Dwieście dwadzieścia lat temu Komisja Edukacji Narodowej, a w sto lat potem przywódcy zapomnianego dziś Strajku Szkolnego próbowali stworzyć i odbudować nasz system edukacji powszechnej od szkolnictwa wyższego (Hugo Kołłątaj) po szkoły powszechne (Marian Falski). Stworzony po I Wojnie system kształcenia pomimo swych licznych błędów zdał chyba najtrudniejszy egzamin wszech czasów tworząc strukturę Tajnego Nauczania w latach II Wojny.
Wydawało by się, że po kolejnym odzyskaniu wolności w 1989 r. nic nie stanie na przeszkodzie przeprowadzeniu głębokich reform edukacji powszechnej w Polsce; szczególnie, że wymóg takich reform spowodowany był (i jest) nie tylko koniecznością naprawienia błędów, niektórych o katastrofalnych konsekwencjach — jak np. usunięcie matematyki ze spisu obowiązkowych przedmiotów maturalnych przez rządy stanu wojennego — ale faktem, że rewolucja Polska zbiegła się z początkiem przemian technologicznych i cywilizacyjnych na świecie, do których Polska była nieprzygotowana identycznie jak pozostałe kraje europejskie. Po raz pierwszy od setek lat nie musieliśmy gonić świata i „czegoś nadrabiać”. W stosunku do konsekwencji cywilizacyjnych eksplozji informatycznego społeczeństwa XXI wieku nie byliśmy i nie jesteśmy spóźnieni jako społeczeństwo. Dramatycznie spóźniona była i jest jednak struktura państwa, administracji państwowej, a przede wszystkim klasa polityczna. Przemianowywane i politycznie przemeblowywane co chwila, istniejące już od czasów Władysława Gomułki, ministerstwo informatyzacji (czy jakoś podobnie obecnie zwane) nie rozwiązało żadnego istotnego problemu, czego dowodem jest np. blamaż z trywialnym w skali współczesnej informatki problemem scalania protokołów wyborczych czy też ciągłym zmaganiem się władz z dowodami osobistymi, czy fatalny przebieg dyskusji i działań dotyczący najpierw „laptopizacji” szkół a następnie ich „oebukowania”.
Przemiany cywilizacyjne zapoczątkowane przeniesieniem do „chmury informatycznej” większość z czynności związanych z uczestnictwem w kulturze (dowolnego poziomu), realizacji wielu czynności dnia codziennego, administracji i, co najważniejsze, zdobywanie wiedzy, spowodowały głęboki kryzys edukacji na całym świecie. Kryzys wymagający nie powierzchownych zmian, np. drobnej skali przesunięć w programach szkolnych, ale całkowitego przemyślenia od nowa jak ma wyglądać edukacja powszechna – od żłobka do doktoratu. Nie ma dzisiaj ani jednego kraju rozwiniętego na świecie, który uporał by się z tymi problemami. Nawet stawiana jako niedościgniony wzór właściwego rozwiązania problemów edukacji powszechnej Finlandia właśnie zmienia kolejny raz szkolne programy nie mając nadal całościowego modelu zgodnego z – np. – załamaniem się gospodarczego modelu rozwoju Finlandii.
Tylko niepoprawni zwolennicy biurokracji mogą twierdzić, że tzw. proces boloński w szkolnictwie wyższym przyczynił się do czegokolwiek więcej niż do obniżenia poziomu studiów wyższych w tych krajach, które jak Polska starają się bezkrytycznie wprowadzić go w życie.
Ostatnio w wielu krajach podjęto jednak interesujące debaty, przeprowadza się też odważne eksperyment edukacyjne, np. w Korei Południowej. Prezydent Barack Obama uważa fakt nieprzygotowania edukacji amerykańskiej (i to pomimo dominacji USA w światowej nauce) do sprostania tym wyzwaniom za równie ważny jak sprostanie zagrożeniom terrorystycznym. Rządy wspierają dziesiątki obywatelskich projektów w różnej skali mających znaleźć całościowe lub tylko cząstkowe rozwiązanie.
W wielu krajach – ale nie w Polsce. Na sytuacje panującą w naszym szkolnictwie powszechnym, podobnie zresztą jak i w wyższym, organizacji badań naukowych, czy w podobnie szarpaną nieumiejętnymi próbami pseudo refom opieką zdrowotną nakłada się jeszcze wyjątkowa niekompetencja mediów, zarówno elektronicznych jak i tradycyjnych, w informowaniu społeczeństwa o praktycznie wszystkim co dotyczy kształcenia i nauki.
Przykładem klinicznego nieuctwa mediów była, toczącą się w połowie grudnia 2014 r. kilkudniowa debata o „sensacji dydaktycznej dwudziestego pierwszego wieku” tj. zniesieniu w Finlandii obowiązku nauczania dzieci pisania ręcznego. Błąd w tłumaczeniu komunikatu o zaniechaniu obowiązkowego nauczania kaligrafii wywołał lawinę komentarzy i wypowiedzi „ekspertów”. Znacznie bardziej niebezpieczne było de facto masowe wsparcie mediów i partii opozycyjnych dla działalności ruchu „obrony niewinnych 6 letnich dzieci od kaźni szkoły powszechnej”. Nawet dziś, gdy ruch ten już jawnie walczy o to, o co chodziło mu od samego początku, tj o odebrania świeckiemu państwu prawa o decydowaniu o zakresie i tematyce nauczania w szkole, spotyka się on z poparciem sporej liczby publicystów i polityków. Za czasów poprzednich rządów PiS-u mieliśmy już przedsmak tego typu reform, gdy Ministerstwo Edukacji Narodowej rozważało wprowadzenie do szkół nauczania… kreacjonizmu.
Polska szkoła wyszła z epoki realnego socjalizmu poturbowana fatalnymi decyzjami podejmowanymi jednak głównie w końcowej, gnilnej, fazie reżymu. Z tego okresu pochodzi owa decyzja o maturach z matematyki, której nie udawało się zmienić przez przeszło ćwierć wieku. Nienawiść do matematyki jest zresztą w Polsce chorobą pandemiczną wśród przedstawicieli prawicy i lewicy politycznej. Szczególnie dziwi tu stanowisko lewicy, zarówno tej betonowej z czasów PRL-u jak i tej współczesnej. Jeden z niedawnych liderów ideologicznych partii Twój Ruch potępił w prasie nauczanie w szkołach trygonometrii, szczególnie funkcji trygonometrycznej tangens. Ta głupota nie wzbudziła cienia reakcji publicystów, którzy tygodniami debatowali nad podobnej skali bezsensem wypowiedzi tegoż polityka w sprawach obyczajowych.
Przez okres PRL, przed rządami junty wojskowej, szkoła nasza przeszła jednak z nienajgorszym programem nauczania przedmiotów ścisłych i przyrodniczych i, okrojonym ze względów ideologicznych, ale dającym dobre rozeznanie co do kultury światowej programem nauk humanistycznych. Nie uczono historii współczesnej, historia po I Wojnie Światowej miała nikły związek z prawdą, ale uczniowie szkól licealnych (przynajmniej Ci) czytali Przedwiośnie, i jeżeli mieli dobrych nauczycieli (a nie było to rzadkim zjawiskiem) to mogli wiele dowiedzieć się. Spis lektur był obszerny i nie składał się tylko z prozy Żukrowskiego czy Machejka. Mieliśmy mało szkół ogólnokształcących, ale przygotowywały one dość dobrze do studiów wyższych. Polityczna decyzja powodowała skandaliczne ograniczenie liczby miejsc na uczelniach wyższych i znane problemy z przyjęciami na te uczelnie. Poziom wykształcenia na uczelniach wyższych był jednak dość wysoki i znowuż, dzięki tradycji nauczycielstwa i profesur wyniesionej z okresu zaborów i zahartowanego tajnym nauczaniem, pomimo wysiłków państwa w sporej mierze wolny od indoktrynacji ideologicznej. Po okresie stalinowskim do uczelnie wrócili np. profesorowie biologi relegowani z nich za nauczanie genetyki.
Na czele przemian ustrojowych w Polsce po 1989 r. stanęli liczni uczeni, w dużej mierze z Instytutów Polskiej Akademii Nauk, które to instytuty, powszechnie mylone i błędnie identyfikowane z strukturą korporacyjną Akademii, są obecnie chłopcem do bicia wielu krytyków obecnego stanu naszej nauki.
Powstanie w latach 1989-91 Komitetu Badań Naukowych, wielki i dziś ignorowany krok w kierunku umieszczenia nauki i szkolnictwa wyższego w strukturze demokratycznego państwa, początek reformy zastopowanej już przez rząd Hanny Suchockiej i potem zamulonej przez manewry AWS został zanegowany poprzez zmianę struktury administracji państwa za rządów SLD wraz z powołaniem Ministerstwa Nauki, które przechodziło różne „dopasowania” (było też i ministerstwem informatyzacji oraz sportu) aż do dzisiejszego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Ten konstytucyjny organ państwa, zachowujący kontrolę nad szkolnictwem wyższym i badaniami naukowymi – przy braku ze strony tego państwa zrozumienia tych pojęć – poniósł spektakularna klęskę w opanowaniu żywiołowo rozwijającego się po 89 r. ruchu niepublicznego szkolnictwa wyższego. Eksplozja tego typu szkolnictwa umożliwiona przez wprowadzenie w życie procesu bolońskiego przyczyniła się do tzw sukcesu edukacyjnego — fenomenalnego zwiększenia liczby studentów i osób z wyższym wykształceniem w Polsce. Ten sukces okazał się też, co dziś widzimy, początkiem oszustwa edukacyjnego. Pewna – spora! – liczba szkół wyższych zaczęła upodabniać się do fabryk dyplomów. W dodatku fabryk dyplomów w dziedzinach gospodarce państwa mało potrzebnych lub całkowicie zbędnych. Zastanawiający jest brak analizy związku tej proliferacji „śmieciowego wykształcenia” z narastającym ruchem tzw. Oburzonych czy wykluczonych.
Niż demograficzny obnażył słabość wielu uczelni budujących dotychczasowy sukces edukacyjny RP, ale co było by zbawienne, może oczyści pola przed koniecznym wielkim krokiem reformatorskim: podniesieniem poziomu nauczania na uczelniach.
Tzw. sukcesowi edukacyjnemu towarzyszyło tworzenie deficytu wysoko kwalifikowanej kadry technicznej i obniżenie statusu społecznego inżyniera, co stanowi przyczynę zagrażającej Polsce klęski niemożliwości skonsumowania kolejnych zbliżających się faz światowej rewolucji technologicznej. Nieprzemyślany stosunek państwa do kształcenia w dziedzinach humanistycznych jest od lat przedmiotem aktywności, w tym medialnej, nie prowadzącej do jakichkolwiek rozsądnych rozwiązań. Powstała w wyniku zlikwidowania samorządności akademickiej KBN-u struktura administracyjna nauki w Polsce doprowadziła do drastycznego ograniczenia autonomii uczelni wyższych czy placówek naukowych, czego przykładem może być np. zawłaszczenie Polskiej Komisji Akredytacyjnej, na czele której stoi… aktywny polityk. Powolne, ale wyjątkowo skuteczne przenoszenie finansowania nauki na finansowanie krótkoterminowe (głównie poprzez granty ale nawet tzw. finansowanie statutowe jest zmieniane, nigdy nie wiadomo jak, w skali roku) w prosty sposób ogranicza autonomię nauki.
Edukacja Powszechna nie doczekała się w pierwszych latach rewolucji zmian podobnych do utworzenia KBN. Pierwsze lata po 89 r. w edukacji powszechnej poświęcone były, poza budzącą kontrowersje decyzją wprowadzenia religii do szkół (na zasadzie uprzywilejowanego przedmiotu o ustalonym „przydziale godzin”), wprowadzeniu powszechniejszego niż za czasów PRL-u nauczania tzw. zachodnich języków obcych i zniesieniu obligatoryjnej nauki języka rosyjskiego. Rozpoczęto też korekty programów nauczania, dość oczywiste w odniesieniu do takich przedmiotów humanistycznych jak historia, ale w dużej mierze błędnych w odniesieniu do przedmiotów przyrodniczych i ścisłych. Wydarzeniem o historycznym znaczeniu była tzw. reforma Handkego.
Początkowe reformy szkolnictwa powszechnego, wprowadzające podział na szkoły podstawowe, gimnazja i licea są dziś powszechnie i zacięcie krytykowane. Uczestniczyłem w większości dyskusji nad reformami szkolnictwa powszechnego i wyższego, zasiadałem w wielu komisjach do 2004 roku i zadziwia mnie jak ówcześni ich uczestnicy — zwolennicy gimnazjów i całkowitego likwidowania szkolnictwa zawodowego, entuzjaści wprowadzenia egzaminów zewnętrznych i testów, dziś prezentują się jako okrzepli w bojach przeciwnicy tych reform.
Wielkim krokiem reformatorskim w szkolnictwie powszechnym po 1989 r. było wprowadzenie idei egzaminów zewnętrznych. Co rok kraj przeżywa horror egzaminów maturalnych a ostatnio też i gimnazjalnych. Specjalnie powołana ogólnokrajowe struktura administracyjna przeprowadza te egzaminy trwające tygodniami i z jakimś aberracyjnym długim okresem oczekiwania na wyniki. Prowadzimy z wysiłkiem prace nad doskonaleniem tej struktury, polepszamy jakość testów egzaminacyjnych (mierzoną własna skalą tej instytucji) nie zdając sobie jakby sprawy z tego, że egzaminy zewnętrzne to spuścizna XX wiecznej cywilizacji bezkrytycznie przeniesioną na grunt naszego kraju.
Egzaminy zewnętrzne w szkołach powszechnych, wprowadzone w XX wieku jako mechanizm kontrolny sprawności kształcenia dość szybko stał się mechanizmem politycznej kontroli nad procesem nauczania. Masowość testów etc. jest konsekwencją tego, że 70 lat temu nie istniały inne techniczne metody sprawdzania jakości nauczania na taką skalę. To, jak ta techniczna metoda zdemolowała system nauczania powinien być przestrogą dla dzisiejszych entuzjastów innych technicznych „cudów” np. e-learning. Dzisiejsze cudowne metody za kilkadziesiąt lat mogą okazać się jeszcze bardziej fatalne w skutkach niż tak dzisiaj potępiane metody z czasów cywilizacji papieru i ołówka.
Zaledwie w kilkanaście lat po naszej rewolucji z 1989 r., kiedy dopiero co oczyściliśmy nasz system nauczania z pozostałości systemu realnego socjalizmu i zaczęliśmy na poważne przygotowywać się do zespolenia naszego państwa ze strukturą Zachodu, tj wstąpienia do Unii Europejskiej, w cieniu zamachu z 11 września rozpoczęła się nowa światowa rewolucja cywilizacyjna wywołana proliferacją mobilnych urządzeń informatycznych. Większość podstawowych pojęć naszego codziennego życia uległo zmianie na skutek przeniesienia ich do świata chmury informatycznej. Znajomy zza miedzy stał się teraz znajomym na portalu społecznościowym, geometria sieci stała się geometrią życia w stopniu większym niż geometria trasy porannego joggingu. Zmieniło się całkowicie to, jak korzystamy z dostępu do dóbr kultury, jak zdobywamy wiedzę i przede wszystkim jak komunikujemy się. Polska była już wtedy członkiem NATO, COCOM nie ograniczał dostępu naszego kraju do nowoczesnych technologii, mogliśmy ruszyć w przyszłość równym krokiem wraz z innymi krajami. Tak się nie stało. Do dzisiaj jesteśmy spętani „dziwnymi” konsekwencjami nieznanych „praw” rynku, które powodują, że nasz wewnętrzny proces konsumpcji rozwoju cywilizacyjnego XXI wieku, od rynku książek elektronicznych, gier komputerowych czy wszelakich usług cyfrowych jest znowu zacofany.
Wszystko to ma drastycznie negatywny wpływ na przystosowywanie się naszego systemu edukacji do współczesności. Nie mamy żadnego rozsądnego programu wykorzystania wsparcia edukacji powszechnej i wyższej (wsparcia, a nie zastąpienia) poprzez platformy edukacyjne. Polski sukces Akademii Khana jest dziełem entuzjastów wspieranych przez charytatywne działania banków.
Jeżeli już nasz administracja odpowiedzialna konstytucyjnie za edukację, niezależnie od tego czy powszechną czy wyższą, zaczyna jakieś działania w kierunku dostosowania naszego systemu edukacji do współczesności to, podobnie jak ministerstwo informatyzacji tonie w procedurach dotyczących sprzętu, debatach o kładzeniu linii światłowodowych, pojemności pamięci laptopów czy tabletów szkolnych, które prowadzą donikąd. Ostatnio tak zakończyła się spraw z kolejnym przykładem naszej e-nieudolności, sprawa e-podręczników szkolnych.
Dlaczego tak się dzieje?
Przyczyny owego kolejnego już chaotycznego postępowania władz edukacyjnych dopatruję się w dość prostym fakcie. Wszystkie działania obu ministerstw, pomijając już fakt ich braku wzajemnej koordynacji działań, zawsze dotyczą gorzej lub lepiej postawionych problemów „jak” działać. Od końca reform w latach 92-93 nie stawiamy już sobie pytań po co i dlaczego coś mamy zmieniać, wprowadzać etc. Tymczasem w edukacji powszechnej, stanowiącej fundament do przyszłych reform działania uczelni wyższych (na razie reformy są zupełnie nieskorelowane) a także całej struktury badań naukowych i rozwoju najważniejszym pytaniem jest to o cel działania i akceptacja faktu, ze cel taki może być osiągany wielotorowo. Trudno o bardziej spektakularne potwierdzenie tej tezy, niż rewolucyjna zmiana technicznego giganta wszech czasów systemy badań kosmicznych w Stanach Zjednoczonych. Pozbawienie NASA monopolu na badania kosmosu, przede wszystkim lotów kosmicznych, doprowadziło do burzliwego rozwoju niezależnych i finansowanych z wielu różnych źródeł, w tym prywatnych projektów nie tylko konkurujących ze starzejąca się NASA ale i już tworzących znaczący gospodarczo spin-off. Cala rewolucja informatyczna ostatnich lat jest całkowicie produktem wielotorowej, niecentralistycznej samoorganizacji systemu gospodarczego.
Ominęła ona niemal całkowicie Europę i powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski.
Struktura szkolnictwa powszechnego w Polsce jest całkowicie zamrożona w XX-wiecznej, o ile nie XIX-wiecznej strukturze. Jeżeli toczy się jakaś debata, to właśnie ta o „katowaniu sześciolatków”, nieszczęsnej Karcie Nauczyciela czy tej absurdalnej laptopizacji. Tymczasem najważniejszym powinno być zastanowienie się nad wyjątkowo trudnym tematem jak ma wyglądać szkoła w XXI wieku. Czy przypadkiem nie trzeba będzie całkowicie przedefiniować większości z powszechnie dziś znajdujących się w obiegu pojęć. Że przemiana cywilizacyjna , przenosząca nas w geometrię sieci nie zmieni szkoły na taką o jakiej – co jest trochę paradoksalne – myślał XVIII wieczny edukator Johann Pestalozzi, szkołę zbudowaną wokół „nauki dziecka a nie przedmiotu”. Szkołę w której nie będzie horyzontalnej struktury opartej na wieku dziecka, gdzie nie będzie więc powodu do dyskutowania nad początkiem nauki szkolnej. Szkoły włączającej w proces rozwoju poznawania świata przez dzieci najnowsze zdobycze techniki i technologii ale tylko wtedy gdy są one potrzebne do czegoś istotnie wnoszącego nowe w poznanie.
Nie tak dawno dzieliłem się z kolegami z Instytutu Badań Literackich moimi uwagami na temat tego, że wykorzystanie np. tabletów czy laptopów, a przede wszystkim chmury informatycznej i w niej udziału jest o niebo ważniejsze w naukach humanistycznych niż np. w nauczaniu fizyki w szkole powszechnej. Pokazywałem, że jedynym zastosowaniem tabletu w nauczaniu o polu grawitacyjnym w szkole jest jego zrzucenie na podłogę pokazujące działanie tegoż pola, i pokazywałem jak dostęp do chmury zmienia możliwość czytania i korzystania z literatury np. zrozumienia wspanialej literatury XIX wiecznej.
Zrozumienie faktu, że szkoła, a więc cele stawiane przed uczniami, działanie w niej nauczycieli i współdziałanie szkoły z rodzicami dzieci, musi być gruntownie przemyślana i zmieniona nie po przez udoskonalenie mechanizmów kontroli jakości nauczania typu testów czy egzaminów i matur ale innych metod rozpoznawania i rozwijania talentów dzieci zaczyna kiełkować w Polsce.
Największe w historii Polski „badanie opinii publicznej w sprawie edukacji” tj. cztery i pół roku działania Centrum Nauki Kopernik, tłok w pracowniach CNK i w jego Majsterni, tłumy gromadzący się na prowadzonych przez CNK działania poza jej murami, na wydarzenia organizowanych co rok przez Festiwale Nauki w Warszawie i wielu miastach Polski, 19 lat Pikników Naukowych w Warszawie największej tego typu imprezy w Europie, kilkaset Klubów Młodego Odkrywcy,
Uniwersytety Dziecięce, Ruch Cała Polska Czyta Dzieciom, tysiące „klikających” co dzień w zakładki Akademii Khana, ruchy amatorów astronomii, kółka robotyczne, wrocławski Kongres Nauki Dzieci, cala wielka armia wspaniałych nauczycieli, wychowawców, rodziców i moich kolegów akademików, którzy społecznie uczestniczą w tym ruch pomimo, że nijak to się przekłada na ich indeksy Hirscha — fiksację MNiSzW — wszystko to dowodzi, że – o czym pisałem na początku – społeczeństwo nasze jest gotowe do podjęcia wspólnych debat nad tym jak ma wyglądać przyszłość naszej szkoły i wywodząca się z niej struktura uczelni i badan naukowych. Społeczeństwo; a nie za klinczowana w walce partyjnej klasa polityczna Polski.
Praktycznie każdy fragment naszego dzisiejszego życia społecznego w Polsce jest sprowadzony do intelektualnego parteru przez dławiące nieuctwo uczestniczących w nich „interesariuszy”. Ten tekst poświęciłem narodowemu problemowi edukacji, ale podobny można napisać o sytuacji w niezwykle ważnej, i powiązanej z edukacja, strukturze państwa, tj. opiece zdrowotnej. Oparcie tego działu działania państwa na matematycznym potworku o nazwie Narodowy Fundusz Zdrowia z jego samosprzeczną organizacyjnie struktura to kolejny przykład konsekwencji nieuctwa w działaniu. Ostatnim już przykładem niech będzie chaos w naszej krajowej debacie o tzw. bezpieczeństwie energetycznym prowadzonym z całkowitą pogarda dla praw fizyki. Niedawno jeden ze znanych ekspertów od dziennikarstwa ekonomicznego w obszernym artykule o przyszłości energetycznej świata będącym de facto streszczeniem raportu jednej ze znanych firm doradczych paplał bez sensu o magazynowaniu energii w bateriach. Nie dziwię się, ponieważ jedna godzina fizyki w szkole powyżej gimnazjalnej w klasach nie matematyczno- fizycznych uniemożliwia nauczenie czegokolwiek w szczególności zaś zasad termodynamiki.
Po przeszło dwudziestu pięciu latach od wielkiego sukcesu obalenia realnego socjalizmu do głosy doszli w większości politycy wykształceni w pseudo systemie „sukcesu edukacyjnego”. Ci politycy, których znam i którzy reprezentują wysoka wiedzę w wielu dziedzinach, a przede wszystkim rozumieją role edukacji w tworzeniu przyszłości kraju niewiele maja do powiedzenia. Zbliżająca się debata przed wyborami parlamentarnymi na pewno będzie zdominowana przez wszelkiej maści i spin-doktorów (nota bene poprawne tłumaczenie terminu „spin-doctor” z języka angielskiego to krętacz) a nie tych, niestety nielicznych, poważnych polityków ze wszystkich stron strony sceny politycznej. No a potem będą następne wybory i kolejne rocznice itd.
Kiedyś jednak musimy zacząć o tym poważnie mówić i myśleć, bo czas ucieka. Dwieście kilkadziesiąt lat temu Kołłątaj, sto dziesięć lat temu Falski, i ich współtowarzysze działań, myśleli i działali o Polskiej edukacji w znacznie gorszych warunkach politycznych i gospodarczych.
Może i my byśmy spróbowali?
Prof. Łukasz A. Turski
Centrum Fizyki Teoretycznej PAN
Centrum Nauki Kopernik



Podpisuję się czterema kończynami.
A jako ciekawostkę dodam, że profesor matematyki, zwolennik systemu bolońskiego dręczony przeze mnie twierdzeniem, że prowadzi on do obniżenia poziomu, stwierdził bardzo szczerze : „- No to najwyżej będą z nich nauczyciele”.
Wspomniana przez Pana Komisja Edukacji Narodowej (w skrócie, bo jej pełna nazwa była dłuższa) mówiła nie tylko o nauczaniu „młodzi szlacheckiej”, ale także o tym kto powinien być nauczycielem i że NIE KAŻDY MOŻE! Mówiła także o obowiązku stałego dokształcania się nauczycieli.
Można by pomyśleć, że ten PiS ma jednak rację. Gdzie nie spojrzysz to ruiny, upadek i zgliszcza. Czas wziąć łom i iść obalić tę „klasę polityczną”.
.
Mówiąc bardziej serio, od lat wiedzę takie teksty, są ich setki – i mam wrażenie, że absolutnie nikt tego nie słucha, nie czyta, że jest to rzucanie grochem o ścianę. Zamiast walić głową w mur bezskutecznie ciągle w tym samym miejscu, może warto się zastanowić dlaczego tak jest. Dlaczego nikt nie ma w zasadzie wpływu na nic. Szkoda głowy na walenie nią o ścianę. Może trzeba ominąć mur bokiem, albo załatwić dynamit i rozwalić ten mur nieco bardziej właściwymi i profesjonalnymi środkami.
Myślę, że trzeba się pogodzić z REALNYM w rozumieniu Jana Sowy z „Fantomowego ciała króla”. Innymi słowy: „I choćby przyszło tysiąc atletów, I każdy zjadłby tysiąc kotletów, To nie udźwigną, Taki to ciężar”. Byliśmy, jesteśmy, będziemy. Na peryferiach, na marginesie, z boku.
@wejszyc
Właśnie, że „Gdyby przyszło tysiąc atletów, i każdy zjadłby tysiąc kotletów, to byłaby to dla nich pestka nie ciężar”
.
W tym jest właśnie sedno chronicznego problemu, że nie dopuszcza się żadnych „atletów”, chociaż tacy są w terenie. Może jest 3-4 gdzieś w resorcie, ale 3-4 nie da z pewnością rady. Takie sprawy jak oświata nikt nie załatwi dla ludzi. Ludzie muszą sobie sami to załatwić. Bez normalnych demokratycznych procesów decyzyjnych, w którym uczestniczą tysiące nauczycieli, dziesiątki tysięcy rodziców, samorządowców, prawników nie da się tak złożonych problemów rozwiązać. W normalnych krajach taką ważną płaszczyzną współpracy są właśnie partie polityczne w których są setki tysięcy a nawet miliony obywateli, chociaż nie tylko (inne organizacje społeczne też są ważne). W Polsce takich platform nie ma, bo nie ma normalnych partii politycznych. Partie i państwo stoją murem przeciwko obywatelom. Nie ma ludzi, nie ma dyskusji, nie ma narad najbardziej zainteresowanych, nie ma tysiąca małych i większych decyzji – nie ma i nie będzie nigdy rozsądnych rozwiązań dla ludzi. Paroma urzędnikami w centrali i pisaniem milionów felietonów w sieci w sumie do nikogo tych problemów się nie załatwi.
@wejszyc, nawet gdyby tak podejść do tematu, to nie usprawiedliwia to faktu, że było lepiej, a jest gorzej. Ja też jestem jak najdalszy od wszelkich wyścigów, Hirschów nie Hirschów, ale moglibyśmy chociaż pilnować, by nie zjeżdżać w dół. Bo to JEST możliwe.
@ j.Luk. Tak, było lepiej. Czyli w komunie. Co potwierdzało słowa Piłsudskiego: „Dla Polaków można coś zrobić. Z Polakami nigdy”. Być może niezjeżdżanie w dół JEST możliwe. Ja już nie wierzę.
@wejszyc w komunie, nie w komunie. Po prostu było. A spieprzyć da się wszystko.
Coś panu opowiem. Po I wojnie przygotowując kadry dla edukacji stworzono seminaria nauczycielskie na wzór tych z zaborów i wcześniejszych Kołłątaja.
Sęk w tym, że dawne seminaria kończyły się maturą i dawały możliwość uzupełniania wykształcenia na studiach wyższych. Te z rozporządzenia Naczelnika Państwa z 1919 roku już nie. Why? Długo szukałem odpowiedzi na to pytanie i nie znalazłem. Zablokowano całej grupie zawodowej możliwość dokształcania się. I to grupie szczególnej. Polak potrafi? Jasne, że potrafi!
Z ciekawością przeczytałem, ale pamiętam jak oddawałem głos na Autora notki przy wyborach do KNB. Pamiętam wtedy, jak w prośbie o mój głos było zdanie: „Jeżeli nie uda mi się wprowadzić proponowanych zmian do polskiej nauki, podam się do dymisji”. Zmian nie było, dymisji też nie było. Namawiam Autora do opisania tamtego rządowego doświadczenia. Stawianie diagnozy, która jest dość oczywista, to jedno. Trudniej zaproponować zmiany, które powinniśmy zrobić.
@hazelhard
Przypomniał mi się właśnie bloger o nicku Szejnfeld, który kiedyś tutaj wypichcił wpis pod tytułem „I have a dream” z przepiękną wizją zreformowanej i świetnie funkcjonującej służby zdrowia. To był rzadki przypadek blogera optymisty pełnego fantazji, pogody ducha i pozytywnych myśli. W przeciwieństwie do większości blogerów, którzy tylko marudzą, bluzgają, złorzeczą twierdząc, że i tak nic nie mogą. Zamiast się wziąć ostro do roboty i śmiało realizować czynem własne wizje. Tak jak ten bloger o nicku Adam Szejnfeld.
Przeczytałem i zadumałem się nad tym co profesor Turski napisał. Nie on jeden pisze od lat podobnie.
Stało się narodowe nieszczęście, szlag trafił z trudem budowaną edukację przez towarzyszy z PRL-u, wymagała kosmetyki wiedzy historycznej i to wszystko. Stało sie inaczej. W opętańczym szale niszczenia wszystkiego co otarło się o „komunizm” ostał się nienaruszony jedynie PKiN w Warszawie choć kolejni kretyni co jakiś czas proponowali jego demolkę.
Smutny artykuł bo prawdziwy. Najgorsze jest to że nikt, NIKT! nie ma pojęcia co teraz należy zrobić. Bo znów trzeba będzie czekać ćwierć wieku na rezultaty zmian, bez gwarancji czy poprawi to obecny stan edukacji.
Profesor napisał „Może i my byśmy spróbowali?”
No to próbujcie, ja próbowałem od powrotu do Polski w 1991 roku.
Po kilkunastu latach zrezygnowałem, stale słyszałem o czym pan mówi, przecież nie jest źle, a będzie jeszcze lepiej, cierpliwości.
Więc jest lepiej.. lepiej nie mówić..
jestem już obserwatorem o zerowej sile sprawczej.
Profesorowi Turskiemu gratuluję bolesnej oceny polskiej edukacji i bądź co bądź, optymizmu.
Magog, stary belfer.
Niesłychanie ważny tekst, a równocześnie trochę niepokojący już samym tytułem. Więcej skargi niż refleksji, gdzie właściwie jest problem. Obserwowałem z bliska trzy systemy – szwedzki, brytyjski i polski. Przyglądałem się na odległość kilku innym. Masowość oświaty jest wyzwaniem, z którym trudno sobie poradzić. Kolejne reformy planują często ludzie skażeni syndromem inteligenckim, nie całkiem świadomi, że wrzucamy do systemu dzieci z dużą stymulacją intelektualną w domu razem z dziećmi z bardzo słabą stymulacją. Problem zauważyli Koreańczycy i uznali, że w systemie najwyższy prestiż muszą mieć nauczyciele nauczania początkowego (pod pewnymi względami szkoła koreańska jest ciekawsza od fińskiej). Ostatnia wielka reforma amerykańska była pod hasłem – „nie zgubić ani jednego dziecka”. Towarzyszyły jej ważne założenia – dziecko zgubione na początku procesu nauczania prawdopodobnie nie nadrobi zaległości, a co gorsza, będzie ciągnąć w dół całą klasę. (Obserwując co roku nabór do gimnazjum słyszę skargi, że z roku na rok jest gorzej, może nie jest to prawda, ale jedno jest pewne – gimnazjum otrzymuje już produkt ukształtowany, dziecko zainteresowane/zafascynowane nauką lub wręcz przeciwnie.) System szkolnictwa wyższego był przez stulecia nastawiony na kształcenie elit. Przestawienie go na system kształcenia społeczeństwa opartego na wiedzy wymaga zmiany filozofii. Dlatego właśnie przedszkolanka jest tu ważniejsza niż nauczyciel akademicki. Czterdzieści lat temu zachwyciło mnie w Szwecji oparcie nauczania raczej na nauczycielu niż na programie. Tam również tę zasadę zniszczyły nauczycielskie związki zawodowe,które wszędzie wydają się być największym wrogiem reform w szkolnictwie. Obserwuję w tej chwili co się dzieje w szkołach, kiedy niż demograficzny zmusza do redukcji zatrudnienia. Często tracą posady nauczyciele najlepsi, pozostają słabsi. Próby przestawienia systemu na szkołę nastawioną na nauczycieli, którzy potrafią motywować uczniów wywołały heroiczny opór związków w Anglii, w Ameryce, w krajach skandynawskich. Skarga, że uczelnie stały się „fabrykami dyplomów”, jest uzasadniona, ale pytanie co zrobić, żeby były fabrykami rzetelnych dyplomów? To jest uzależnione głównie od jakości wcześniejszych stadiów nauczania, wyrównywania poziomu, kształcenia fascynacji nauką.
Według badań specjalistycznych i międzynarodowych (np. PISA) polska młodzież i oświata radzą sobie nie najgorzej. Jest notowana gdzieś w średniej najbardziej rozwiniętych państw świata a w niektórych aspektach nawet nieco powyżej średniej. Według tych metod badawczych Polska stoi lepiej nawet niż Wielka Brytania, Francja lub USA.
.
Odczuwam zatem pewien dysonans poznawczy, bo z jednej strony mam bardzo negatywne opinie znawców nie poparte żadnymi empirycznymi i statystycznymi danymi, a więc niespecjalne godne zaufania a z drugiej mam wyniki złożonych badań prowadzonych przez setki najlepszych specjalistów z całego świata, które wykazują zgoła inne wyniki.
.
PS.
Ostatnio opublikowane wyniki PISA z tego roku znowu były dla polskiej młodzieży i polskiej oświaty dobre. Niestety nie mam tutaj gotowego linku.
Dla mnie bardzo ciekawa byłaby opinia polskich specjalistów na temat tych badań i w konfrontacji z tam zawartymi tezami. Niestety w Polsce zaniknęła kultura dyskusji na bazie faktów, danych i źródeł. Wiem, że to wymaga dużo więcej wysiłku niż chlapnięcie w sieci paroma stereotypami, ale myślę, że droga dłuższa i trudniejsza często dużo dalej prowadzi niż ta krótsza i łatwiejsza.
@bisnetus bo dyskusja na bazie faktów nie jest taka prosta, jak się panu wydaje. Co to są fakty? Statystyka? Przecież ona będzie różna w zależności od metody badania.
Takie np. Komisje Akredytacyjne sprawdzają czy formalnie jest wszystko ok, czy wydział ma kadrę „z tytułami” w odpowiedniej ilości. No ma. Tylko, że dziś profesor belwederski ze zwykłej uczelni coraz bardziej różni się od kościelnego profesora z KULu. Ponieważ kościelna uczelnia ma prawo nadawać tytuły profesorskie równoważne z belwederskimi, to jak pan określi poziom wydziału?
Pan ma rację, że najrzetelniej byłoby „na bazie faktów”, ale najpierw trzeba by opracować uczciwy system wyławiania tych „faktów”, a to nie będzie takie proste.
Najciekawszą rzecz podał p. Koraszewski o ukierunkowaniu na nauczyciela. Kołłątaj też w tym kierunku szedł, a potem się pogmatwało.
@j.Luk
Ja tylko mówię co mam do dyspozycji, i czemu daję większą wiarę, i gdzie odczuwam „dysonans poznawczy”. Dezawuacja jednych najbardziej szanowanych i szeroko zakrojonych badań ODBC nie ma większczego sensu. To jest jedyna rzecz, do której mogę sięgnąć w sieci, z surowymi danymi nawet.
.
To że statystki nie są biblią i wyrocznią to wie każdy, kto się zetknął ze statystykami. Sami autorzy dobrych statystyk są największymi krytykami swoich statystyk, bo samokrytycyzm jest fundamentem prac statystycznych. Kiedyś to czytałem głębiej i zapewniam, że tymi badaniami zajmują się dobrzy statystycy, którzy stale szukają dziur i błędów w swoich metodach. Interpretacje analityków są ciekawsze od samych liczb.
.
Pytanie czy są poważne prace analityczne, statystyczne i porównawcze uzasadniające czarne oceny polskiego systemu oświaty. Ja takich nie znam. Może są, ale wtedy proszę o link. (Opinie bez bazy faktograficznej mnie nie interesują. Szkoda na coś takiego czasu)
Od lat namawiam na prosty eksperyment: zróbmy próbną maturę z matematyki dając zadania sprzed 45 lat. I zobaczymy, czy te PISA-y mają jakikolwiek sens.
@hazelhard
odwróćmy ten tok rozumowania i zróbmy jeszcze prostszy eksperyment: niech dzisiejsze 60 latki zrobią dzisiejszą maturę. I zobaczymy czy te dawne matury miały jakiś sens.
Ja (prawie 60-latek) robię matury corocznie, bo są w Gazecie Wyborczej. Zajmuje mi to 15 minut (na jeden przedmiot, z wyjątkiem polskiego), i mogę powiedzieć jedno: to testy dla debili!
Jednak sprawdzanie 60-latków większego sensu nie ma- musielibyśmy brać poprawkę na demencję starczą. Mój test jest fair- porównujemy 19-latków, tylko z różnych okresów historycznych.
Nie wierzę Panu. Musiałbym to na własne oczy zobaczyć i sprawdzić. Wypełnianie krzyżówek w GW a zdanie matury to dwie różne sprawy. Sprawdzał te Pańskie wyniki jakaś niezależna komisja egzaminacyjna?
.
Czy Pan to zdał?
.
Znowu wchodzimy w temat matur i faktów weryfikowalnych i niewyryfikowalnych.
.
A Nawet jakby był Pan geniuszem i rzeczywiście rozwalał te matury, to ja mówiłem o populacji 60-latków a nie o jednym Einsteinie. A więc matury dawne są tyle warte co dzisiaj mogą ogólnie 60-latki.
.
Osobiście uważam, że matury w PRL-u były nic nie warte. Ludzie dostawali matury za bombonierki, za pochodzenie, za znajomości, niektórzy na szczęście. Wystarczy spojrzeć na tych maturzystów w dzisiejszej telewizji. Dureń na durniu. Debil na debilu. Logiki zero, analizy zero, dyskusji zero. Tylko szczekanie i ujadanie.
.
Mój pies ma więcej świadectw dojrzałości niż ci maturzyście z PRL-u.
Osobiście uważam, że w porównaniu z dzisiejszą maturą matura z PRL-u (nie z ostatnich lat, z samego rozkwitu, z lat 50) – to magisterium. A matura przedwojenna – to dzisiejszy doktorat. Dzisiejsze nauczanie zakłada masowość, tamto zakładało elitarność. Znam przypadki (przyczynili się do tego moi bliscy), w których 30% abiturientów oblewało egzaminy i nie miało już nigdy żadnej szansy poprawki; i tak było – moim zdaniem – dobrze i słusznie. Bowiem – to moja prywatna opinia – średnie wykształcenie powinno być dostępne (chodzi o poziom wymagań) dla jakichś 50% populacji, wyższe – dla 5%. A dzisiejsze matury są łatwe dlatego, że nie zakładają żadnej erudycji. Michał i ja łamiemy je w 15 minut dlatego, że w treści zadań jest już wszystko powiedziane, nic nie trzeba umieć (zwłaszcza – dedukować); wystarczy czytać z jakim takim zrozumieniem. I te 30% wystarczające do zaliczenia… Śmiech i rozpacz.
Ja natomiast tutaj mówiłem coś o opiniach weryfikowalnych i opiniach nieweryfikowalnych. Na przykład opinie na podstawie wyników badań PISA uważam, ze weryfikowalne natomiast opinie wspomnieniowe za nieweryfikowalne. Najsmutniejsze jest to, że akurat w tym temacie łatwo by było uczynić weryfikowalnymi. Tam w Warszawie są chyba jacyś dziennikarze i są jakieś ministerstwa ze swoim archiwami. Ile to wysiłku wyciągnąć wszystkie matury od 1945 roku, a nawet od 1918 roku i je opublikować w sposób chronologiczny w jednym miejscu w sieci? Wtedy moglibyśmy na konkretnym materiale źródłowym sobie konkretne przypadki porównywać i weryfikować niektóre tezy.
.
Co do tych procentów, to nie ma Pan racji. Wszystkie społeczeństwa świata są w coraz większym stopniu egalitarne i coraz lepiej i powszechniej wykształcone. Pan operuje zupełnie nieżyciowym i antyrozwojowym myśleniem elitarnym z poprzedniej, już odeszłej epoki. Powszechność wykształcenia obniża wprawdzie średnią w ramach wybranej społecznej kasty, klasy, warstwy, kliki, czy jak to tam zwać natomiast zwiększa średnią dla całych społeczeństw. I o to w tym procesie rozwojowym chodzi. Ja uważam, że w wysokorozwiniętym społeczeństwie wyższe wykształcenie powinno mieć 90% populacji. Dlatego nadal trzeba pracować nad rozwojem systemów oświaty, bo cel jest jeszcze daleko.
Wyniki zadań maturalnych są podawane, więc mogę sobie zawsze sprawdzić. Co do przygłupich 60-latków, to ja mam wiele kontrprzykładów: profesorowie w Stanford, Berkeley, czy MIT. To są producenci SOLARISa, PESA-y, czy detektorów VIGO. Przez ostatnie 25 lat zrobiliśmy (moje pokolenie) pracę tytaniczną mając najwyższy ostatnio wzrost gospodarczy w Europie.
Ale dlaczego bronisz się przed daniem Młodzieży maturalnej zadań sprzed 30 lat. Napiszą dobrze, to wszyscy będziemy szczęśliwi, nie napiszą, to obrońcy wspólczesnej edukacji stracą argument, że jest ok, bo testy PESA, bo coś tam…
Kontrprzykłady mają to do siebie, że zawsze można użyć ich obustronnie. Z pewnością można znaleźć dzisiejszych 19-latków, którzy „rozwalą” matury z lat 60-tych w 15 minut. Tak jak znajdzie się paru 80-latków, którzy rozwalają dzisiejsze matury w 15 minut.
.
Problem polega na tym, że to o niczym nie świadczy. Ja żadnym słowem nie broniłem Młodzeży przed stawaniem do dawnych matur natomiast w wskazywałem na nonsens i demagogię w twierdzeniu, że taka próba ma jakiś związek z oceną współczesnych badań PISA. To są szerokie badania porównawcze wszystkich dzisiejszych wyżej rozwiniętych krajów a nie badania historyczne dotyczące rozwoju systemów oświatowych od Średniowiecza do dzisiaj. Więc mieszanie tutaj nikomu nieznanych matur z lat 60-tych i z jakiegoś komunistycznego zadupia jest gadaniem od rzeczy. Co jest zresztą cechą charakterystyczną dla właścicieli matur z tego dziwnego miejsca i okresu. Widać w tamtych odległych czasach wydając świadectwa dojrzałości zupełnie nie zwracano uwagi na takie sprawy jak logika, rzeczowość, dialektyka, inteligencja funkcjonalna i emocjonalna. To zresztą widać masowo, gdy się włączy telewizor. Po setkach polityków, dziennikarzy i ekspertów z lewymi maturami z lat 60, 70 i 80-tych.
Jak to ? Paweł Wimmer kłamie? A może nie zdaje sobie sprawy że rozsiewa kłamstwo? A może to profesor Turski uprawia propagandę propisowską? Panie profesorze – jest pan pisiorem? Jak żyć w kraju w którym można krytykować władze tylko wtedy kiedy dopieprza sie opozycji i vice versa?
Prawda jest taka, panie profesorze, że jak likwidowano nierentownego Ursusa, to ludzie tacy jak Pan pieprzyli o tym, ze ekonomia tego wymaga, zaś robotnikom radzili oni przekwalifikowane sie i zakładanie sklepików. Niech Pan zatem wskaże rentowną szkołę w tym kraju, i pogadamy… Proszę o odpowiedź na jedno pytanie: Z JAKIEGO POWODU MIAŁBYM W TYM KRAJU FINANSOWAĆ UPRAWIENIE HOBBY DLA KILKUNASTU FIZYKÓW TEORETYKÓW? Uczciwa odpowiedź będzie musiała zawierać odwołanie sie do tych wszystkich pojęć które zanegowano po 89 roku. Warto zacząć od bicia się we własne piersi – proces ozdrowieńczy zacznie się od przyznania że się było pożytecznym idiotą…
„Zastanawiający jest brak analizy związku tej proliferacji „śmieciowego wykształcenia” z narastającym ruchem tzw. Oburzonych czy wykluczonych.”
.
Krótko i dosadnie powiedział o tym Ludwig Dorn:
„Podejrzewam, że wyborcy Kukiza są swoistym fenomenem społeczno-kulturowym, który został wyartykułowany politycznie. To subkultura odrzucenia systemu związana z poczuciem bycia odrzuconym przez system. Efekt między innymi boomu edukacyjnego ostatnich 20 lat, kiedy w licznych prywatnych szkołach wyższych milionom młodych ludzi dano za prawdziwe pieniądze fałszywe wykształcenie bardzo niskiej jakości, rozbudzając w nich jednocześnie nadzieje i aspiracje.”
.
http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,17906927,Dorn__Nieskazony_programem_hejt_Kukiza.html
.
Szersze analizy na pewno wkrótce się pojawią, ale Dorn trafił w dziesiątkę.
Fajne autorytety zaczynają tutaj panować. Dorna to ja pamiętam jako trzeciego brata bliźniaka i człowieka, który po Wypadku Smoleńskim powiedział publicznie z wyraźnym podnieceniem i ulgą: (z pamięci) „Wreszcie mamy ofiarę krwi, która będzie kamieniem węgielnym pod IV RP”. Oni tam naprawdę wierzą, że nic nie można zbudować bez „mordów założycielskich”, że bez ofiary krwi nic nie jest warte.
.
I taki typek jest cytowany na SO jak autorytet od oświaty i socjologi. Koniec świata. Może Dorn się zapisze do PO, by ją wzmocnić. Niedobitki po POPiSiw może będą miały na kogo głosować. Na Dorna od ofiar całopalnych, na Misia Kamińskiego od ubóstwiania Pinoczeta i tworzenia twarzy medialnej PiS-u, na Gietrycha od likwidowania Gombrowicza ze spisu lektur, wprowadzania mundurków i abolicyjnych matur, no i Kluzik-Rostowską gwiazdę Ministerstwa Edukacji, która niegdyś na zmianie wizerunki niemal nie wprowadziła psychopaty na prochach na urząd prezydenta.
.
Doprawdy. Super towarzystwo. Tylko proszę mnie namawiać do udziału w wyborach, bo staję się wtedy jakoś dziwnie agresywny.
sposoby na naukę angielskiego?
Język angielski to dla mnie nie tylko język obcy – to moja pasja i miłość, która zajmuje znaczące miejsce w moim życiu od wielu lat. Zapraszam na http://www.sic-egazeta.amu.edu.pl/index.php?t=2737 Jeśli chcesz nauczyć się tego wspaniałego języka angielskiego w sposób inny niż w niejednej szkole językowej… jeśli chcesz płynnie mówić po angielsku i poznać go w sposób atrakcyjny, nowatorski i ciekawy – zapraszam na angielski.
Cóż można do tego dodać? Tak się dziwnie składa, że w mojej rodzinie od 1918 r. stale ktoś „robi w oświacie”; sam też „robiłem”, ale krótko. Mam więc wyobrażenie, jak drzewiej bywało i jak być powinno. Dlatego przypomnę: jedyna sensowna reforma oświaty w ostatnich 200 latach to ta z 1932 r., min. Jędrzejewicza. Potem było już tylko psucie, aż po dziś dzień.
„Osobiście uważam, że w porównaniu z dzisiejszą maturą matura z PRL-u (nie z ostatnich lat, z samego rozkwitu, z lat 50) – to magisterium. A matura przedwojenna – to dzisiejszy doktorat.”
Wszyscy to powatarzają, a ja cały czas nie ma pojęcia – W OPARCIU O CO?
Sam długi czas wierzyłem w świetnośc dawnej matury, bo „wszyscy to wiedzą”, ale krytycznie myślący człowiek musi sobie w pewnym momencie powiedzieć: SPRAWDZAM.
W intrnecie trochę tych zadań z lat 20tych i 30tych można znaleźć no i delikatnie mówiąc…nie powalają. A biorąc pod uwagę, jak elitarna (liczbowo i procentowo) była ta matura, to wręcz wyrabiają jak najgorsze zdanie o kondycji IIRP. Doktorat? Dobre sobie…
http://histmag.org/Matura-przedwojenna-a-wspolczesna.-Matematyka-i-fizyka-6605
http://www.wykop.pl/ramka/1028697/zadania-z-przedwojennych-matur/
Matematyka i fizyka – no wybaczcie, nic szczególnie wybitnego czy stymulującego kreatywność tam nie widzę, a taka historia to już na przykłąd bywa miejscami zwyczajnie żałosna. Ot, polecenie:
„Wykazać, że naród polski zawsze miłował pokój i nigdy nie prowadził wojen zaborczych”
Poważnie?
To, że dziś nie jest dobrze (no bo nie jest) nie znaczy jeszcze, że kiedyś było lepiej.
Nigdy nie mieliśmy tak masowego systemu szkolnictwa wyższego i dlatego rozwiązań nie możemy szukać w przeszłości, musimy opracować je na nowo. Choć oczywiście niektóre co bardziej katastrofalne nowinki trzeba zwyczajnie usunąć.
A jakby sobie prof. Turski wyobrażał system edukacyjny AD 2015?
Co do PISY, to poza słabą miarodajnością tych uproszczonych przecież badań i promowania umijętności rozwiązywania testów, którą to nasze szkoły wytrwale ćwiczą, jest jeszcze takie wyjaśnienie, że po prostu…gdzie indziej jest nie lepiej.
Co by się zresztą trzymało kupy z romaitymi dowodami anegdotycznymi, bo obcując ze studentami z Francji, Hiszpanii, Włoch, Anglii czy Szwecji nie czuję się wcale głupszy ani niedouczony. Tylko że problem jest taki, że ich to póki co zaboli mniej, bo wciąż odcinają kupony od bogactwa wytworzonego przez pokolenia ich ojców. My natomiast musimy coś stworzyć samemu…
A ja tak z przekory pokażę Wam przyszłość.
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1019407,title,Niektore-dzieci-zamiast-w-szkole-juz-sa-na-wakacjach-z-rodzicami,wid,17624126,wiadomosc.html?ticaid=1150a6