Krzysztof Bielejewski: Dwie wieże, zero pięter5 min czytania

()


30.06.2026

Są w polskiej polityce historie, które z czasem przestają być aferami, a zaczynają przypominać seriale produkowane przez Telewizję Polską sprzed zmiany władzy. Wszyscy pamiętają pierwszy sezon, nikt nie rozumie drugiego, a finał oglądają już wyłącznie najbardziej wytrwali abonenci demokracji.

Tak właśnie skończyła się historia dwóch wież.

Przez siedem lat słyszeliśmy, że oto mamy do czynienia z jedną z największych afer III Rzeczypospolitej. W centrum opowieści znajdował się Jarosław Kaczyński, spółka Srebrna, austriacki biznesmen Gerald Birgfellner, ponad sto metrów wysokości planowanych wieżowców, 1,3 miliona euro niezapłaconych należności i nagrania, które miały zmienić historię polskiej polityki. Gdy Platforma wróciła do władzy, wielu wyborców uwierzyło, że teraz nastąpi wielki finał. Że kurtyna opadnie, kajdanki zadźwięczą, a sprawiedliwość wjedzie na białym koniu prosto pod siedzibę PiS przy Nowogrodzkiej.

Tymczasem biały koń najwyraźniej skręcił do stajni.

Prokuratura właśnie umorzyła śledztwo, uznając, że żaden z badanych czynów nie wyczerpuje znamion przestępstwa. I nagle zrobiło się niezręcznie. Bardzo niezręcznie.

Bo jeśli rzeczywiście przestępstwa nie było, to przez siedem lat oglądaliśmy największą polityczną fatamorganę ostatnich dekad. Jeżeli natomiast przestępstwo było, lecz państwo przez kolejne rządy nie potrafiło go udowodnić, to znaczy, że z polskim wymiarem sprawiedliwości jest znacznie gorzej, niż ktokolwiek przypuszczał.

W obu wersjach trudno otwierać szampana.

Najbardziej groteskowy jest jednak sam obraz państwa. Oto prokuratura przesłuchuje Jarosława Kaczyńskiego przez osiem godzin. Rzecznik opowiada dziennikarzom o „pewnych zgrzytach”, analizie podpisów, stenogramów, dokumentów i wielkim finale, który ma nastąpić po gruntownej analizie materiału. Człowiek niemal słyszy muzykę z amerykańskich thrillerów sądowych. Potem zapada cisza. A po kilku tygodniach komunikat liczy kilka zdań i sprowadza się do eleganckiego urzędniczego odpowiednika słów: „nic z tego nie będzie”.

To trochę tak, jakby zapowiadać przez dwa lata lądowanie na Marsie, a ostatecznie otworzyć garaż.

Jeszcze zabawniejsze są reakcje polityków. Jarosław Kaczyński zapewne uzna decyzję za triumf własnej niewinności. Roman Giertych już zapowiada zażalenie i przekonuje, że zmiana prowadzącej sprawę prokuratorki była manipulacją. Prokuratura odpowiada, że nic podobnego, bo Ewa Wrzosek sama nie chciała przedłużyć delegacji. Każdy mówi swoje, każdy ma własną prawdę, a obywatel przypomina kibica tenisa stołowego, który od siedmiu lat kręci głową od lewej do prawej i coraz mniej pamięta, od czego właściwie zaczął się mecz.

Największym przegranym nie jest jednak ani Kaczyński, ani Giertych. Największym przegranym znów okazuje się państwo.

Przez dwa lata obecna władza powtarzała, że rozliczenia będą fundamentem odbudowy praworządności. Mówiono o setkach nieprawidłowości, o odpowiedzialności politycznej, finansowej i karnej. Padały wielkie słowa o przywracaniu elementarnego poczucia sprawiedliwości. Problem polega na tym, że demokracja nie żywi się konferencjami prasowymi. Demokracja żywi się wyrokami.

A tych jak nie było, tak nie ma.

Nie chodzi wyłącznie o dwie wieże. Wlecze się sprawa Pegasusa. Nie zakończyły się najgłośniejsze śledztwa dotyczące Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Michał Kuczmierowski pozostaje poza zasięgiem polskiej prokuratury. Marcin Romanowski również wymknął się wymiarowi sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro od miesięcy bardziej przypomina bohatera politycznego serialu niż oskarżonego, którego sprawa zmierza ku finałowi.

Coraz częściej można odnieść wrażenie, że jedyną instytucją działającą naprawdę sprawnie są konferencje prasowe.

Szczególnie niepokojące są przecieki z samej prokuratury. Śledczy anonimowo opowiadają mediom o konfliktach między ministrem Waldemarem Żurkiem a prokuratorem krajowym Dariuszem Kornelukiem. Jedni mówią o braku chemii, inni o wojnie charakterów. Jedni zarzucają Żurkowi, że chce efektów natychmiast, drudzy twierdzą, że Korneluk myśli wyłącznie proceduralnie. W normalnym państwie takie różnice rozwiązuje się za zamkniętymi drzwiami. W Polsce stają się kolejnym odcinkiem serialu.

Jeszcze bardziej ponuro brzmią anonimowe wypowiedzi samych prokuratorów, którzy twierdzą, że „wajcha poszła w prawo”. Innymi słowy, część śledczych już kalkuluje, kto może rządzić po następnych wyborach i odpowiednio dostosowuje tempo pracy. Jeśli to prawda, byłby to najbardziej przygnębiający fragment całej historii. Oznaczałby bowiem, że niezależność prokuratury nadal pozostaje piękną deklaracją, a nie rzeczywistością.

Największy paradoks polega na tym, że zarówno PiS, jak i obecna koalicja opowiadały swoim wyborcom dokładnie tę samą bajkę. Różniły się jedynie obsadą. Jedni obiecywali ukarać „układ III RP”, drudzy mieli rozliczyć „państwo PiS”. W obu przypadkach zapowiadano historyczne oczyszczenie życia publicznego. Tymczasem historia po raz kolejny pokazała, że łatwiej organizować konferencje o praworządności niż skutecznie prowadzić wieloletnie śledztwa.

A dwie wieże? Nie powstały, za to wyrosła trzecia. Niewidzialna. Zbudowana z politycznych obietnic, wzajemnych oskarżeń, konferencji prasowych, przecieków, emocji i oczekiwań. To najwyższa budowla współczesnej polskiej polityki. Nie ma fundamentów, nie ma pozwolenia na budowę, ale za to doskonale rzuca cień na całe państwo.

I chyba właśnie ten cień jest dziś największym problemem.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo