ECHA WYDARZEŃ: Było losowanie piłkarskich mistrzostw świata 2018.
„Ceremonia losowania odbyła się w Pałacu Konstantynowskim w Petersburgu. Polacy znaleźli się w trzecim koszyku. Z pierwszego koszyka rywalem marzeń były Rumunia lub Walia, które postrzegano jako słabsze od reszty potencjalnych rywali: Niemców, Belgów, Holendrów, Portugalczyków, Anglików, Hiszpanów i Chorwatów.
Los ostatecznie skojarzył Biało-Czerwonych z Rumunią, Danią, Czarnogórą, Armenią i Kazachstanem. Polacy trafili do grupy E…
Eliminacje potrwają od 4 września 2016 do 10 października 2017 roku. Bezpośredni awans wywalczą zwycięzcy dziewięciu grup, a osiem najlepszych drużyn z drugich miejsc rozegra w listopadzie 2017 roku baraże w czterech parach. Ich zwycięzcy także zagrają w MŚ 2018”.
To telegraficzne przypomnienie ważnego faktu. A spektakl był ciekawy. Panowie Putin, Blatter i Platini… Uśmiechy i komplementy. Szef FIFA (do lutego, bo wtedy Blatter ma mieć następcę, albo… zostanie na dłużej) tym razem spokojny – nikt mu kuku złym słowem nie zrobi, ani nawet dolarami nie obsypie, jak podczas jakiejś konferencji prasowej… Prezes Boniek nie wpadł. Wybrał urlop. Nie chciał zapeszyć? Ludzie sportu bywają przesądni. Kazimierz Górski nie golił się podczas turniejów, a Feliks Stamm lubił czasem zakładać przeciwsłoneczne okulary, gdy padał deszcz – mawiał, że tak zanęca słońce… Trenera kadry też nie było, ale on przecież jest od trenowania, nie od dyplomacji…
Najważniejsze są wyniki. Los tak chciał, że wszyscy w tej grupie są zadowoleni i uważają, iż fortuna się uśmiechnęła. Z zadowoleniem witam krajowe komentarze. Że grupa zarazem łatwa i trudna; każdego można pokonać, i każdy może sprawić kłopot. Jeszcze nie tak dawno byłoby wyłącznie, że… los już nam dał finał. Bez grania. Jednak, gdy na boisku jakby coraz lepiej i w głowach też – pokora i wstrzemięźliwość nie strugają aspiracji… A piłka wciąż okrągła, i bramki dwie…
- Siatkarzom nie bardzo wyszła Liga Światowa. Mistrzowie globu nie wdrapali się na podium. Dramat? Nie. Kolejna nauczka, że elita jest taka, iż dziś ja, jutro to… Byle jutro – znów my… Da się zrobić?
- Trochę z… filozofii sportu. Czytałem ostatnio kilka dawnych wywiadów sędziwego (jeszcze bardziej niż ja) pisarza Józefa Hena. Także –fana sportu, jednego z przyjaciół przesławnego Emila Zatopka, nawet sprawozdawcy Wyścigu Pokoju. Mówiąc dziennikarzowi o zatracaniu się humanistycznych wartości tkwiących w sporcie rzekł też: „Jasne, że w czasach profesjonalizacji… zjawisko zawodowstwa nie mogło ominąć sportu, ale dlaczego przekształciło się w karykaturę? Prawdziwy sportowiec, nawet grając za duże pieniądze, powinien umieć czerpać radość z gry”…
I myślę, że… tak właśnie jest. Że wciąż istnieje prawo pasji. Większość mistrzów profesji bardzo ciężko (popytajcie np. kulomiota Tomasza Majewskiego, ile ton ciężarów musiał dotychczas przerzucić oraz ile rzutów treningowych wykonać) w niej pracuje, ale nie tylko dla kasy, jaką budżety, sponsorzy i reklamodawcy stawiają sportowi do dyspozycji. Także wciąż, by zaznawać radości ze zwycięstw (w tym – nad sobą), ze sławy przynależnej elitom, a wypracowanej osobiście, nie pochodzącej… z elekcji, bądź nominacji…
Przesada? Odpowiem przykładami. Mistrz olimpijski, panczenista Zbigniew Bródka trenuje poza granicami, bo toru pod dachem wciąż nie mamy. A równocześnie jest strażakiem, który pracuje, pełni dyżury, wyrusza do akcji, kiedy trzeba. Ostatnio odebrał nominację na młodszego aspiranta. Trzeba było odbyć dwuletnie szkolenie, zdać pisemny egzamin; jedyna ulga to tzw. indywidualny tok szkolenia – by się dało pogodzić z trenowaniem i służbą.
„Łączę ogień z lodem” – mówi portalowi żartobliwie. I rozwija swoja wizję: „ Strażakiem trzeba się urodzić, to jest powołanie i pasja. A największe szczęście jest wtedy, gdy uratowani ludzie do nas wracają i dziękują. To jest moment nie do opisania”.
Dzieli się we wpisie felietonowym Justyna Kowalczyk (u nas na zdjęciu przy każdej okazji, bo „Studio” za panią doktor i jej inteligencją po prostu przepada…):
„Więcej satysfakcji przynosi przełamanie kolejnej granicy gdzieś w estońskim lesie niż wygrana z rywalkami. Tak mam od zawsze i na pewno tego nie zmienię. Długodystansowcem się jest, a sportowcem wyczynowym tylko się bywa.”…
I tak dalej, i tak dalej. Więc jednak nie zawsze tylko „Kasa, misiu, kasa”… Powodów do pesymizmu – bo wynaturzenia i uproszczenia, nie brakuje, ale dowodów, iż optymizm jest dobrze ukorzeniony też nie trzeba daleko szukać. Tyle, że z upowszchnianiem wiedzy oporniej niż z publicznym gaworzeniu o kasie.
Tour de France się skończył. Szczerze? Najpierw się podniecałem, potem nudziłem. Bo naszym aktorom jednak przypadły odległe role; pokazywali się, ale potem byli za łatwo przywoływani do porządku. Bo więcej widziałem kalkulacji i strategii niż młodzieńczości, a zawrotna szybkość sama z siebie emocji nie tworzy. I to tło – ktoś lidera siuśkami oblewa, kibice (pewnie podchmieleni, bo długie czekanie plus upał) tworzący takie korytarze, że przejechać trudno. Bo późniejsze kontrole machin (czy przypadkiem w ramie nie ma silniczka) sugerujące wprawdzie wyczulenie, ale też podpowiadające, że przy zaufaniu wciąż są znaki zapytania. Na wyrost? Oby!
A u nas wkrótce Tour de Pologne. Pogadamy, gdy się skończy. Dziś się cieszę, że jest. I że ma też wydanie dla weteranów. Panowie Piasecki z Szurkowskim pokażą, co znaczy „długowieczność” sportowa! Zaraz mi się przypomina Staszek Szozda. Gdy musiał zakończyć ściganie się (kontuzja), wsiadł na motocykl, a ja za nim – podczas Wyścigu Pokoju. Dojechaliśmy do Harachowa, a tam pod skocznią- mamutem miał się odbyć etap indywidualny. Trenerzy popatrzyli i złapali się za głowy – że nie da rady przygotować rowerów na taką stromiznę, bo nie mają tego i owego. Staszek zsiadł z motoru, złapał jakiś rower i… pokazał jak się wjeżdża. Uciszył wszystkich
- Zgodnie z tradycją, nie tylko sławię, ale też alarmuję. Czytam oto, ze „Marcin Krukowski to jeden z najbardziej uzdolnionych oszczepników. W tym roku poprawił rekord życiowy. W Katowicach uzyskał 85,20 m. Taki wynik może dać medal w mistrzostwach świata, które w sierpniu odbędą się w Pekinie. W niedzielę trzy razy przekroczył „osiemdziesiątkę” w Memoriale Szelesta (najlepszy wynik – 80,76 m) . Zawodnik Warszawianki może zdobywać medale dużych imprez, ale…”
Gdzie alarm, toż raczej sama radość?! Ano w tym, ze podobno trenowany przez tatę zawodnik nie przeszedł pod opiekę wyznaczonego przez PZLA trenera i… karnie został pozbawiony szansy szkolenia w komfortowych warunkach AWF. Musi trenować na zdezelowanej Skrze… Prawda to, czy ktoś przesadził podając taką wieść do wiedzy publicznej? Wolę podmuchać. Nawet, jeśli zimne…
Andrzej Lewandowski


