy się, bo nic szczególnego tu nie było.
Jak się okazuje Bohater Pańdźsziru, zamordowany Szah Masud zabronił usuwania jakiegokolwiek pojazdu czy też armaty, argumentując to tym, iż ludzie w dolinie powinni mieć przed oczami pamiątki z okrutnych czasów, a ten złom jest memento i przestrogą dla wszystkich wrogów Ojczyzny.
Na całej trasie do grobowca Szaha Masuda są ich setki.
Po paru kilometrach, przy wjeździe do doliny, musieliśmy zatrzymać się do kontroli dokumentów przeprowadzoną przez miejscową policję/wojsko. Nik przedstawił mój paszport i powiedział, że jadę złożyć hołd Kahremone Melli (Wielkiemu Bohaterowi) Szahowi Madudowi vel Szire Pańdźszir (Lew Pańdźsziru) vel Amir Sāhibe Shahīd (Emirowi Męczenników). Kontrolujący popatrzyli na mnie z uznaniem i szacunkiem i zwyczajowo zaoferowali herbatę i coś słodkiego. Podziękowaliśmy serdecznie i tłumacząc się brakiem czasu pojechaliśmy dalej.
Nazwa wjazdu do Doliny Pańdźsziru w języku dari brzmi Dahane Darre Pańdźszir, co brzmi zabawnie po polsku – Usta Doliny Pańdźsziru.
Wąska i asfaltowa droga do centrum doliny biegła równolegle z rzeką Pańdźszir, która niejednokrotnie wylewała i niszczyła wszystko dookoła. Rzeka była też jedną z naturalnych przeszkód dla najeźdźców, o czym przekonali się ludzie radzieccy i talibowie.
Jest to miejsce urokliwe i niebezpieczne. W szczególności odcinek zway Rohe Tang (Wąska Droga), gdzie szosa ma tylko dwa pasy i nie ma pobocza. Z jednej strony dotyka skały wysokiej na kilkadziesiąt metrów, a z drugiej strony od pięciu do dziesmetrowej głębokości koryto rzeki. Nic dziwnego, że najeźdźcy nie mogli dać sobie rady z obrońcami doliny i najczęściej kończyli inwazję w tym miejscu.
ROHE TANG


