Co państwo na to, żeby wybierać prezydenta RP tylko na jedną, lecz za to siedmioletnią kadencję?
Miałoby to jedną, ewentualną wadę i kilka zasadniczych zalet. Przedtem jednak – okoliczności.
Wybory prezydenta w naturalny sposób wzmagają zainteresowanie tą funkcją. Piotr Rachtan – patrz obok – podejrzliwie patrzy na to, że ”Rzeczpospolita” stara się wywołać dyskusję o zmianie konstytucji, koncentrując się na układzie najwyższych władz Rzeczpospolitej, ze szczególnym uwzględnieniem prezydentury. Argumenty Piotra są prawomocne, moim zdaniem jednakże nieco wyolbrzymione. Nie zabieram się do polemiki. Zwracam jedynie uwagę, że z ewidentnymi sprzecznościami w układzie władz, Rzeczpospolita daje sobie niezgorzej radę – co stwierdza wszak autor artykułu. W mym przekonaniu, mankamentem konstytucji jest to, że nie pozwala na przyjęcie euro, a największym – fakt, że realizację konstytucyjnych praw i wolności deleguje na ustawy uchwalane zwykłą większością, niekiedy jednego głosu, w układzie politycznym zmieniającym się z kadencji na kadencję. (Postaram się to udowodnić w najbliższym czasie.)
Pogadać zawsze można. Możemy też sobie powiedzieć, że w istniejącym i dającym się przewidzieć układzie politycznym nie ma miejsca na większość konstytucyjną. W tym układzie ewentualny kompromis konstytucyjny wymagałby dostrzeżenia wspólnego interesu przez Platformę i PiS. Jeśli jednak pomysł jednej siedmioletniej kadencji prezydenta jest nie do przyjęcia przez obie te siły, to w porównaniu z innymi jest nieco mniej nie do przyjęcia. Miałby szanse, gdyby odpowiednia nowelę wybrany w tym oku Sejm uchwalił z karencją do wyborów… 2030 roku. W tej chwili bowiem tylko do tego roku mogą sięgać kalkulacje polityków.
Może je mieć choćby Tusk. W roku 2020, kończąc kadencję „prezydenta Europy”, może pomyśleć o dwóch kadencjach prezydenta Polski. Lecz co nam szkodzi pobawić się tym co może mogłoby być za lat piętnaście. Jedną siedmioletnią kadencją prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych, których naród nie da sobie odebrać. I z prerogatywami takim jak dziś. A więc;
Wada:
– W przypadku nietrafnego wyboru męczylibyśmy z takim prezydentem o dwa lata dłużej. Więcej mankamentów nie widzę. A ponieważ prezydent nie odpowiada za bieżącą polityką państwa w takim stopniu jak premier, to nie trzeba mu urządzać sprawdzianu, szansy na reelekcję, ani co cztery lata, ani co pięć.
Zalety:
– Dłuższy odstęp między kolejnymi wyborami uczyniłoby je wydarzeniem nieco bardziej odświętnym. A przy rzadszych wyborach prezydentura byłaby w dłuższym okresie odrobinę tańsza. Ale to mało ważna okoliczność.
– Gdyby w wyborach prezydenckich nie uczestniczył urzędujący prezydent nie byłoby w nich kandydata, który jest siłą rzeczy uprzywilejowany. Jeśli prezydent jest państwu do czegoś potrzebny, to nie może zawieszać wykonywania funkcji na okres kampanii wyborczej trwającej kilka miesięcy. A prowadząc kampanię i wypełniając jednocześnie swe prezydenckie funkcje, przypomina się wyborcom jako zdolny do bycia prezydentem i faktycznie uczestniczy w kampanii w sposób nielimitowany przepisami. Korzysta przy tym także z czasu i środków, które przysługują każdemu kandydatowi. To nie jest fair, lecz jest nieuniknione, jeśli prezydent walczy o reelekcję.
Zaś czynności stricte kampanijne mogą być oceniane jako nanoszące jakiś uszczerbek pełnieniu funkcji prezydenta. Przez czas jaki temu poświęca, jak i przez osłabienie wizerunku prezydenta w roli – umiarkowanie bezstronnego – arbitra na scenie politycznej.
– Prezydent RP to funkcja co najmniej tak samo godnościowa jak decyzyjna. Ważna. Tych „żyrandoli” (Tusk 2005) nie trzeba lekceważyć. Ową godność, naturalnie związaną z urzędem, wzmacnia mandat pochodzący z wyborów powszechnych, czyli bezpośredniego nadania suwerennego narodu. Jest kwestią sporną czy i na ile powinna być ona chroniona w stopniu wyższym, niż w przypadku innych polityków. Ale byłoby chyba wskazane, aby prezydent państwa, jego najwyższy przedstawiciel, nie był narażony na szczególnie agresywne, wręcz chamskie ataki, stanowiące element kampanii.
Nawet tam gdzie kultura sceny politycznej jest wyższa, nie obchodzi się bez wzmożonej brutalizacji obyczajów w czasie kampanii. We Francji i w Stanach jest to o tyle zrozumiałe, że prezydent sprawuje pełnię władzy wykonawczej, rządzi i jego wybór przesądza charakter rządów na kadencję. Czyli jest to walka o wszystko, co nie wszystko, ale wiele usprawiedliwia. Ale prezydent o takim zakresie kompetencji, jakie dlań przewiduje Konstytucja RP, który mógłby nie być poddawany okresowej ocenie kwalifikacyjnej, może być krytykowany, lecz nie powinien być obiektem oskarżeń, pomówień, ośmieszania, napaści, niekiedy zaś zgoła agresji.
Owa dignitas pierwszej osoby w państwie, w przeciwieństwie choćby do szefa rządu, raczej nie zyskuje w czasie przedwyborczego tournée od wiecu do wiecu, zwłaszcza gdy musi się przekrzykiwać z nasłanymi chamami. Nie zyskuje gdy po ewentualnie przegranych wyborach musi, w cokolwiek żenującej sytuacji, ustąpić miejsce zwycięskiemu rywalowi. Zyskuje zaś na pewno, kiedy prezydent w czasie ożywionej kampanii wyborczej zachowuje pozycję bezstronnego arbitra – i tak wszyscy wiedzą kogo popiera – a potem godnie przekazuje władzę i jej insygnia kolejnemu wybrańcowi suwerennego narodu.
Z jednej strony – zasady demokracji parlamentarnej wymagają jednakowego traktowania wszystkich kandydatów, z drugiej strony – powaga urzędu prezydenta nie zyskuje na konfrontacji z osobami, delikatnie mówiąc, niepoważnymi. Czy to z racji swojej osobowości, czy z powodu pewnej ich… przypadkowości na scenie politycznej.
Nie miałbym nic przeciw temu, żeby wpisanie na listę kandydatów na prezydenta wymagało nie stu tysięcy, lecz pół miliona podpisów. Co innego wybory do ciał przedstawicielskich, Sejmu, Senatu, rad terytorialnych. Tu można dyskutować na ile one mają być reprezentatywne, a na ile sprawne w działaniu. Lecz wybory prezydenckie dotyczą tylko jednej osoby. Powtarzam: JEDNEJ. Jej znaczenie i godność wymagają, by ubiegali się o to stanowisko ci, którzy mają realne kwalifikacje by je sprawować. Czyli naprawdę szerokie poparcie, doświadczenie w pracy dla państwa, autorytet przynajmniej w dużej części społeczeństwa. To nie powinna być okazja zdobycia rozpoznawalności dla mało komu znanych osobników. I nie byłoby źle, gdyby kandydat miał ukończone co najmniej 45 lat a nie, jak dziś, o dziesięć lat mniej. Miałby trochę czasu by się tym i owym wykazać, nie kokietując tym, że jest spoza układu”. Wikaremu z Niegowici trochę zeszło – w układzie! – zanim został proboszczem u św. Piotra na Watykanie…
Ernest Skalski



Od siebie dodam tylko, że jestem entuzjastą pomysłu Ernesta. Świetna idea, same zalety.
Popieram…
Jestem zniesmaczony tym, co wyrabiają bojówki PiS i KORWiN na spotkaniach wyborczych Komorowskiego…
To nie licuje z godnością urzędu prezydenckiego…
Lacze sie z panem w bulu.
Wydaje mi się, że nie ma w społeczeństwie poczucia, że Konstytucja się przeżyła i trzeba ustanowić nowy ustrój polityczno-gospodarczy. To raz. A dwa – podjęcie teraz debaty konstytucyjnej rozpęta piekło, którego zasięgu nie potrafimy sobie wyobrazić. Widzę już te postulaty wpisania wartości chrześcijańskich, roli katolicyzmu, rodziny, gender, świętego prawa własności itd. itp. Nie, to jeszcze nie ten czas.
@wejszyc, niestety ma pan rację. Kiedyś pisałem o potrzebie zmian w senacie, dalej jestem za tym. Ale teraz to się nie uda. Dziś można wszystko jedynie jeszcze bardziej spieprzyć.
To jest doskonała propozycja,doskonale umotywowana.
Jedyne co można dodać (pomarzyć?) to skrócenie czasu na jej realizację.
Bo gdyby(!) w zbliżającej się kampanii PO zadeklarowała,że jeśli zdecydowanie wygra wybory to jej pierwszym zadaniem będzie reforma Urzędu prezydenckiego i … rozwiązanie Senatu.
Wydaje się,że nie będzie tu miała sprzeciwu prezydenta Komorowskiego a i senatorzy są w zdecydowanej większości z nominacji PO.Reszta od wyborców zależy.
Niestety nie, pnie Marianie. Senat jest organem konstytucyjnym, a więc by coś w tym ruszyć nie wystarczy zwykła większość w parlamencie.
Właśnie.Do tego potrzebna jest zdecydowana większość parlamentarna no i dobra wola wybranych…A o tej woli wolę nie myśleć dzisiaj.Dzisiaj podzielam pańskie i wejszyca zdania napisane powyżej.
@j.Luk Tyż się zgadzam z Panem. Teraz w tej materii nic się uda. Mówiąc żartobliwie, gdyby wprowadzić siedmioletnią kadencję prezydenta, to Pan Komorowski cztery lata dłużej byłby opluwany przez faceta o urodzie i manierach fordansera, czyli Dudę. Andrzeja.
7 letnia kadencja brzmi rozsądnie. Jednakże przy założeniu zmiany sposobu finansowania kampanii. Obecna sytuacja, gdy część kandydatów finansuje kampanię wyborczą z budżetu państwa (poprzez partie polityczne), zaś pozostali muszą szukać darczyńców jedynie wzmacnia szkodliwą partiokrację oraz definiuje kandydatów równych i równiejszych. Powoduje także pewien stopień zależności prezydenta od desygnującym partii. Może np. Następujący model:
1. Minimum 500 tys podpisów dla kandydata, pod warunkiem że obywatel może poprzeć tylko jednego.
2. Jakaś pula pieniędzy z budżetu, która rozdzielona jest na kandydatów, którzy osiągnęli niezbędną liczbę podpisów, proporcjonalnie do ich liczby. Ten który zdobył więcej podpisów dostanie większe środki na kampanię wyborczą.
Wybór powszechny powinien skutkować jakimś wzmocnieniem mandatu prezydenta. To może zmniejszyć skalę szkodliwej partiokracji, ponadto wybory powszechne dające najsilniejszy mandat społeczny nie powinny dotyczyć stanowiska o ograniczonej mocno władzy. Istotnie w ustroju prezydenckim USA i Francji prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych. We Włoszech przez parlament jedynie.
Może powinnismy nie tyle zmieniać Konstytucji co rozważyć wprowadzanie do niej poprawek na wzór USA?
A może elekcyjka?
Będziemy mieli Króla!