Stefan Bratkowski: Atlantyda, tak niedaleko (11)

2012-09-20. Nauka, a za nią my stanęła przed kolejną zagadką – kiedy powstał Nowogród Wielki? Różne wersje rozwiązania miały każda w minionym ustroju inne podteksty polityczne. Mamy do tematu cenne wiadomości ze skandynawskich sag, a jeszcze cenniejsze… z ówczesnego świata arabskiego!

11. Gród nad rzeką kudłatą

Skoro carat moskiewski wyrastać mógł tylko z tradycji „państwa kijowskiego”, skoro nie udało się wypędzić Skandynawów z historii dawnej Rusi, łatwo zrozumieć, że w tej sytuacji w ogóle nie należało Nowogrodu Wielkiego zakładać, a skoro już coś takiego się przytrafiło, to nie wypadało o tym za dużo pisać. Nikt więc, od Mikołaja Karamzina, pierwszego wielkiego naukowego patrioty pra-państwa ruskiego, po Griekowa i Rybakowa, nawet się nie zająknął, kiedy naprawdę i z czego się właściwie ten Nowogród wziął… Najwybitniejszy polski znawca dziejów dawnej Rusi, Ludwik Bazylow, też o tym milczał. Nawet legend nie przytaczano – choć Nowogród miał, a jakże, swoje własne legendy, nie mniej barwne, a nawet bardziej tajemnicze. O pochodzeniu i wieku Nowogrodu po prostu nie pisano. A jeśli już, to półgębkiem. I tak od dwustu lat.

Oficjalnie podaje się – tak, w tych sprawach nadal mamy „wersje oficjalne” – że Nowogród powstał na przełomie IX i X wieku. Taki termin powiela się w dziesiątkach opracowań naukowych. Tylko nieliczni autorzy zaznaczają, że przekopano ledwie parę procent powierzchni dawnego miasta, a przecie archeologia dostała od przyrody i fizyków prezent wspaniały – odkrycie, że promieniotwórczy węgiel C-14 zaprzestaje emisji ze śmiercią ściętego drzewa. Można dzięki temu oznaczać wiek drewna w znaleziskach z dokładnością do mniej więcej trzydziestu, pięćdziesięciu lat.

Orest Martyszin powołuje się na wypowiedź Arcichowskiego z roku 1956, że w warstwach z wieku VIII i IX nie ma niczego, co by mogło się kojarzyć z miastem. I sam dodaje potem, że w ciągu następnych trzydziestu lat nie spotkano warstw z IX wieku. A przecie Walentin Janin jeszcze w roku 1954, tuż po śmierci Stalina, napisał w szkicu tłumaczonym na język polski, że północna część grodu, czyli „kremla” nowogrodzkiego, była „nie tylko zamieszkana, ale i ufortyfikowana” około IX wieku!

W tymże IX wieku wszyscy dookoła, od Normanów po Arabów, i to nawet bardzo daleko, w głębi arabskiego świata, wręcz bardzo dużo wiedzieli, jak się okaże, o Nowogrodzie Wielkim i jego „Rusach”. Ba, już nawet w początkach tego stulecia! Nie mogą się tylko ciągle doczytać niczego uczeni spadkobiercy Iwana Groźnego.

Zmowa milczenia trwa. Ciągle – w imię idei. Historycy nadal „zbierają ziemie ruskie”. Nawet w najodleglejszej przeszłości. Niczego nie chciałbym ujmować sławie i głębokiej wiedzy Borysa Aleksandrowicza Rybakowa, jednakże ten właśnie znakomity uczony potrafił z iście radziecką dezynwolturą puszczać nieraz rzekę czasu w odwrotną stronę. O Nowogrodzie w swoim „Jazyczestwie driewniej Rusi” (Pogaństwie starej Rusi) napisał:

„Nowy gród u jeziora Ilmen był, niewykluczone, bardzo starym centrum okolicznych plemion; takim też pozostał, oczywiście, przy zasiedleniu tych miejsc przez >Słowienów<. W IX wieku gródek nad Wołchowem, który postawili, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, kniaziowie kijowscy jako północną kresową forpocztę nowego państwa Rusi, okazał się ważnym ośrodkiem tych kresów i ważnym ogniwem w całym systemie państwowości ruskiej”.

Państwo radzieckie, prawowierny spadkobierca moskiewskich carów, sięgało aż po same początki historii, wymagało więc i „państwa Rusi”, i „systemu (!) państwowości ruskiej”… Nie dziwmy się – historycy duńscy jednoczą Danię już w 700 roku!

Prawda o wieku Nowogrodu Wielkiego przeciskała się w drukowane teksty co najwyżej dzięki przeoczeniom, nieświadomym lub – świadomym. Oto Wielka Encyklopedia Sowiecka podała bliższe faktów dane o czasie narodzin takich miast, jak Staraja Russa i Nowogród: wiek IX. Przepuścił je odpowiedzialny konsultant naukowy od historii starej Rusi, Lew Władimirowicz Czerepnin, ukryty widać, sprzed Rewolucji Październikowej, zwolennik Nowogrodu, autor m.in. rozprawy o „bieriestach”. Odnotujmy jego nazwisko. W czasach, gdy sprawdzano politycznie każde słowo, miało to znaczenie.

Wszystko można było wtedy skorygować we właściwy sposób i uregulować. Nie dawały się tylko skreślić, zatrzeć ani ocenzurować informacje, które pozostawił po sobie Nestor, bo jego „Powieść doroczną” drukowano po całym świecie jeszcze w XIX wieku. A on mówił wprost:

„Słowianie że sjadosza około jeziera Ilmeriu, proziwasza sja swoim imieniem i sdjałasza grad i narekosza ji Now gorod, czyli – „Słowianie zaś siedli koło jeziora Ilmeru, przezwali się swoim imieniem i zrobili gród i nazwali go Nowym miastem”.

Nestora można było tylko przemilczeć. Czy w tej sytuacji potrafimy coś naprawdę powiedzieć o narodzinach Nowogrodu Wielkiego?

Pomogą nam – Arabowie. Ingvar Andersson powołuje się na geografa arabskiego, Ibn Dustaha. Nasz znów prof. Hensel – na geografa arabskiego, ibn Rosteha, którego cytował i Rybakow. Ale jest to jeden i ten sam Abu Ali Ahmed ibn Rusteh vel ibn Dasteh (wzgl. Rusta lub Dasta) ibn Omar, zmarły w roku 903, autor swoistej encyklopedii „Al-A’lak an-nafisa”, czyli „Księgi cennych klejnotów”, jednej z pierwszych prac geografii arabskiej. Pochodził, jak i pionier geografii arabskiej, ibn Churdadhbih, z Iranu; w swoim Isfahanie spędził, jak pisze nasz znakomity arabista, prof. Józef Bielawski, znaczną część życia. Wiele sam jednak podróżował; był w Egipcie i Bizancjum, był też w Indiach. Z jego ogromnego i pracowitego dzieła dotrwał do naszych czasów, niestety, jedynie siódmy tom, ale, szczęściem dla nas, obejmujący akurat geografię – z naprawdę bezcennymi wiadomościami o Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz o wschodniej Europie.

I to on, ibn Rusteh, podał nam owe nieocenione wiadomości, datowane na schyłek IX wieku, ale odnoszące się równie dobrze do sytuacji o kilkadziesiąt lat wcześniejszej (zacytuję go tutaj za naszymi arabistami):

„Co się tyczy Rusi, to znajduje się ona na wyspie otoczonej jeziorem. Wyspa ta, na której oni (Ruś) mieszkają, zajmuje obszar trzech dni drogi, pokryta jest lasem i błotami, jest niezdrowa i tak wilgotna, że wystarczy stąpić nogą na ziemię, a ona już drży z powodu obfitości w niej wody. Mają oni króla, który zwie się chakan-Rus. Urządzają oni napady na Słowian, podjeżdżają do nich na korabiach, wysiadają, zabierają ich do niewoli, odwożą do Chazranu i Bułgaru (czyli do Chazarów i Wielkiego Bułgaru Bułgarów kamskich) i tam sprzedają”.

Zastanawiać się, gdzie umiejscowić ten pejzaż, można było tylko przy bardzo głębokim przekonaniu, że Nowogród jeszcze nie mógł wtedy istnieć…

Badania archeologiczne dalekie są od finału; Nowogród Wielki nadal wart jest wielkiej, międzynarodowej, wspomagającej drużynę Janina ekspedycji w imię odzyskania prawdziwej historii Rosji. A do dzisiaj historycy nie wiedzą, jakie skarby informacyjne kryć się mogą jeszcze w „latopisach”, kronikach Nowogrodu Wielkiego. Jak do tej pory, wydano ich wszystkiego – pięć; nie mają nazw, inaczej niż kodeksy z kroniką Nestora, Hipacki, Ławrientijewski czy Radziwiłłowski z różnymi wersjami zwodów kijowskich. Latopisy nowogrodzkie oznacza się cyframi rzymskimi, I, II, Pierwszy, Drugi, Trzeci, Czwarty i Piąty. Nie wiemy, czy nie ma ich więcej. Być może jutro wychyną z jakichś przepastnych piwnic po byłej bezpiece czy z blokowanych latami archiwów jakieś latopisy skonfiskowane po klasztorach, do których i przed 1917 nie zaglądano, kroniki tak „szkodliwe” dla państwa radzieckiego, jak były dla Rosji carów. I może jakiś kolejny latopis nowogrodzki zaskoczy nas nowymi i nieoczekiwanymi danymi o narodzinach Nowogrodu Wielkiego. Wtedy nasze pojęcia o początkach Wielkorusi przyjdzie raz jeszcze rewidować.

W sagach skandynawskich Normanowie nie założyli, ani też nie zdobyli Holmgardu, „grodu wyspowego”, jak się w nich zowie Nowogród; podobnie, jak nie założyli ani nie zdobyli Wolina-Jomsborga. Ani Kijowa. Sagi więc nie podpowiedzą nam niczego.

Borys Rybakow w swoim „Pogaństwie dawnej Rusi”, wspomina o nowogrodzkich bajecznościach, dotyczących dawnego pogańskiego czasu. Pisze o nich w liczbie mnogiej, czyli, że uchowało się ich więcej niż jedna baśń. „Latopis Joachimowski”, przypisywany pierwszemu biskupowi Nowogrodu Wielkiego, jego chrzcicielowi, wspomina o nowogrodzkich wielkościach sprzed czasów historycznych, o Buriwoju i Gostomyśle. Rybakow odwołuje się do innej z tych „bajeczności”, do potrzebnej mu dla religioznawczych rozważań legendy zapisanej w „Kwietniku” („Cwietnik”) w r. 1665. Wiemy z niej tylko, jak sobie w XVII wieku na Rusi wyobrażano powstanie Nowogrodu Wielkiego…

Tak więc dwaj plemienni wodzowie, Słowien i Rus, porzucili wraz ze swoimi plemionami stare pielesze w „Scytoponcie”, by szukać sobie innego miejsca pod słońcem, „jako orły ostroskrzydłe przelatując przez pustynie”. Po 40 latach błąkania się – jak plemię Mojżeszowe w Starym Testamencie – dotarli do wielkiego jeziora, które nazwali imieniem siostry Słowiena, Ilmery. Na brzegu rzeki, zwanej wtedy „Mutnaja”, Mętna, zbudowano gród Wielki Słowiensk („a iże nynie – Now grad”) „i od tego czasu nowoprzybyli Scytowie zaczęli się nazywać Słowienami”.

W tej opowieści kalki z cudzych legend i Biblii, sztukowane zmyśleniem, dowodzą, że wszystko to koncypowali późno-średniowieczni albo jeszcze późniejsi erudyci typu naszego, znacznie wcześniejszego Wincentego Kadłubka. Wołchow jako rzeka „mętna” informuje tylko, że autor bywał nad nim i widział, jak burze na Ilmenie wpędzały w koryto rzeki jakieś przybrzeżne rumowisko denne, od czego jej wody rzeczywiście mętniały.

Skąd wszelako to zaskakujące imię – Wołchow? Ba, a skąd, od czego – wołchw? Ani Rybakow, ani nasz wielki Łowmiański w swoim dziele o religii Słowian i jej upadku nie tłumaczą „wołchwa”. Łowmiański powiada, że czarownik występował w latopisach pod dwoma nazwami – „wołchw” i „kudiesnik”, przy czym pierwsza miała sens pozytywny, znamionujący akceptację (odpowiadała, jak rozumiem, naszemu „czarodziejowi”), druga zaś, czudzkiego ponoć pochodzenia, odcień raczej ujemny (jak nasz „czarownik”, po fińsku „kudos” to „tkanina”, snadź kudiesnik wyróżniał się strojem). Źródłosłów zarówno wołchwa, jak i nazwy samej rzeki, mógł odkryć każdy, kto pofatygował się zajrzeć do starego Vasmera, do jego słownika etymologicznego języka rosyjskiego… To nie od „wołu”, ani – „włosów”. Jeśli już, to „włosy” pójść mogły od „wołchwa”, gdyby Słowiańszczyzna wschodnia znała przestawkę spółgłoski płynnej i przeniosła dźwięk „ł” przed „o”. Wołchw był bowiem włochaty, innymi słowy – kudłaty i brodaty. Jak Norman. Bo Słowienie bród nie nosili. Tak, nie nosili. Skąd wiemy? Nie znam jakiejś historii bród Wielkorusi, hasła „broda” nie ma Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej, a byłaby ona ważna nie tylko dla nas: modami w strzyżeniu narody Rusi i Rosji tak się potem różniły, że pochodne stąd przezwiska funkcjonują w Europie Wschodniej do dzisiaj. Historyków brody nie interesowały; najcenniejszym dzisiaj źródłem wiadomości w tej mierze jest znowu to samo wiekopomne dzieło największego etnografa Słowiańszczyzny, naszego Kazimierza Moszyńskiego, „Kultura ludowa Słowian”. Ale i on ostrzegał przed nazbyt łatwymi uogólnieniami, przed wnioskowaniem ex silentio, np. z braku brzytew w grobach danego prehistorycznego ludu.

Kpiąc z późniejszych bród Wielkorusów, Ukraina będzie ich przezywała „kacapami” – od bród capich. Ukraińcy znów brody golili, zapuszczając jednocześnie długie wąsy, a czupryny podgalali, wzorem koczowników, w czub tak przycięty, że rozsypywał się na skronie i potylicę, nie sięgając jednak ani czoła, ani karku; ten czub nazywano „chochołem” i stąd Wielkorusi ochrzcili Ukraińców „chachłami”, czyli „chochołami” (wcale nie od różnicy w wymowie dźwięków „g” i „h”, jak sądzi wiele osób).

Stefan Bratkowski

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. elkaem 2012-09-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com