Nowego prezydenta Polski widzę jako ubranego w togę mecenasa Dudę, który w sądzie małego polskiego miasteczka broni swojego klienta, powołując się na jego ludzkie cechy; po pracy Duda potrząsa szabelką w patriotycznej sztuce z epoki zaborów, wystawianej w parafialnym teatrze; jako mówcę kojarzę go z barmanem, który w nieograniczonej ilości wody rozpuszcza sok wyciśnięty z jednej cytryny.
W rynkach polskich miast aktor Duda nieźle odznaczał się wśród ludzi swoją młodzieńczością i dobrze opanowanym grymasem twarzy; na tle zamkowych komnat, wśród gości reprezentujących zbiorową polską inteligencję wywoływał tylko współczucie. Chwilami chciało mi się wziąć pod rękę panią Dudową i z jej milą, budzącą zaufanie twarzą polskiej inteligentki – zamienić ją miejscami z mężem…
Lecha Wałęsy „bendem prezydentem” i „bendem bo muszem”, zabrzmiało na tym zamku romantycznie w porównaniu z Andrzeja Dudy cwaniackim „jak mi się nie uda, to będę tylko pięć lat”. Wałęsa trafił do tych komnat w czasach kultu ludowego trybuna, Dudę pociągnięto za marionetkowy sznurek w Polsce wyzwalającej się z kompleksów i wybijającej się na imponujący kraj zjednoczonej Europy.
Duda jest jej potrzebny jak rower rybie.
Marian Marzyński



I czym to sie rozni od „bula”, krzesla etc. ?
Tym, czym opinia krytyczna od kłamstwa, łapania za słówka i insynuacji, czyli ulubionego instrumentarium „niepokornego” parszywstwa.