Marian Marzyński: W samo południe

marzynski 32015-07-12.

W Kopenhadze, na Gammel Kongevej 131, zaproszeni do nas na szóstą Duńczycy zbierają się przed drzwiami pięć minut przed i z dźwiękiem dzwonka wchodzą wszyscy na raz. W telewizji duńskiej, gdzie zaoferowano mi roczne stypendium, żebym się przyglądał, a po pewnym nauczeniu się języka zaczął pracować, nie znano kwadransa akademickiego, raz dano mi do zrozumienie, że notoryczne nawet pięciominutowe spóźnienia mogą mieć zły wpływ na moja przyszłość zawodowa.

Na rachunek Danmarks Radio, Hans-Christian Anderson, uroczy lewak, daje mi lekcje duńskiego i dzięki niemu po poł roku zaczynam pracować z duńskimi aktorami nad zerżniętą Oldze Lipińskiej z telewizji polskiej serią Teatr piosenki; były to śpiewane po duńsku protest-songi Bułata Okudżawy, piosenki Gershwina, Brassensa, Freda Buscaglione, ballady cygańskie i żydowskie piosenki weselne. Olga przysłała mi raz swego menażera muzycznego, żeby sobie u mnie zarobił.

Grażyna dostaje prace w duńskiej firmie architektonicznej, projektującej domy na lodowatej Grenlandii. Bartek chodzi do duńskiego przedszkola. Broneczka i Daneczek korzystają z duńskiego raju dla emerytów: wspólnota dopłacała im do mieszkania, co miesiąc przysyłała człowieka do umycia zewnętrznych okien, a co dwa miesiące – pedikiurzystkę. Duński spokój i poczucie bezpieczeństwa cieszy Grażynę.

Obojgu nam coś jednak doskwiera: chcielibyśmy zobaczyć tę Polskę, którą porzuciliśmy jak niewierną kochankę (odrzucamy koncepcję wyznawaną przez wielu innych marcowych, że to Polska nas wygnała), ale jak to zrobić? Jesteśmy na czarnej liście, ekskomunikowani z socjalistycznego kościoła, konsulaty polskie odmawiają wiz tym, którzy w ich żargonie wyjechali na fali. Grażyna wykorzystuje pobyt w odległym Rzymie, prosząc o wizę na pogrzeb ojca, najpierw jej ją przyznają, ale tuż przed wręczeniem, urzędniczka przekreśla wizę czarnym mazakiem i rzuca zza kraty Grażyny paszport, mówiąc krótko i dobitnie: – Odmowa.

Z pomocą polsko-duńskiej Joanny, mojej koleżanki z dziennikarki w Warszawie, tłumaczki moich projektów dla telewizji duńskiej, siedzimy w gabinecie ambasadora Pucio w Kopenhadze, który poznaje we mnie twarz telewizyjnego „Turnieju Miast” i przybierając smutny wyraz twarzy, taki wygłasza monolog: – Czy widzi Pan redaktor tę ciemną smugę na moim dywanie? To po krwi, siedział tu kiedyś pewien były towarzysz żydowski, a gdy się dowiedział, że odmówiliśmy mu wizy, wyjął z kieszeni żyletkę i ciach po żyłach, odratowaliśmy go na szczęście, doceniam jak wielkim jest dla was problemem życiowym podróż do kraju, ale ręce mam przez centralę związane.

Jako środek zastępczy idziemy do biura turystycznego Komunistycznej Partii Danii i kupujemy wycieczkę do Bułgarii; przynajmniej pośrednio zbadamy stan dzisiejszego komunizmu. (Rok był 1972). Samolot bułgarski ma śmigła, bułki są czerstwe, kiełbaski na pograniczu świeżości, hamujemy na środku płyty lotnisku, gdzie bagaże, jak cegły, rzucane są na ciężarówki (był to tani charter, wiec dlatego), a więc wszystko się zgadza, nasza satysfakcja rośnie, późną nocą znajdujemy się w nadmorskim pawilonach w Złotych Piaskach, zarezerwowanych dla towarzyszy z Europy Zachodniej i ich rodzin, biegniemy nad morze, rzeczywiście czarne. To przy tych plażach urlopowali w latach 50-tych, Daneczek i Broneczka, płacąc za noclegi dzięki sprzedaży polskiego radia „Szarotka” i polskich kap na pokrycia bułgarskich lóżek, a po zakupienia bułgarskiego kożucha, dobrze wychodząc na swoje.

Rano odkrywamy sekcje demoludów, a tam Polaków, jak hawajskie łańcuchy kwiatów, noszących na szyjach łańcuchy z paczkami reglamentowanego papieru klozetowego. Jest wśród nich nasz przyjaciel – scenograf z telewizji, Jurek Gorazdowski, którego zapraszamy do naszego zachodnioeuropejskiego luksusu i pustosząc niezajęte łazienki z całego ich zapasu higienicznego, w imię hasła proletariusze wszystkich krajów, łączcie się wręczamy Jurkowi dla niego i znajomych. W rewanżu za to Gorazdowscy wyznają nam tajemnicę: jest pewna budka, gdzie kolejka po kiełbasę nie jest zbyt długa.

Dochodząc do lady, przyzwyczajona do sklepów kopenhaskich Grażyna wybiera sobie dorodne pęto kiełbasy, pokazuje je sprzedawcy i wręcza mu leje, na co on łapie ją za rękę, wyrywa kiełbasę i poucza: – U nas nie ma takich zwyczajów. Grażyna jednak nie puszcza mięsiwa i w podrapanej przez sprzedawcę ręce pozostaje jej jedno kiełbasiane dzwonko, po czym odchodzi z kolejki i tak do mnie: – Teraz wiem dlaczego wyjechałam!

Następnego dnia idziemy z dowodem w ręku i na ręku do miejscowej policji i opowiadamy dyżurnemu o wczorajszym skandalu, milicjant idzie z nami do stoiska, a tam długo namawiają się ze sprzedawcą, po czym wraca i postanawia: – Sprzedawca zareagował prawidłowo, ludowa republika bułgarska robi wszystko nie tylko żeby zapewnić ludziom pracy zasłużony wypoczynek, ale także zaopatrzenie w podstawowe artykuły żywnościowe, traktując równo każdego klienta, małżonka chciała zakupić więcej kiełbasy, niż wynosił limit.

W Danii zaczynamy się nudzić, uświadamiając sobie, że z deszczu wpadliśmy pod rynnę: z jednej monokultury do drugiej. Wywiady prasowe ze mną zaczynają się zawsze jednakowo: polsko-żydowsko-nowo-duński reżyser przyjmuje nas w swoim mieszkaniu w centrum Kopenhagi, “jak ci się żyje wśród nas?”, pytamy tego polsko-żydowsko-nowo-duńskiego reżysera, a on na to…

W ambasadzie amerykańskiej w Kopenhadze pracuje Gil, przyjaciel warszawskich dyplomatów, on i jego duńska żona Inger otwierają nam swój dom – jak również bibliotekę w ambasadzie, gdzie znajduję książkę Film on the Campus, z której wynika, że w USA nauka filmu trafiła pod uniwersyteckie strzechy. Zajmuje mi jeszcze rok, żeby przekonać Grażynę, że to w wieloetnicznej Ameryce, a nie tu, wśród skandynawskich blondynów, mieszkali nas przodkowie. Na pierwszej w życiu czerwonej elektrycznej maszynie IBM wystukuję 150 listów do amerykańskich uniwersytetów, pytając o możliwości pracy. 149 odpowiedzi zaczyna się od słów „przykro nam”, ale wystarczyła jedna.

Pięcioletniego Bartoszka zostawiamy tymczasowo u dziadków w Kopenhadze, i tak, tylnym wejściem, zanurzamy się w Amerykę: Kopenhaga – Manhattan – Long Island (na lotnisku u Joanny, innej koleżanki z dziennikarki) – promem do New London – pociągiem do Providence.

Stacja w Providence, rezultat kryzysu i ucieczki Amerykanów do przedmieść, jest zaniedbana i opustoszała, jedyny człowiek na peronie to Chester Michalik, z trzeciego pokolenia polskich emigrantów za chlebem, który wita mnie w imieniu Rhode Island School of Design. Tak reaguje, gdy wpadam mu w ramiona, bombardując pytaniami o szkołę, o której tyle wiemy od pewnego stolarza w Kopenhadze, że kształci projektantów mebli: – Take it easy! – śmieje się Chester. Był to angielski idiom, oznaczający spokojnie, nie przejmuj się, którego nie znalem, i którym do dziś się nie posługuję.

Wjeżdżając do pustego miasta, czuję się jak Gary Cooper, który w filmie W samo południe przyjechał do grzesznej osady kowbojskiej, żeby jako nowy szeryf zaprowadzić tam porządek. Chester otwiera kluczem zamkniętą siedzibę prezydenta szkoły i wprowadza nas do gościnnego apartamentu na parterze. Grażyna przestawia lóżka i szuka ekstra poduszek, potem udaje się na poszukiwanie piekarni (to jej zwyczaj w każdym nowym mieście), a gdy nie znajduje jej w promieniu jednej mili wraca zawiedziona.

Pozostaje jeszcze tydzień to rozpoczęcia szkoły, pod nieobecność studentów nie spotyka się tu ludzi chodzących pieszo, wiec postanawiamy kupić samochód, ale wszystkie ogłaszające się w gazecie miejsca sprzedaży są spoza miasta, co oznaczy, że by kupić samochód trzeba go mieć. Z naszego okna na parterze widzimy pusty róg dwóch ulic, odczytujemy ich nazwy i dzwonimy do ogłaszających się właścicieli samochodów, umawiając się z nimi na rogu tych ulic, ale postanawiając okrutnie, że z powodu braków językowych tylko wtedy się tam pojawimy, gdy samochód nam się spodoba. Jako trzeci podjeżdża błękitno-czarny Dodge Coronet 1967, który za 700 dolarów gotówką staje się naszym amerykańskim krążownikiem szos.

Któregoś dnia zatrzymujmy się przed ozdobnym historycznym budynkiem, Grażyna próbuje mnie powstrzymać, ale ja sunę prosto przed siebie, a nie widząc ani strażnika, ani innej żywej duszy, ląduję na piętrze, a tam otwierają się bogato inkrustowane drzwi i w moim kierunku idzie dystyngowany pan który tak zagaduje: – Hi, co mogę dla ciebie zrobić? Na co ja: – Jestem nowym nauczycielem filmu w Rhode Island School of Design. Na co on: – Milo mi cię poznać, ja jestem sędzią federalnym stanu Rhode Island. Była to Ameryka otwartych drzwi lat siedemdziesiątych.

Z wakacji wraca Prezydent i zaprasza na party. Oh!, you are from Poland! – wykrzykuje platynowa blondyna, – Oh!, yeah! I’ve been to Holland, Amsterdam, what a city!. – And I am from North Carolina, odzywa się inna koktajlowa uświadamiając nam, że w tym kraju każdy jest skądś. (To miałem właśnie na myśli, mówiąc Grażynie, że w Danii nie mieliśmy przodków). – Nareszcie, wzdycha Grażyna, nie będzie już tych duńskich pytań: – no to jak to będzie z wami, kiedy wrócicie do Polski, jak skończy się komunizm?

Uśmiechnięta (jak tu wszyscy) od ucha do ucha prezydentowa do Grażyny: – Jak będziecie mieli własny dom, to wpadniecie do naszej piwnicy i wybierzecie sobie antyki, które wam będą pasowały.

A stanie się to już za trzy tygodnie, bo tylko frajerzy wynajmują w Ameryce mieszkania. Będzie to dom na Summit Avenue #50, w którym przez długie lata mieszkały dwie siostry, ale gdy pojawiła się w sąsiedztwie pierwsza czarna rodzina siostry postanowiły się wyprowadzić i w ten sposób trafiła się nam okazja: zamiast 24 tysięcy, wytargowaliśmy się na 19.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com