Leszek Kołakowski nadając pojęciu „sprawiedliwości społecznej” konotację moralną odwołał się do tradycji Kanta. Ową tradycję kantowską odbieram odmiennie niż Leszek Kołakowski. Immanuel Kant w swej niezwykle zwięzłej rozprawie „Uzasadnienie metafizyki moralności” odnosi się do osoby ludzkiej – nie do ludzkości jako bytu „samego w sobie”. Imperatyw kategoryczny dotyczy osoby rozumnej i dysponującej „wolną wolą”.
„Kategoryczny imperatyw jest więc tylko jeden i brzmi następująco: postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz chcieć, żeby stała się powszechnym prawem”[8]
– powiada nam Kant i używa drugiej osoby w liczbie pojedynczej, i sądzę, że czyni to świadomie. Immanuel Kant powiada więcej i znacznie zaostrza wymagania imperatywu moralnego twierdząc, że „ogólny imperatyw obowiązku mógłby brzmieć następująco: postępuj tak, jak gdyby maksyma twojego postępowania przez wole twą miała się stać prawem przyrody”[9]. Tak określone prawo powszechne byłoby nie tylko prawem stanowionym, ale więcej – byłoby ogólnym prawem przyrody. Tak ogólnym jak Izaaka Newtona – prawo ciążenia. A od takiego prawa nie ma odwołania. W tym momencie swych rozważań Kant odwołuje się do szczególnego przykładu
„ktoś komu się dobrze wiedzie, widząc, ze inni (którym mógłby przecież dopomóc) muszą walczyć z wielkimi trudnościami, myśli sobie: co mnie to obchodzi? Niech każdy będzie tak szczęśliwy, jak Bóg zechce, albo jak sam potrafi; niczego mu nie odbiorę ani nawet niczego nie będę mu zazdrościł, nie mam tylko żadnej chęci przyczyniać się do jego powodzenia lub wspomagać w biedzie![…] Jednak chociaż jest możliwe, że według owej maksymy ogólne prawo przyrody mogłoby istnieć, to jednak nie jest możliwe chcieć, żeby taka zasada posiadała wszędzie znaczenia prawa przyrody.[…] ponieważ może się zdarzyć niejeden taki wypadek, w którym człowiek ten potrzebuje miłości i współczucia drugich, a w którym przez takie prawo, wynikające z jego własnej woli, pozbawiłby sam siebie wszelkiej nadziei pomocy, której sobie życzy”[10].
Wydawać by się mogło, że ów przytoczony fragment rozumowania Kanta z całą mocą przemawia na rzecz pojęcia „sprawiedliwości społecznej” wedle, której ten któremu się powodzi winien wspomóc tego, który jest w biedzie. Pojęcie „sprawiedliwości społecznej” miałoby zatem swoje zakorzenienie w kategorycznym imperatywie moralnym Kanta. Ale sądzę, że jest przeciwnie. Toż Kant powiada, że ów, któremu teraz się powodzi może sam się znaleźć w sytuacji biedy. Gdy sam będzie potrzebował pomocy –zgodnie z „prawem przyrody, które sam ustanowił” – nikt nie będzie zobowiązany do udzielenia mu tej pomocy ani wsparcia. Końcowe uzasadnienie rozumowania Kanta odwołuje się w pełni do „zasady tradycyjnej sprawiedliwości”, do formuły prawa rzymskiego „do, ut des” – daję, byś ty dał w zamian”. Jest to po prostu formuła wzajemności.
Otóż ów imperatyw kategoryczny, podstawowa zasada moralna jest adresowana do „osoby rozumnej”. Kant nic nie orzeka, ani o tym czy ludzkość (jako zbiór rozumnych indywiduów – co można mniej lub bardziej zasadnie przyjąć) jest moralna, ani też czy ludzkość – ma obowiązki. Z kategorycznego imperatywu, wynikają powinności konkretnej osoby ludzkiej – a nie ludzkości jako odrębnego bytu. Tak też rozumiem Immanuela Kanta, gdy powiada
„Przez państwo zaś pojmuję systematyczne powiązania różnych rozumnych istot przez wspólne prawa […] Moralność polega więc na odnoszeniu się wszelkiego czynu do prawodawstwa, dzięki czemu jedynie jest możliwe państwo celów […] .Jeżeli maksymy jako powszechnie prawodawcze już z natury swej nie zgadzają się koniecznie z tą obiektywną zasadą istot rozumnych, to konieczność czynu według owej zasady nazywa się praktycznym przymusem, tj. obowiązkiem. Obowiązek nie ciąży w państwie celów na zwierzchniku, ale na każdym członku państwa, i to wszystkich w równej mierze” [11] [podkreślenie –S.M-T].
Nigdzie zatem u Kanta nie znajdujemy pojęcia „solidarności społecznej”. A nawet gdybyśmy przyjęli, że jest tak zwana „solidarność społeczna” obowiązkiem, to z ostatniego przywołanego przeze mnie zdania wynika, iż obowiązek taki nie ciąży na zwierzchniku państwa (czyli mówiąc inaczej na instytucji państwa). Przeciwnie, obowiązek ów ciążyłby na każdym obywatelu z osobna i wszystkich w równej mierze – tak jak każde prawo. Ważniejszą jest jednak konkluzja, że to nie państwo ma być „społecznie sprawiedliwe”, to każda istota rozumna winna przyjąć, jako maksymę swego działania, obowiązki z tytułu „sprawiedliwości społecznej”. Cokolwiek by to miało znaczyć – a jedyne co znaczyć może w indywidualnym działaniu to bądź dobroczynność i miłosierdzie, co nie jest przedmiotem rozważań Kanta, albo „zasady tradycyjnej sprawiedliwości”, w tym zasada wzajemności – jako podstawa wzajemnych świadczeń między rozumnymi osobami. Tyle i tylko tyle.
Jest to zatem taki przypadek, w którym indywidualne powinności moralne osoby rozumnej nie przekształcają się w żaden sposób, ani w „moralność ludzkości”, ani też w „obowiązki ludzkości”. Nie jest prawdziwa implikacja, która uzasadniałaby twierdzenie, że: „jeżeli osoby rozumne są moralne (a bardziej prawidłowo – powinny być moralne), to moralność poszczególnych członków ludzkości tworzy taką metakategorię, jak „moralność ludzkości”. Jakkolwiek prawdą jest, że człowiek „sam w sobie” jest kategorią moralną – to nie wynika z tego prosta konsekwencja, że „ludzkość jest kategorią moralną”. I także dalej, jeśli z zasady moralnej – kategorycznego imperatywu – wynikają powinności osoby rozumnej, to z tego tytułu indywidualnej powinności nie wynika żaden „zbiorowy obowiązek ludzkości”, jako „zbiorowa powinność’. Na marginesie warto zauważyć, że między „zbiorową powinnością”, a „zbiorową odpowiedzialnością” – przebiega niezwykle cienka granica, o czym dalej. I to jest to wielkie niebezpieczeństwo, gdy konsekwencje przypisane do „małego kwantyfikatora” przenosi się na „wielki kwantyfikator”.
Być może – mimo wyrażonych przeze mnie wątpliwości – należy przyznać rację Leszkowi Kołakowskiemu, że „sprawiedliwość społeczna” jest kategorią moralną, to trudno jej uzasadnienia poszukiwać w „kantowskiej tradycji”. A jest to taki rodzaj sprawiedliwości, który – jak powiada sam Kołakowski – „gwałci tradycyjną zasadę sprawiedliwości”. Pozostaje zatem do rozstrzygnięcia pytanie, czy jeśli „tradycyjna zasada sprawiedliwości” jest zasadą moralną – jak sądzę tego, na gruncie tradycji kantowskiej, nie można poddać w wątpliwość – to czy jest również moralny jest taki szczególny przypadek „owej sprawiedliwości” zwany „sprawiedliwością społeczną”, który – z definicji – narusza, „gwałci tradycyjną zasadę moralną”? Trudno jest zatem, na mocy „praktycznego rozumu” uzasadnić moralne podstawy „sprawiedliwości społecznej”.
Leszek Kołakowski pisze, że „[…] nie ma żadnego prawa, mocą którego, im więcej równości, tym lepiej się żyje ludziom, zwłaszcza tym socjalnie upośledzonym. Gdyby równość była dobrem samoistnym i zwierzchnim, należałoby uznać, że trzeba ją popierać również wtedy, gdy wynikiem będzie pauperyzacja wszystkich, włączając najuboższych”. I tu jest pełna zgoda. Nieograniczona równość nie jest i nie może być żadną cechą konstytutywną „sprawiedliwości społecznej”, a prób jej społecznej aplikacji doświadczaliśmy przez blisko pół wieku, czego – jak słusznie autor podkreśla – efektem była „pauperyzacja wszystkich, włączając najuboższych I konsekwentnie Leszek Kołakowski zasadnie powiada, że „sprawiedliwości społecznej” zdefiniować w kategoriach ekonomicznych nie ma sposobu”.
Jeżeli jest zatem tak, że równość nie jest cechą konstytutywną sprawiedliwości społecznej, jeżeli jest tak, że sprawiedliwość społeczna nie daje się zdefiniować w kategoriach ekonomicznych – to zasadna jest konkluzja Leszka Kołakowskiego który powiada, że „progresja, skoro już raz została wprowadzona, jest niesłychanie trudna do usunięcia […] gdyż nacisk społeczny, wynikający nie z racjonalnych rachub, lecz z zawiści („dlaczego tamci mają tak dużo, a ja mało?”) będzie zawsze silny”. Otóż okazuje się zatem, że jedynymi tytułami „podatku progresywnego” – ekonomicznego instrumentu wymuszającego tak zwaną „sprawiedliwość społeczną” – są „prawa nabyte” i czysta zawiść ludzka. I tu wracamy do „przypadku Kaina i Abla”.
Oba stwierdzenia zarówno dotyczące równości, jak również zawiści jako źródła podatku progresywnego stoi w zupełnej sprzeczności z dalszym opisem „sprawiedliwości społecznej” L. Kołakowskiego, gdy stwierdza, że „progresywna stopa podatkowa […] przyczynia się w sposób znaczący do polepszenia losu upośledzonych”. Czy tak jest rzeczywiście – tego należałoby dowieść, a nie wolno tego zakładać. Nie ma żadnego empirycznego dowodu na to, że progresywna stopa podatkowa przyczynia się do polepszenia losu upośledzonych. Trudno jest też uznać „prawa nabyte” i zawiść jako moralne źródła sprawiedliwości społecznej i jej ekonomicznego narzędzia – podatku progresywnego.
W tym momencie Leszek Kołakowski stawia nas w mało komfortowej sytuacji. A być może jest tak, iż to samo pojęcie „sprawiedliwości społecznej” stawia nas w szczególnym dyskomforcie. Ale też nikt nigdy nam nie obiecywał – że mamy się znajdować w sytuacji komfortowej.
Leszek Kołakowski odwołał się do zasady równości, przyjmijmy tę zasadę. Tym bardziej, że w pośród zasad demokratycznego społeczeństwa – równość jedną z jego cech podstawowych. W Rozdziale II – Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela” artykuł 32 Konstytucji Rzeczpospolitej Polski stanowi w ustępie 1, że „Wszyscy są równi wobec prawa. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”, a dalej ustęp 2 powiada „Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym i gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”[12]. W przeciwieństwie do zasad moralnych Kanta, które odnosiły się do osoby indywidualnej (mały kwantyfikator), ustawa zasadnicza używa odmiennej formuły „wszyscy są równi wobec prawa…, nikt nie może być dyskryminowany… z jakiejkolwiek przyczyny”. Konstytucja nadając równe prawa wszystkim obywatelom musi odwoływać się do wielkiego kwantyfikatora. W tym samym Rozdziale II suweren – czyli naród – ustanowił obowiązki każdego obywatela i w artykule 84 stwierdza, że „Każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych, w tym podatków, określonych w ustawie.”[13]
Ale jeżeli tak jest, że „wszyscy jesteśmy równi wobec prawa”, oraz jeżeli państwo ma z mocy prawa nadane dwa monopole; monopol przemocy i monopol ściągania danin, to świadczenie podatkowe jest prawem obowiązującym każdego obywatela. Konstytucyjna równość wobec prawa wymaga, żeby wszyscy w równym stopniu uczestniczyli w daninach społecznych. Oznacza to, że najbardziej „sprawiedliwa społecznie” – spełniająca równocześnie warunki; „każdy jest równy wobec prawa”, „nikt nie może być dyskryminowany w życiu społecznym i gospodarczym” i „każdy jest obowiązany do ponoszenia ciężarów i świadczeń publicznych”– jest formuła podatku liniowego. Przede wszystkim Konstytucja RP stanowi, że każdy jest zobowiązany do płacenia podatków – rolnicy również. Natomiast jest tak, że podatek progresywny już ze swej natury narusza podstawową zasady demokracji – „równości wszystkich obywateli wobec prawa” oraz wyróżnia grupy „dyskryminowane w życiu społecznym i gospodarczym”. Podatek progresywny wyodrębnia „nierówne grupy społeczne” i nierówne przypisuje im obowiązki podatkowe. Podatek progresywny – jest w pełnej sprzeczności z zasadami demokratycznego państwa prawa.
Podatek progresywny jest również w sprzeczności z „prawami Boskimi”, jeżeli za takie uznać Torę, w której Najwyższy w Księdze Kapłańskiej stanowi; „15. Nie czyńcie krzywdy w sądzie, nie uwzględniaj osoby biednego ani uszanuj osoby możnego; sprawiedliwie sądź bliźniego twego” i na końcu czytamy „ 30. Wszystkie też dziesięciny z ziemi, z wysiewu rolnego, z owocu drzew – do Wiekuistego należą” i „32. Także wszystkie dziesięciny z rogacizny i trzód […] poświęcone będzie Wiekuistemu”[14]. Z zapisów owych bezsprzecznie wynika, że „każdy jest równy wobec prawa” i „każdy musi płacić dziesiątą część swojego produktu”. Nakazana „prawem Boskim” dziesiąta część produktu przekazywana Wiekuistemu – toż jest to właśnie podatek liniowy.

http://wyborcza.pl/1,75248,12577196,Zygmunt_Bauman__bramy_intymnosci_rozwarto_na_osciez.html
przeczytałem.. hmm.. prekariat, prekariusze, bardzo interesujący tekst, mądry, dający wiele do myślenia.
Matrix ma wiele postaci.
Dziękuje za link.
Powołując się na powyższe proponuje więc aby dokonać syntezy uzasadniając zasady organizacji wspólnoty identyfikowane z krytykowanym tu pojęciem tzw. w niej sprawiedliwości (lecz nie poprzez nie tą definiując..) empirią współczesnych społeczeństw. Tą zmierzoną jednak nie cokolwiek demagogicznym przywołaniem artykułu na egalitaryzm , lecz przecież możliwą do przewidzenia konsekwencją zaniechania wobec dynamiki procesów, które właśnie nam określają baumanowski prekariat.
Chcąc natomiast pozostać z takim kontekstem poza nawiasem poglądu społecznego odwołajmy się do zasad emergentności – procesy społeczne określające indywidualny byt daleko nie pozostają sumą tworzących je indywidualnych działań. Stąd tylko krok do uzasadnienia potrzeby zasad, które indywidualny byt chronią. Uzasadnienie znajdziemy choćby w pragmatyce efektywności rozwoju, a i już znajdujemy się właśnie przy wyprowadzeniu tzw. sprawiedliwości społecznej z zasad funkcjonowania społecznego, no i gdzie tu chciwość..
Tzw. tradycyjna sprawiedliwość, odwołując się do Kołakowskiego, to raczej pożądana przez niego obecność prawa naturalnego budowanego wokół godności jednostki. Wywodzić je można także konsekwencją kantowskiego Rozumu. Lecz tu już nie wydedukujemy żadnej, takiej bądź innej, konstytucji dla działań społecznych, a więc także i ich krytyki.
„sprawiedliwość społeczna Rawls’a ? Kazdy moze patrzec na sprawe pod swoim katem i tez miec jakas czaske racji. Moim zdaniem Kain za duzo myslal co bog mysli, wiec tracil czas, na czym cierpiala jego efektywnosc. Nikt nie pisze jak wygladaly relacje przy wymianie produktow miedzy bracmi. Watpie ze jeden jadl tylko mieso bez warzyw, a drugi odwrotnie.Jezeli nastepowala wymiana to Kain powinien lepiej cenic swoj czas pracy-wyprodukowanie ziemniaka kosztuje wiecej pracy niz wyhodowanie kozy.Kain powinien zadac tym samym wiecej za swoj trud pracy (wieksza koze czy kure) o tyle zeby moc podzielic sie z Bogiem.
Niestety na to nie wpadl bo: za duzo mylal co ktos myli (Bog), jadl malo miesa wiec nie mylal racjonalnie bo byl ciagle glodny;-), byl zawistny bo sobie nie radzil bo jadl malo miesa bo nie myslal.
Jezeli Bog rzeczywiscie cieszyl sie bardziej z darow Abla to tez on zagmatwal sytuacje faworyzujac go. Powinien sie cieszyc jednakowo, bo obydwoje sie starali i dawali co mieli. To bardzo wazne, ze obydwoje umieli dzielic sie z nim owocami swojej pracy.
Skoro Rawls uwaza, ze Kain wyeliminowal niedostosowana spolecznie jednostke, to zabojstwa naleza do tej sprawiedliwosci spolecznej akceptowanej przez niego?
Stad jestesmy w genach po Ablu zawistnymi zazdrosnymi mordercami? hmmmm.
Moim zdaniem powinno sie przytoczyc wiecej slow Kolakowskiego. Ten Mistrz juz chyba prawie wszystko wyjasnil, wytarczy tylko poczytac. Wielki dla niego SZACUNEK.
ps sorki za pisownie
Stad jestesmy w genach (sorki mialo byc po Kainie)niezaradnymi, zawistnymi, zazdrosnymi, mordercami?
Dla przeciętnego czytelnika czytanie takich filozoficznych traktatów jest trudne. Jednak przebrnęłam i jako laik w filozoficznych dysputach nie mogę się pozbyć wrażenia przewrotności tego tekstu. Ani nie przekonało mnie, że „tradycyjna sprawiedliwość” jest lepiej definiowalna od „sprawiedliwości społecznej”, ani też wcale nie jest takie proste sprowadzenie problemu do stosowania „tradycyjnej sprawiedliwości” , czyli „przestrzegania norm uczciwości i przyzwoitości; nie kłam, nie kradnij, nie pożądaj. Nie tak wiele.” – pisze autor. Oj chyba właśnie wiele!!! Prawo własności, prawa nabyte mają być naturalnie respektowane. A jeśli te prawa to owoce zatrutego drzewa. Co na to mówi „sprawiedliwość tradycyjna”? – Nie kradnij mu tych owoców. On nabył już do nich prawo. Czy w obecnym świecie prawo własności czegokolwiek jest niesplamione choćby w minimalnym stopniu trucizną z takiego drzewa? I to już nie chodzi o poszczególne jednostki – wykorzystywaną siłę roboczą, ale całe regiony po kolonialnym wyzysku.
A gdy się weźmie pod uwagę jeszcze uzasadnienia (np. podatku liniowego zamiast progresywnego) na podstawie zapisów Konstytucji o równości wobec prawa, to wybaczcie państwo filozofowie, można prowadzić takie teoretyczne dysputy, ale odrobinka szacunku dla logiki by się tu zdała. Bo ja już nie wiem w takim razie o jakich prawach ta Konstytucja mówi? – o stanowionym prawie w tym kraju, czy może o prawie Hammurabiego?
Ps. Dziękuję za link do ciekawej wypowiedzi Zygmunta Baumana.