W wieku lat trzynastu bylem pisarzem socrealistycznym, ale gdy odkryłem, że w Polsce istnieje cenzura, złamałem pióro. Znalazłem jednak w swoim archiwum próbkę pisania w wieku lat 31, na rok przed emigracją, oto ona:
Wróciłem z kolegium orzekającego: kara 1,800 złotych za potrącenie staruszki na skrzyżowaniu Kruczej z Alejami Jerozolimskimi. Rozprawa odbyła się 4 kwietnia 1968 roku o godzinie 16:15. ( Fakty spłaszczają moje pisanie). Zahamowałem widząc nadjeżdżający tramwaj, ale faktem jest, że gdy motorniczy zamknął drzwi, zamiast stać do czasu gdy tramwaj odjedzie z przystanku, z właściwym sobie brakiem cierpliwości wolno odpuszczałem hamulec, a widząc przed sobą wchodzącą na jezdnię kobietę w podeszłym wieku – znów zahamowałem. A ona ledwo co dotknęła mojego hamującego samochodu.
W staruszce opartej o przednią klapę Volkswagena zobaczyłem warszawską rodaczkę, czy to nie ona w czasie Powstania Warszawskiego trzymała gołębie na rynku Starego Miasta? (To zdanie zabrzmiało lepiej. Chciałbym pisać spontanicznie, tak żebym nie miał czasu na sprawdzanie tego co piszę).
Idę korytarzem kolegium orzekającego, mijam ludzi albo krzywdzących innych, albo samych pokrzywdzonych, wśród nich jest staruszka, która tak przed kolegium kłamie: -To jest ten pan, który swoim wielkim samochodem przejechał mnie na przystanku tramwajowym Krucza–Aleje Jerozolimskie, ale nie wziął pod uwagę mojej przebiegłości, ja po Warszawie chodzę już 60 lat , wiec jak samochód tego pana się że mną zderzył, to ja podciągnęłam nogi pod zderzaki, żeby nie upaść, a ten pan nawet na mnie nie spojrzał, przyszedł pan oficer i kazał mi iść na pogotowie, ale mnie nic nie było, ja cale zżycie byłam zdrowa. (Napisałem: “kłamie”, ale dziś, będąc w jej wieku, napisałbym “fantazjuje”, a nawet “bliska jest prawdy”, bo bycie “przejechanym przez samochód”, nie musi być obiektywnym faktem, może być subiektywnym odczuciem).
Odczytywanie wyroku przerywane było komentarzami z sali, ktoś powiedział: – Dobrze mu, niech ci z samochodami nie myślą, że wszystko im wolno, a ktoś inny: – Chciałbym się zapytać skąd ten pan ma samochód? Na co odezwał się głos z sali: – Na pewno nie z pracy.
Marian Marzyński



1968r. i VW z automatyczną skrzynią? Nono!
Przypomniało mi się ładne opowiadanie Scie-fi, gdzie fala nienawiści między pieszymi i posiadającymi pojazdy osiąga apogeum. Staruszka, którą próbuje upolować na jezdni Marzyński (włącza overdrive) wyciąga z torebki czterdziestkę piąchę (colt) i ładuje z dziesięciu metrów niezawodnie w sam dolny brzeg pancernej szyby. Kierowca ginie na miejscu. Następują rozruchy zmotoryzowanych, usiłujących przeforsować zakaz noszenia broni dla pieszych.
To chyba musiał być VW Jetta. One były produkowane wtedy na eksport do USA, więc miały automatiki. U Golfa, skrojonego „sportowo” to była rzadkość.
Golfa zaczęto produkować na poczatku lat 70-tych, zdaje się w 1974 roku. Jettę w 1979 r. Musiał to byc zatem „Garbus” lub pierwowzór późniejszego Passata, nie pamietam nazwy.