30.06.2026
Przyszło lato. Z latem kojarzymy i ciepło i słońce, które jest źródłem tego ciepła, śpiewamy o tym ciepłym lecie w piosenkach, marzymy, gdy jeszcze go nie ma.
To co zdarzyło się teraz to dobry przykład na to, jak odmienne mogą być skutki, gdy tych oczekiwanych wartości jest za dużo, gdy jest za ciepło i za dużo słońca, a więc dokładnie tak, jak tego oczekiwaliśmy od lata.
A teraz bez odwoływania się do tego, co było, a myśląc ogólnie – najważniejszy jest umiar, umiar we wszystkim, słońce tak, ale bez przesady, ciepło tak, ale tym bardziej…
Upały ostatnich dni są przestrogą – za chwilę, za pięć, za dziesięć lat mogą być normą w Europie, nasz kontynent ogrzewa się dwa razy szybciej niż reszta świata, mimo że to w Europie podejmowane są próby odejścia od paliw kopalnych i zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Te działania są niewystarczające wobec tego, co robią Stany Zjednoczone, w których Donald Trump, jeszcze prezydent, mówi, że katastrofa klimatyczne to bzdura i kłamstwo oszołomów, że węgiel jest naturalnym paliwem i tak ma zostać – cały arsenał jawnej głupoty i hipokryzji.
W Polsce też nie brakuje takich głosów, głosów ludzi, którzy nie mają wiedzy, ale mają wiarę – patrz Jarosław Kaczyński i inni prorocy patoprawicy. To bardzo ważne – brak wiedzy zastępowany jest wiarą, a z wiarą nie ma dyskusji. Wierny nie myśli, bo to za trudne, dogmat wiary wystarcza.
Jeżeli takie postawy, oparte na wierze, negujące wiedzę, upowszechnią się na tyle, że to one będą decydować o wynikach wyborów, to czarno widzę przyszłość Polski.
Mechanizmy demokracji przedstawicielskiej są już dobrze opisane, w wyborach decydują emocje, a nie racje. Ten, który przedstawia racje, przegrywa z tym, który gra na emocjach, demokracja w takim modelu musi prowadzić do katastrofy. Problem w tym, że ci którzy grają na emocjach odrzucając racje, ci którzy szerzą wiarę odrzucając wiedzę, myślą krótkim horyzontem – tego, co po najbliższych wyborach, ich horyzont to góra pięć, dziesięć lat, a potem choćby potop.
Dlatego raz jeszcze stawiam tezę o potrzebie merytokracji tam, gdzie podejmowane są merytoryczne decyzje, niech demokratycznie wybrani przedstawiciele suwerena decydują o tym, co zrobić, ale to, jak zrobić, to, co trzeba zrobić musi być domeną tych, którzy wiedzą.
Takie próby wprowadzenia merytokracji do demokratycznego modelu władzy można i należy wprowadzać już, nie potrzeba do tego żadnych zmian w konstytucji ani innych takich, wystarczy przyjąć za zasadę, że tak jak ministrowie mogą być z nadania politycznego, to wszyscy wiceministrowie muszą być fachowcami.
To da się zrobić już i to trzeba zrobić zanim wszyscy się ugotujemy i usmażymy na węgiel…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Panie Zbigniewie, ja się z Panem nawet zgadzam… do momentu, w którym pojawia się słowo „merytokracja”. Bo od tego momentu zaczynam zadawać bardzo przyziemne pytania.
Kto właściwie będzie przyznawał certyfikaty merytokratom? Powstanie Najwyższy Urząd do Spraw Mierzenia Merytoryczności? Będzie egzamin państwowy z rozsądku? A może komisja profesorska wyda obywatelowi glejt z pieczątką: „Specjalista pierwszej klasy, może mieć rację”?
Historia uczy, że z ekspertami jest podobnie jak z zegarkami. Każdy pokazuje trochę inną godzinę, a właściciel każdego z nich zarzeka się, że właśnie jego jest jedyny prawdziwy.
Podczas pandemii mieliśmy epidemiologów, którzy spierali się z epidemiologami, wirusologów przekonujących, że wirusolodzy nie mają racji, ekonomistów zwalczających ekonomistów, a prawników podważających opinie prawników. Gdyby wtedy rządziła czysta merytokracja, trzeba byłoby najpierw stworzyć komisję do wyboru ekspertów, a potem drugą komisję do rozstrzygania, którzy eksperci są ekspertami od ekspertów.
Mam też inne zmartwienie. Merytokracja brzmi pięknie, dopóki nie przypomnimy sobie, że wiedza bardzo często jest specjalistyczna. Genialny kardiochirurg nie musi mieć najmniejszego pojęcia o finansach publicznych. Wybitny ekonomista może kompletnie nie rozumieć edukacji. Świetny fizyk jądrowy wcale nie musi być dobrym ministrem kultury. Specjalizacja jest wielką siłą nauki, ale kiepskim sposobem na rządzenie całym państwem.
A poza tym jest jeszcze jeden drobiazg. Demokracja pozwala wymienić nieudolnych polityków. Kto wymieni nieudolnych merytokratów? Rada Merytokratów? Kapituła Mędrców? Wielka Loża Profesorów Zasłużonych? Bo jeżeli eksperci sami będą wybierać ekspertów, to bardzo szybko odkryjemy, że stworzyliśmy nie merytokrację, tylko wyjątkowo elegancko ubraną korporację wzajemnej adoracji.
Nie zrozummy się źle. Jestem całym sercem za tym, aby ministrowie korzystali z wiedzy fachowców. Sam od trzydziestu lat przekonuję, że bez ekspertów nie naprawimy ochrony zdrowia. Ale ekspert powinien doradzać, analizować, ostrzegać i proponować rozwiązania. Natomiast ostateczna decyzja zawsze będzie miała charakter polityczny, bo dotyczy nie tylko wiedzy, lecz także wartości, priorytetów i pieniędzy.
Merytokracja jest trochę jak dieta cud. W teorii brzmi znakomicie. W praktyce po kilku tygodniach okazuje się, że ktoś jednak musi zdecydować, kto układa jadłospis. I właśnie wtedy zaczynają się schody.
Jedna tylko uwaga, dotycząca smażenia się na węgiel. Może jednak lepiej byłoby: na skwarki?
To proste – to ta AI która powstaje, nie narzędzie a osoba. taka AI jaka będzie za parę lat, niektórzy mówią, że już jest.
Przepraszam za uparte powtarzanie tego komentarza, ale może warto.
Stanisław Lem przemyślał takie zastosowanie AI już ponad 60 lat temu („Dzienniki gwiazdowe”, podróż 24, planeta Indiotów). Tam Indioci oddali rządy nad swoją planetą inteligentnej maszynie. Zakończyła wszystkie konflikty, spory i bałagan. Wprowadziła ład. Wiązał się z tym koniec całej cywilizacji i
śmierć wszystkich Indiotów. W jakimś stopniu dobrowolna.