Jeżeli ktoś jest palący, wie jak może podziałać na samopoczucie świeże powietrze. Bywa, że wręcz zaszkodzi.
Piękny wieczór, słońce skryło się za horyzontem, wokół unosi się upojny dym z wypalonych papierosów. Lekkomyślnie otwieramy okno i … szok! Świeże powietrze wdziera się zdradziecko do pomieszczenia rujnując nasze środowisko naturalne. Głowa zaczyna boleć, w oczach pojawiają się migoczące złowieszczo plamki i resztką sił zamykamy okno w obawie przed ostatecznym unicestwieniem. Ufff… udało się. Szybko zapalamy papierosa, by wyrównać skład gazów w otoczeniu w proporcjach akceptowalnych przez nasz zaatakowany podle organizm.
Szok wywołany brakiem nikotyny zna niemal każdy palacz, którego wrogowie namówili do rzucenia palenia. Mam wrażenie, że podobnie poczuli się niektórzy po wyborach prezydenckich, w których zwyciężył nie tylko „nie ten co trzeba”, ale pojawiły się pierwsze symptomy „wietrzenia”.
Histeria narodowa uprawiana przez publicystykę może zadziwiać. Z Wałęsą, wtedy legendą, zwyciężył postkomunista Kwaśniewski, Tymiński wyeliminował Mazowieckiego itd. I jakoś to przeżyliśmy. Skąd teraz ten szok? 8 lat wystarczyło, by przyzwyczaić się na tyle, by zmiana wywołała aż takie trzęsienie umysłów?
Teoretycznie zwycięstwo Kwaśniewskiego powinno wywołać większy, bo wówczas Polska znajdowała się w momencie wielkich decyzji, które miały określić naszą przyszłość na długie lata. Tymczasem Kwaśniewskiego wybrano dwa razy. I świat się nie zawalił, Polska nie upadła, a wręcz przeciwnie. Dziś znajdujemy się w zupełnie innym momencie naszej historii. Na tyle dobrym, że nie zaszkodzą mu nawet najgorsze rządy przez kilka lat. Polska ma dziś perspektywę znacznie dłuższą, niż 4 lata.
Pomijając sam fakt, że prezydent przy swoich prerogatywach może co najwyżej „przynieść wstyd”, którego niektórzy boją się bardziej, niż spadku PKB, co znamionuje osobniki zakompleksione, bez wiary we własną wartość, ot taka klasyka polskiej parafiańszczyzny.
Dużo większym problemem okazała się wymieniona wcześniej „próba wietrzenia”. Szok świeżopowietrzny sprawił, że zamiast rzeczowych analiz otrzymaliśmy licytację na inwektywy, „dowcipne” określenia, wyścig o „Złote Lekceważenie Roku” itp. A jest co analizować.
Choćby sam problem JOW-ów. Z tego co mówią na jego temat politycy i publicyści wnoszę, że nie zadali sobie trudu zapoznania się z tą propozycją zanim zabrali głos. To widać po sposobie argumentacji. Jej 99% to zabawa w „zabetonują czy odbetonują?”
Sam pomysł JOW-ów nie jest nowy i nie wymyślił go Kukiz (przepraszam za to nazwisko – wiem, że boli). Sami walczący o nie powołują się między innymi na zdanie w tej sprawie Herlinga Grudzińskiego, było nie było – zmarłego w 2000 roku.
Propagujący je prof. Jerzy Przystawa nie żyje od trzech lat.
Wiem, że już pod koniec lat 90tych były robione symulacje dotyczące składu parlamentu po wyborach w JOW-ach. Znajomy matematyk uczestniczący w tej akcji wykazał, że… nic by się nie zmieniło.
I to jest argument używany przeciwko JOW-om. Zwolennicy są w stanie dowodzić czegoś wręcz przeciwnego. Cały problem polega na tym, że jedni i drudzy w przeważającej większości posługują się nie tyle wiedzą, co wiarą. A z wiarą – wiadomo – dyskusja trudna.
Błąd przeciwników JOW-ów twierdzących, że zabetonują one na amen scenę polityczną polega na tym, że oni rozpatrują problem jako sam w sobie, bez żadnych zmian w sposobie zgłaszania kandydatów. Takie ujęcie rzeczywiście pozwala „udowodnić”, że JOWy są koncepcją błędną. Zwolennicy popełniają błąd również w tym obszarze niemal wyłącznie powołując się na przykład angielski, jak np. p.@bisnetus.
Już po kilku zdaniach orientujemy się, że nie jest to ten system, potrzebę którego głosi Kukiz (przepraszam), ponieważ niezależnie od rzeczywistej selekcji i dopuszczenia lepszych jakościowo, niż u nas kandydatów, o wszystkim tak czy owak decydują władze (czy odpowiednie komisje) partyjne.
Na dodatek śp. prof. Przystawa był przeciwnikiem czynnego uczestnictwa ruchu na rzecz JOW-ów w wyborach organizowanych według dzisiejszych zasad, co rzutuje na postawę tego ruchu i dziś i powoduje zamieszanie wśród obserwatorów. Może powodować, co do tego nie ma wątpliwości, ponieważ nie została podana żadna alternatywa. Podobnie jak dręczący niektórych „brak programu”. To też spadek po profesorze Przystawie. Nie wiem czy dobry czy nie, ale na pewno powodujący liczne nieporozumienia.
Jeśli więc przenosić ten system na nasz grunt, trzeba by najpierw opracować system zgłaszania kandydatów. Do kogo mieliby się zgłaszać? Owszem, raz można zrobić pospolite ruszenie, na dłuższą metę musi powstać jakaś cywilizowana zasada. Kto ma to robić? PKW? Jakieś specjalnie powoływane „ciała”? Kto i wg jakich kryteriów miałby je powoływać?
Na dziś Ruch proponuje Okręgowe Komisje Wyborcze, ale to przeczy jego głównemu postulatowi „obalenia systemu” i sprzeniewierzenie się śp. patronowi. To jest najistotniejszy problem, bo jeśli wsadzić JOW-y w dzisiejszy sposób wyłaniania kandydatów, to rzeczywiście nic się nie zmieni. Niestety, jasnych odpowiedzi w tym względzie na razie brak. A czas leci.
Jakkolwiek byśmy wybierali posłów, przed państwem będą stały te same zadania i wyborcy mają prawo domagać się informacji o tym, co kandydaci mają na te tematy do powiedzenia.
Nie da się powiedzieć : JOW-y i koniec. Niestety, to nie koniec, a początek. Tylko czego?
Zakładając dobrą wolę propagujących JOW-y otrzymujemy taką oto konstrukcję: posłowie wybrani zostaną w jednomandatowych okręgach i po zebraniu się na sali sejmowej określą priorytety swoich działań. Ergo: wyborca PO WYBORZE dowie się, co jego wybrańcy zamierzają czynić.
Tyle, że tak się nie da. Są zadania, które trzeba wypełniać niezależnie od składu parlamentu i rządu i nie można ich pozostawić na los przypadku. Np. obronność.
A jeśli nowowybrani posłowie stwierdzą, że ten temat nie jest ważny? Teoretycznie, w podanej koncepcji, mogą to zrobić. I co wtedy?
Zbyt wiele jest rzeczy, które w państwie nie mogą podlegać dyskusji lub chciejstwu tego czy innego posła, nieważne jak wybranego.
Trudno też otrzymać od zwolenników odpowiedź na pytanie dotyczące ich głównego postulatu „oddajmy Polskę obywatelom”, co głosił ostatnio dr Błasiak. No to ja pytam: którym? Jeśli mam inne zdanie, niż sąsiad, to komu oddać to państwo? Jemu czy mnie? Śmieszne? Wcale nie. Wiara (bo to jest niczym nie poparta wiara) w to, że JOW-y sprawią, iż obywatel będzie miał większy wpływ na politykę rządów musi być poparta konkretem, odpowiedzią na znacznie bardziej „podstępne” pytania. Inaczej niewiele jest warta.
Kolejny mit to „bliskość” posła i wyborcy. „Będziemy wybierali ludzi sobie znanych”… itd.
Okręgów ma być 460. Tymczasem mamy w Polsce 2478 gmin. A więc wybierany byłby jeden poseł na średnio 5 gmin. Jak bardzo byłby znany mieszkańcom? Obawiam się, że niewiele bardziej, niż dziś.
Sami organizatorzy Ruchu piszą:
Powyższe zasady umożliwiają odwołanie posła w czasie trwania kadencji, co jest niemożliwe w systemie partyjnych list wyborczych. Jednak troska o stabilność sceny politycznej oraz doświadczenia korzystających z systemu JOW, skłaniają do ostrożnego korzystania z takiej możliwości.
Czyli ble ble ble… bo co to niby znaczy? Możemy, a nie skorzystamy? Chcem, ale nie muszem? To nie jest zachęta do rozmowy serio.
Podobnie jak przedstawiane „efekty” wprowadzenia nowego systemu.
-
odpowiedzialność posłów przed ich wyborcami (w okręgach).
-
partnerstwo władzy z obywatelami, upowszechniające wśród obywateli poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne, niezbędne w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego;
-
pozytywna selekcja kadr sprawujących władzę i stabilny rząd służący narodowi;
-
decentralizacja oraz ożywienie i jawność życia politycznego, co zaskutkuje:
-
Porozumieniami wewnątrzokręgowymi, które wyłonią kandydatów o największych szansach zdobycia mandatu, eliminując kandydatury skrajne i egzotyczne.
-
-Porozumieniami międzyokręgowymi, oddolnie tworzących się ugrupowań politycznych. To zapewni zmianę charakteru partii politycznych, z wodzowskich na obywatelskie oraz utrudni dostęp do władzy dla ugrupowań skrajnych.
Wielkiej wiary trzeba, by głosić takie rzeczy. Niemal żaden ze spodziewanych efektów nie jest bowiem poparty nawet próbą symulacji, nie wysilono wyobraźni, by znaleźć choćby teoretyczny przykład potwierdzający to co napisano. Ale jest wiara. Czy to wystarczy?
Cokolwiek powiedzieć – powiało. I to jest pozytyw sam w sobie, bo niezależnie od tego jakie przyjmiemy stanowisko wobec JOW-ów, to ten ruch skłania nas (mam nadzieję) do rozmowy o naszym państwie, czego ostatnio było albo brak, albo rozmowa odbywała się na „jedno kopyto”.
Nawet kiedy już Polska będzie krajem mlekiem i miodem płynącym znajdziemy w niej coś do poprawienia. W ostatnich latach chęci do tego poprawiania trudno było zauważyć. Zamknęliśmy się we własnych jedyniesłusznych klitkach politycznych i głowa nas boli przy każdym otwarciu okna.
Dziś jeszcze trudno zauważyć chęć do rozmowy z tymi, z którymi się nie zgadzamy. A jest konieczna, jeśli mamy ruszyć do przodu. Nawet najbardziej egzotyczny pomysł może zawierać w sobie jakiś element, który okaże się przydatny do poprawienia tego co jest dziś. Dlatego namawiam od jakiegoś czasu, by rozmawiać, pokombinować, skoro jest okazja, a może zdarzy się choć co nieco naprawić wóz, na którym wszyscy jedziemy. A przynajmniej naoliwić mu koła.
A jeśli komuś nie przeszkadza zaduch to proszę – niech się pozaciąga:
Pierwsza lektura i druga lektura.
Satysfakcja gwarantowana.
A miłośnikom filmu proponuję przypomnieć sobie scenę z „Młodego Frankensteina”, kiedy Igor (Ajgor) drażni konie wymieniając nazwisko Frau Blűcher.
– Blűcher!!! I konie rżą przerażone!
Kukiz! (przepraszam)
Jerzy Łukaszewski



Ordynacje wyborcze są trudne, bo trzeba na nie spoglądać wielowymiarowo i z uwzględnieniem wielu parametrów, co oczywiście jest bardzo abstrakcyjne w świecie płaskich polskich dyskusji. Ilość przekręceń (przekrętów) jaki Autor tutaj popełnił jest mimo wszystko porażająca. Niemal każde zdanie trzeba by było prostować.
.
Ograniczę się więc tylko do odnośnika do mojego wpisu pod tytułem: Jak zostać parlamentarzystą Partii Konserwatywnej w Wielkiej Brytanii. Jak sam tytuł wskazuje, artykuł nie jest o JOW-ach i urzędowym zgłaszaniu kandydatów, lecz o pewnym aspekcie polityki kadrowej wielkiej partii (300.000-nej, co jest jak na warunki zachodnie bardzo mało, kiedyś ta partia miała blisko 2 miliony członków), która działa bardzo skutecznie w systemie JOW-ów. Z JOW-ami ma to tyle wspólnego, że jest to system – jak tam pisałem – bardzo harmonizujący z logiką systemu JOW-ów. Artykuł miał bardziej na celu zadawać kłam tym wszystkim masowo kolportowanym bredniom o betonowaniu systemu przez partie polityczne, które są trzymane „za mordę” przez jakiś dyktatorów za mordę. Partia tak kierowana nie ma w JOW-ach racji bytu. Wybór kandydatów partyjnych leży w gestii terenowych komórek partii i Cameron nie ma prawa się do wyboru kandydatów wtrącać. Podobnie jak Merkel w Niemczech, której nawet prawo wyborcze zakazuje surowo wtrącania procesy oddolne wybierania kandydatów z z konkretnych regionów.
.
Zgłaszanie kandydatów urzędowo to już jest zupełnie inna pozapartyjna historia. A Pan te sfery najwyraźniej pomieszał. Zresztą podobnie jak z otwarciem nieistniejącego problemu zgłaszania kandydatów. W demokracji każdy obywatel ma prawo zgłaszania siebie i każdego innego przed właściwym organem wyborczym w danym okręgu wyborczym. Jak się ten organ nazywa to jeden pies. A każdy to jest każdy, więc nie ma nic prostszego. Życie i ordynacje są wystarczająco skomplikowane. Nie trzeba ich bardziej komplikować przez zmyślanie nieistniejących problemów i gmatwania prostych zasad i pojęć.
@bisnetus mam nadzieję, że pan zauważył, że artykuł nie jest o okręgach wyborczych w UK. Pańska notka została tu tylko przywołana jako rodzaj ideału, o którym pan już wiele razy mówił i który mi się jako założenie teoretyczne podoba. Wskazałem jedynie, że to co głosi ruch JOWów Kukiza dość znacznie różni się od tego modelu.
Doskonale rozumiem mechanizm, o którym pan pisze, ale po przełożeniu go na naszą niwę Anno 2015, to zafunkcjonuje on tak, jak piszę. Partie mamy jakie mamy, wodzów takich jakich mamy i to nie zadziała jak u Camerona czy Merkel.
Założenia prof. Przystawy, na których bazuje ten ruch też mocno się różnią od systemu w UK. JOW i JOw to czasem dwa różne JOWy. Pokazałem kilka niekonsekwencji w ich działaniu oraz mrzonkę, że jednym referendum zmieni się rzeczywistość polityczną w Polsce. Nie zmieni się.
I jeszcze jedno: te organy, do których zgłasza się kandydatów są dla ruchu Kukiza kluczem, bo skoro kwestionuje się obecny system, to przecież z jakiegoś powodu, prawda?
Wydaje mi się, że najciekawsze byłoby rozwiniecie pańskiej uwagi dot. zgłaszania kandydatów bezpartyjnych, bo oni to wysuwają na plan pierwszy. A tu też czyha niebezpieczeństwo, bo jeśli zgłosi się ten „każdy” z własnym programem i wyborcy to zaakceptują stawiając krzyżyk i ten program będzie posła już wybranego BEZWZGLĘDNIE obowiązywał (a tak oni to sobie wyobrażają), to w sejmie może powstać niezły kociokwik.
Nie sięgając do wzorów brytyjskich – myśmy to już w Polsce przerabiali w I RP. Tak działały/miały działać sejmiki ziemskie w stosunku do sejmu walnego. Jak wiemy z historii nie do końca to się sprawdziło.
Dzięki za uwagi i poprawki, nie twierdzę, ze wiem wszystko i że wiem najlepiej. Każda merytoryczna uwaga jest mile widziana, jeśli dyskusja ma przynieść jakieś efekty, choćby tylko w postaci wiedzy.
Ja to zauważyłem i nawet podkreśliłem, że wypowiadam się tylko na temat niezrozumienia o tym, że mój artykuł nie był o zgłaszaniu kandydatów w JOW-ach.
.
Pan ciągle tu przekręca wszystko tak paskudnie, że poważna dyskusja i odkręcanie tego zajęłoby kilka godzin i parę stron tekstu. To jest nie fair, takie „krętactwo”.
.
Myli Pan skutki i przyczyny. Polskie partie są produktem dyktatury nomenklatur partyjno-medialnych a nie powodem niedojrzałości polskiej demokracji. W demokracji te partie w parę miesięcy by znikły. A w kilka lat powstałyby normalne obywatelskie partie takie jak w Niemczech lub Wielkiej Brytanii. Stworzone oddolnie przez obywateli. To tylko przykład kolejnego błedu.
.
Panu śp. Przystawie i aktualnemu ruchowi JOW-ów wciska Pan też w brzuch niestworzone rzeczy. Nie ma nic w aktualnym Ruchy sprzecznego z z ideami prof. Przystawy i z ideą systemu brytyjskiego. To mi nawet nie pasuje, bo ja optuję bardziej za systemem kanadyjskim dużo lepszym dla środowiska polskiego.
.
Z tym zgłaszaniem, to wpadł już Pan w istny korkociąg w przekręcaniu. To że zgłosić może się każdy, nie oznacza, że każdy zostanie wybrany. W demokracji zgłoszenie się do wyborów to jest dla każdego pryszcz, ale przekonanie do siebie większości to jest wyrafinowana, wymagająca niebywałych zdolności i umiejętności sztuka, która się udaje tylko nielicznym. W przeciwieństwie do ruskiego kołchozu w Polsce, gdzie się zgłosić nike absolutnie nie może a tym samym sztuka przekonywania i dyskutowania stała się całkowicie zbyteczna. I doprawdy nie wiem o jakich GWARANCJACH Pan mówi. Znowu sobie Pan coś z kosmosu zmyślił. Jak ktoś jest tak dobry, że sobie aprobatę większości wywalczył, to dopiero otwiera się dla niego pole do dalszych starań i walki. Gwarancji nikt nie daje i nie ustala. Wybiera się charaktery gotowe do walki o interesy kraju i swoich wyborców.
.
I RP to kolejny „przekręt”. I RP nie upadła z powodu demokracji tylko z powodu absurdu Liberum Veto. Jeśli już. Moim zdaniem jeszcze z jednego powodu bardziej upadła, ale to już jest zupełny odjazd od tematu, więc nie będę tego kontynuował.
Gdyby zamiast atakować mnie, zająłby się pan choć jednym punktem konkretnie, odnieślibyśmy wszyscy większą korzyść. Ale jak przychodzi doi konkretów, to panu się „nie chce”. Pomimo to znajduje pan czas na długie wpisy atakujące bardzo ogólnikowo autora.
Liczyłem na pana, bo pan się tym tematem interesuje od dawna, ale liczyłem na więcej meritum. Jeśli to z pańskiej strony niemożliwe to bardzo mi przykro.
Parafrazując wypowiedź Churchila o demokracji powiem:
JOW-y są najgorszą metodą wybierania posłów, ale inne są jeszcze gorsze…
Poseł jako delegowany przez określoną grupę obywateli powinien być ich reprezentantem i przed nimi odpowiadać za swoją działalność, a to będzie możliwe tylko wtedy, gdy będzie odwoływalny w przypadku niewłaściwego pełnienia funkcji…
@otoosh ok, ale do pełni szczęścia brakuje jedynie zdefiniowania „niewłaściwego pełnienia funkcji”.