Stanisław Stupkiewicz sr: Zapomnik. Paszkwil.6 min czytania

()

Pomnik2015-06-08.

Z czasów dawniejszych niż słusznie minione pochodzi przemowa jubileuszowa: O wielkim muzyku mówiło się, że muza pocałowała go w ucho; o mówcy ­– że w usta; o myślicielu – że w czoło. A w co ciebie ucałowała, skoro od dwudziestu pięciu lat zasiadasz w fotelu… i tak dalej.

Ta przemowa nieodparcie mi się nasuwa, ilekroć słyszę czy czytam o pomniku ofiar Smoleńska w centrum stolicy. Czym oni zasłużyli na pomnik? W co ich muza historii ucałowała? Zaczadzeniu uległ nawet prof. Wojciech Sadurski: Trzeba postawić jeszcze pomnik ku czci ofiar i na tym sprawę zakończyć. Odciąć Smoleńsk grubą kreską. Zakończyć? Naiwny. Pomińmy jednak naiwność filozofa i prawnika. Ważniejsze jest co innego: za co mamy te ofiary czcić?

Utarło się w mediach mówić, że w katastrofie zginęła „elita narodu”. No to przyjrzyjmy się bliżej tej „elicie”.

Zacznijmy od głównego pasażera, a zarazem głównego sprawcy wypadku – czego jak dotychczas nikt w głównym obiegu informacyjnym wprost nie powiedział, choć wszyscy doskonale wiedzą. Jako prezydent Warszawy wsławił się głównie uprzejmym „Spieprzaj dziadu”. Miasto tkwiło w marazmie. Jedyny śmielszy pomysł to była zabudowa zachodniej pierzei placu Zwycięstwa. Ale warunki przetargu zostały ustalone tak, że tylko idiota by się zdecydował na przystąpienie do niego. No i rzecz upadła. Ledwie się trzymający wiadukt przy dworcu Gdańskim pozostał do naprawy dla następczyni. Itd. Owszem, urządzono Muzeum Powstania – tak, że zwiedzająca młodzież wychodząc pytała, kto właściwie to powstanie wygrał.

Ale przejdźmy do prezydentury kraju. Zaczęła się – o czym mało kto pamięta – od oszustwa w postaci kampanijnych bilbordów ze szczęśliwą rodziną, która już wtedy nie tylko szczęśliwą, ale wręcz rodziną nie była. Potem zapamiętano mu ten meldunek o wykonaniu zadania. Ja w tym raczej widziałem dowcip, mniejsza o to jak stosowny, nawiązujący do niegdysiejszego meldunku kpt. Czechowicza po powrocie tej esbeckiej wtyki z radia Wolna Europa. Nie odnotowałem natomiast żadnej reakcji na późniejszą (październik 2007 roku) ocenę ewentualnego zwycięstwa D. Tuska: że miałby gorzej, bo nie będzie miał brata prezydenta. Moim zdaniem deklaracja, że przy decyzji o wecie liczą się względy rodzinne, a nie zgodność z konstytucją, wprost się kwalifikowała do Trybunału Stanu.

Dalej: mało kto pamięta, jak LK grubiańsko zerwał radę gabinetową, bo mu się nie podobało co mówi ówczesna minister zdrowia, obecnie premier E. Kopacz. Popierając swoich kumpli z Gdańska opóźnił objęcie SKOK-ów rzeczywistym nadzorem finansowym, co nas, klientów banków, kosztowało drobiazg, trzy i pół miliarda złotych. Wymógł zakup rafinerii w Możejkach, na czym jako społeczeństwo, straciliśmy też coś koło tego. Bez wahania podpisał dwie ustawy rażąco sprzeczne z zasadniczą: pośpiesznie skleconą medialną i lustracyjną; nieźle, jak na strażnika konstytucji. Litościwie się nie zatrzymam na pajacowatej wyprawie do Tbilisi, nie wiedzieć czemu tak wysoko ocenianej m.in. przez A. Michnika. Choć ona akurat miała dość silny związek z późniejszą katastrofą smoleńską. Kpt. Protasiuk był świadkiem, jak najpierw prezydent, a potem jego przydup… przepraszam, teraz się mówi akolici, poniewierali kpt. Pietruczuka, który nie zgodził się lecieć do objętego wojną Tbilisi. Dziwne doprawdy, że biegli psychologowie nie dostrzegli w tym presji.

Długo jeszcze można by ciągnąć wątek uroków Prezydenta Tysiąclecia, ale przecież nie on sam leciał. Był też gen. A. Błasik. Mniej ważne, czy był w kokpicie podczas słynnego lądowania, choć wszystko wskazuje, że był. Ale dlaczego to on na Okęciu meldował gotowość maszyny, a nie Protasiuk? Wyraźnie czuł się dowódcą samolotu. A wcześniej nie zrealizował wytycznych wydanych po katastrofie w Mirosławcu. Należało mu się odwołanie z funkcji dowódcy sił powietrznych kraju. Wybronił go – samobójczo, jak się okazało – LK. No i minister Szczygło, który zlikwidował możliwość ćwiczenia polskich pilotów na symulatorze, bo był rosyjski, czyli wraży. Może gdyby poćwiczyli na sucho, nie wpakowaliby samolotu na brzozę.

I jeszcze: notoryczny kłamca Z. Wassermann (nie boję się, pani córko-mecenas, mam na to stenogramy sejmowe); J. Kurtyka, który przemyślnym (acz niekoniecznie uczciwym) manewrem wyślizgał A. Przewoźnika z kandydowania na szefa IPN; S. Skrzypek, prezes NBP nie odróżniający aprecjacji od deprecjacji; P. Gosiewski, patron peronu we Włoszczowie, pozostawił dwie nieutulone w żalu wdowy; krzykacz K. Putra, specjalista od podpisywania odbioru niedokończonej oczyszczalni. Itd.

Nie jestem (zwłaszcza po niedawnych wyborach prezydenckich) najlepszego zdania o naszym narodku. Ale nawet on nie zasługuje na taką „elitę”. Oczywiście, zginęła nie tylko oważ elita. Tu bym jednak odróżnił tych, którzy lecieli, bo wynikało to z ich obowiązków służbowych: załoga maszyny, funkcjonariusze BOR, dyrektor protokołu – od tych, którzy lecieli, bo chcieli. Tu znów się nasuwa skojarzenie anegdotyczne, niezbyt pasujące do dramatyczności sytuacji.

Chodzi o pewną gospodynię, która czyściła piec chlebowy. Akurat pojawił się listonosz. Skorzystał więc z tego, co z pieca wystawało. Nim się kobiecina wygramoliła, wsiadł na rower i odjechał. Ta wybiegła z chałupy i pyta sąsiadkę: – Nie widziałyście kumo, kto mnie …? – A co to, wos w domu nie było?

Tu moje pytanie: co to, ich w domu nie było, że lecieli uświetnić inaugurację kampanii wyborczej LK, z góry zresztą raczej skazanej na niepowodzenie? Ceniłem wiele osób np. z lewicy, sympatią też darzyłem S. Karpiniuka (od kiedy rozstał się z A. Mularczykiem, z którym klecił wspomnianą ustawę lustracyjną). Po co się tam pchali?

Toteż ten rzeczywisty cel wyprawy sprawia, że do stawiania pomnika prą przede wszystkim ludzie z PiS-u i przyległości. Spoza tego grona „za” opowiadają się chyba tylko dwie panie: B. Nowacka i M. Szmajdzińska. Ich deklarowana motywacja zdumiewa. Żeby było gdzie westchnąć i powspominać (czy coś w tym guście). Bezczelność jakiej świat nie widział. Jak już wzdychać i wspominać muszą i koniecznie im do tego potrzebny pomnik, to dlaczego nie pofatygują się na Powązki, gdzie już jest? Muszą się domagać szpecenia miasta? Tym bardziej, że dokładnie wiadomo, że bez względu na postać i nazwę, byłby to pomnik Lecha Kaczyńskiego.

Doprawdy, o tej całej „elicie” lepiej by było czym prędzej zapomnieć. Niestety, jeszcze nie wynaleziono czegoś takiego jak zapomnik. A o niego by się prosiło.

PS. Wiem, że w naszej kulturze istnieje zasada de mortuis nihil nisi bene. Ale i ona, jak każda inna, ma swoje ograniczenia. Gdyby ją przyjąć jako powszechnie i bezwzględnie obowiązującą, nie sposób byłoby mówić i pisać o niektórych zbrodniarzach (nomina sunt odiosa). W wypadku tej „elity” można by było wprawdzie poprzestać na nihil, ale nam nie dają. A postać pierwszoplanową chcą wręcz sakralizować. Chcieliście oceny, no to ją macie.

PS2 Mogę się też spotkać z zarzutem, że przecież umarli nie mogą się bronić. Po pierwsze, przed czym: przed łatwo sprawdzalnymi faktami? Po drugie, bronić się też nie mogą, ściślej: swojego życia bronić nie mogą, ci którzy na tę rąbniętą wycieczkę udali się nie z własnej woli. Jeśli już komuś by się pomnik należał, to raczej im.

Stanisław Stupkiewicz sr

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

6 komentarzy

  1. Therese Kosowski 08.06.2015
  2. Therese Kosowski 08.06.2015
  3. Demetria 08.06.2015
  4. otoosh 08.06.2015
  5. slawek 08.06.2015
  6. A. Goryński 13.06.2015