Małgorzata P. Bonikowska: Polskie losy złotych rogów

Kanada2015-05-18.

To też nie będzie miły artykuł   

Zainspirowana tekstem (Anna Izabela Nowak: To nie będzie miły, wesoły artykuł) postanowiłam napisać to, co na sercu leży mi od dawna. Mój artykuł też nie będzie miły, więc od razu powiem jak mówi się teraz w Polsce – “sorki”.

Oddalenie powoduje zmianę optyki. I nie tylko dlatego, że przestajemy być na co dzień uczestnikiem tej samej rzeczywistości, ale także dlatego, że inne doświadczenia nakładają nam różniste filtry. Nie da się ukryć, że widzimy na pewno inaczej, a pewnie i więcej (sorki).

Obalenie komuny to sukces niewyobrażalny, historyczny – ciągle sobie myślę, że błogoławieństwem było móc przeżyć ten moment (a właściwie proces) w takim momencie, kiedy było się jeszcze stosunkowo młodym (30-31 to dosyć młodo, prawda?). Wszystko było takie nowe, takie pierwsze, ale jako terra incognita na pewno naszpikowana była minami. Wiele błędów całkowicie usprawiedliwiam, bo któż jest nieomylny, szczególnie jeśli przyjdzie mu działać jak lodołamacz?

Ale jedno jest pewne, panowie i panie, którzy wtedy mieliście “moce decyzyjne”: to był moment, kiedy można było wszystko. I wtedy trzeba było jak najszybciej po wstępnej euforii, usiąść przy skrzynce piwa na kilka nocy burzy mózgów i zrobić listę. Nie tych oczywistych spraw jak majątek PRL-owski, reformy polityczne. Inną listę, równie, a może bardziej, istotnych spraw do załatwienia.

Jakich? Wiadomo było, że entuzjazm minie, że zacznie się konfrontacja rzeczywistości już pokojowej z oczekiwaniami, które sztucznie napompowała epoka ubiegła. Bo przecież przeciętnemu Kowalskiemu mrzyło (i marzyło) się, że zaraz jak sztandar PZPR wymaszeruje z Sejmu, a na głowę orła trafi korona, zacznie mu się żyć jak w Reichu, jego od zawsze niedoścignionym ideale. Czyli cała reszta ułoży się sama. Żadnych cen do płacenia, żadnych niedogodności, bo przecież kapitalizm to system bez skazy.

Ja nie byłam w tej decyzyjnej wierchuszce, a zresztą już w 1990 roku wyjechałam na wymianę żeby uczyć w Kanadzie. I wtedy, bo już wiadomo było, że zawsze można przyjechać gdyby rodzicom potrzeba było pomocy, że oni także mogli przyjechać, postanowiłam, że to kraj idealny dla mnie i że chcę w nim zostać. Moja “wymienniczka” z Toronto, czystej krwi Kanadyjka, chciała zostać jeszcze rok w moim Instytucie Anglistyki UW, a ja też zakochiwałam się w Kanadzie coraz mocniej. W końcu po 2 latach wymieniłyśmy się krajami na zawsze.

Nie miałam więc pojęcia, że nigdy nie doszło do sporządzenia tej w moim przekonaniu najbardziej istotnej listy spraw do załatwienia – bo mnie tam nie było, a nawet gdybym była, nikt nie pytałby mnie pewnie o zdanie.

Co powinno się było znaleźć na tej liście?

Edukacja społeczeństwa – masowa, długotrwała kampania uświadamiania nieuświadomionemu społeczeństwu, że:

  • kapitalizm, szczególnie młody, osiągnięty rewolucyjnie (choć na szczęście bezkrwawo) a nie ewolucyjnie, będzie społecznie kosztowny, bolesny, bezwzględny,
  • nie da się mieć ciastka i jednocześnie go zjeść – czyli nie da się mieć i wolnego rynku i PRL-owskich przywilejów – wczasów pracowniczych, ciągłych zwolnień lekarskich, darmowych studiów itp.
  • system gospodarczy można zmienić dość szybko, ale inercji instytucji i mentalności ludzi, demoralizowanych przez dziesięciolecia – NIE
  • wytresowani w kombinowaniu z epoki PRL-u rodacy będą używać swoich superumiejętności obchodzenia przepisów, “załatwiania”, “organizowania” – tyle że stawka będzie nieporównywalnie wyższa, więc i walka o apanaże znacznie bardziej zacięta
  • trzeba szczególną uwagę poświęcić edukacji młodych ludzi w szkołach – nauczyć ich codzienności demokracji, życia tak, aby z natury bezwzględny kapitalizm miał ludzką twarz i pozwolił na wskrzeszanie dobra, a nie wyzwalanie się zła.

To zaledwie częściowa lista, zawierająca tylko to co naprawdę w moim przekonaniu było KONIECZNE do zaplanowania.

Pewna część z tego została jakoś tam, przy okazji, zrobiona. Ale sami widzimy jaki koń jest. Dzisiaj piękna, pełna sukcesów Polska, która poradziła sobie z transformacją nie bez błędów (to jasne i zrozumiałe), ale w sumie imponująco, ma rozbite społeczeństwo, gdzie wzajemna niechęć, ba, nienawiść jest widoczna i wyczuwalna na każdym kroku.

Kto za to odpowiada? Moja odpowiedź nie będzie miła.

Panowie i panie inteligenci, żyjąc w naszym niszowym świecie, zawsze tak naprawdę gardziliśmy tymi, którzy nie mieli właściwego pochodzenia (tak, herbu!), nie mieszkali w Warszawie albo Krakowie, a jeśli już mieszkali w Warszawie, to czy aby po właściwej stronie Wisły? Sama taka byłam, szczęśliwie posiadając wszystkie niezbędne atrybuty.

Ale to dawne czasy…

Wiecie, panie i panowie, czego nauczyło mnie 25 lat życia po przeciwnej stronie Oceanu – nie w kraju, który był zawsze niedoścignioną i wymarzoną ziemią Polaków, lecz w mniej ważnym kraju sąsiadującym z nim od północy? Szacunku do tych, którzy doszli do wszystkiego sami, którzy zaczynali od zera, którzy pochodzą z mało ważnych i nieznaczących miejsc, ale pracują uczciwie i robią to co robią dobrze. Grupy nieakceptowane przestały istnieć w mojej hierarchii wartości, nikogo nie skreślam a priori. Nie używam określeń typu “słoiki”, “pedały” – bo przecież to kogoś boli…

Wiem też, że mamy takich rządzących, jakich sami wybraliśmy. Jeżeli tym razem u władzy tu czy tam jest opcja, która nie jest bliska mojemu sercu, trudno, szanuję ją, bo widocznie większość chciała tej, a nie mojej. Nie neguję każdej inicjatywy, bo to “ich”, a nie “moja”. W końcu w taki czy inny sposób chodzi nam o dobro kraju, w którym żyjemy.

Polscy inteligenci, nie zdaliście egzaminu, bo odwieczne uprzedzenia i snobizm zaślepiły was do tego stopnia, że przegapiliście najważniejsze – czas, kiedy trzeba było wypracować poczucie wspólnoty, obejmujące nie tylko kolegów z uczelni czy podziemia, znajomych z tych samych klubów i prywatek (tak się to wtedy nazywało, a nie “domówki”), ale WSZYSTKICH, także tych z drugiej strony torów.

Zostawieni sami sobie i niepotrafiący (bo i skąd?) pojąć złożoności nowej sytuacji, niedopuszczeni do niczego, trafili tam, gdzie ich sprawnie zagospodarowano. Teraz ich gorycz i nienawiść do was jest tak silna i tak mistrzowsko sterowana, że już po herbacie. W “międzyczasie” zdarzył się Smoleńsk, który dopełnił dzieła.

Nie wiem, jak zmienić to co się stało w społeczeństwie polskim. Ilość agresji i plugawego błota, wylewana na co dzień, przeraża mnie i boli. Nie wiem, jak można na to pozwalać. Nie wiem, jak mogłabym znaleźć się w takiej brutalnej rzeczywistości. Każdy kimś gardzi, nikt nikogo nie słucha, nie szanuje innego poglądu, jest lepszy i mądrzejszy, i oczywiście najważniejszy.

Czego trzeba Polsce? Pokory, kultury, respektu, życzliwości, wdzięczności, a to możliwe tylko wtedy, jeśli w jakiś sposób Polacy poczują znowu, że Polska może być różna, ale jest wspólna, najważniejsza i że czas skupić się na tym, aby każdy dał jej z siebie to co ma najlepsze. Dla dobra wszystkich.

Jeśli uważacie, że to nie moja sprawa, to sorki.

Małgorzata P. Bonikowska

Kanada
Redaktor naczelna “Gazety

Gazeta_logo

Print Friendly, PDF & Email

21 komentarzy

  1. Mr E 2015-05-18
      • Mr E 2015-05-19
  2. j.Luk 2015-05-18
  3. bisnetus 2015-05-18
    • Mr E 2015-05-19
      • bisnetus 2015-05-19
        • BM 2015-05-19
        • bisnetus 2015-05-19
        • Mr E 2015-05-19
        • bisnetus 2015-05-19
  4. slawek 2015-05-19
      • slawek 2015-05-20
        • slawek 2015-05-20
  5. j.Luk 2015-05-19
  6. slawek 2015-05-19
  7. andrzej Pokonos 2015-05-20
  8. Asia 2015-05-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com