Jerzy Łukaszewski: Mendace veritas

2015-08-16.

Ludzie starający się nadążyć za tempem współczesności, zabiegani, zaaferowani codziennymi sprawami, a do tego gustujący w rozrywkach tak perwersyjnych jak polityka, rzadko zastanawiają się, jak mogłoby wyglądać ich życie w zmienionych diametralnie warunkach. Wygląda to tak, jakby obcięto ogon ich wyobraźni, a ta twierdziła, że od zawsze zaczynała się od górnej nasady dolnych kończyn. Ona już nie umie obejrzeć się wstecz.

A przecież to nie takie trudne.

Wystarczy pomyśleć: nie mamy telewizora, telefonu, radia, internetu, samochodu, samolotu i wszystkich tych wymysłów szatana, które pozornie wynalezione dla naszej wygody tak naprawdę zniewalają nas odbierając wolę, rozsądek i co najgorsze – tę niezwykłą i rzadką już dziś przyjemność jaką jest kontakt z żywym człowiekiem. Nie ma czasu…nie ma czasu…

Jak mogłoby to wyglądać?

Wyobraźcie sobie: zima, śnieżyca, wiatr wyje jak stado dusz potępionych, niepokojące błyski w ciemnościach, wycie wilków po łozach wśród śnieżnych zasp, a to wszystko daleko od domu, wśród rozległych przestrzeni, przez które biegną drogi prowadzące nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd.

W przydrożnej gospodzie siedzą podróżni skazani na przymusowy przystanek, bo noc bywa niebezpieczna na szlakach.

Do rana daleko, coś trzeba zrobić z wolnym czasem. Przyćmione światło, ciepła, ale zaduchowata sala nie zachęca do snu…

Przy stole zapełnionym butelkami, szklankami i resztkami jedzenia siedzą przypadkowi współtowarzysze podróży. Między nimi pałęta się jakiś pies. Kot drzemie na piecu.

Nagle jeden z gości zaczyna opowiadać.

Słuchacze po chwili orientują się, że opowiada jakieś niestworzone rzeczy zrodzone z nadmiaru wyobraźni, ale nie przerywają.

Ponieważ opowiada zgrabnie, z wdziękiem i polotem, nie przeszkadza im niewielka wiarygodność fabuły. Forma daje tyle radości, że reszta przestaje być ważna. Słuchają, słuchają, potem wracają do domów i mówią co im się przydarzyło, opowieści z gospody powtarzane idą między ludzi, bawią nowe pokolenia, stają się klasyką i niedoścignionym wzorem towarzyskich biesiad.

Opowieści, które w przygodnym towarzystwie wychodziły naprzeciw potrzebom i opowiadającego i słuchających zaczynają żyć własnym życiem.

Tak wyglądało życie, które dało początek takim zjawiskom jak Karl Friedrich Hieronymus, baron von Münchhausen. Zjawiskom, bo postacie tego formatu nie trafiają się zbyt często.

Ktoś go jeszcze pamięta?

Urodził się 11 maja 1720 r. w Bodenwerder w Dolnej Sasksonii jako piąte z ośmiorga dzieci pułkownika Ottona von Münchhausena i jako taki nie mógł liczyć w przyszłości na wielki majątek. Osierocony przez ojca w 1733 roku udał się na służbę księcia Brunszwiku. W 1737 roku wyjechał do Rosji. Służył w wojsku rosyjskim podczas kampanii tureckiej, w 1744 roku witał Zofię von Anhalt-Zerbst, przyszłą Katarzynę II, kiedy przybyła do swej nowej ojczyzny. Ożenił się niezbyt szczęśliwie, późniejszy rozwód zrujnował go doszczętnie. Zmarł w tymże samym Boderwerder 22 lutego przeżywszy 77 lat (1797).

Od roku 1752 mieszkał stale w Bodenwerder, gdzie zasłynął z niesamowitych opowieści serwowanych sąsiadom, z którymi spędzał czas w ulubiony przez siebie sposób.

Opowieści miały takie wzięcie, że już w 1761 roku pojawiły się w wersji książkowej, w wydaniu anonimowym, następnie w 1781 aż wreszcie w 1785 wyszła książka Rudolfa Ericha Raspego, który umieścił w swym dziele najbardziej „klasyczne” opowieści sławnego już barona. Niektóre z nich znalazły się nawet w „Śmiesznym przewodniku po Berlinie” wydanym kilka lat później.

Baron ponoć był bardzo niezadowolony z publikacji. Twierdził, że został ośmieszony, że zhańbiono jego nazwisko i próbował nawet procesu. Obrońca Raspego wybronił klienta, twierdząc, że autor nie znał barona i nie wiedział, że jest to postać rzeczywista. Powoływał się przy tym na źródło, którym miało być anonimowe wydanie … polskie.

Od tej pory przygody barona błyskawicznie podbiły Europę. Pojawiały się w różnych krajach coraz to nowe wydania i … coraz to nowe opowieści, których autorem nie był już sam baron, lecz przedsiębiorczy wydawcy.

Traktowane były zresztą różnie. Także w Polsce. Jeszcze w XIX wieku jako znakomita zabawa, później zaczęły „czemuś służyć”. Nie zawsze zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem.

Mam w ręce polskie wydanie z 1951 roku. Jest to francuska wersja Teofila Gautiera (syna) w tłumaczeniu Julii Hartwig.

Wydawnictwo Książka i Wiedza zgodnie z duchem czasu poczuło się zobowiązane do zamieszczenia wstępu, w którym czytamy, że jest to „ostra satyra społeczno obyczajowa […] ośmieszająca obyczaje szlachty niemieckiej, uderza również w szlachtę innych krajów, która trwoni czas i pieniądze, wyszydza ograniczenie umysłowe i kosmopolityzm przedstawicieli tej klasy”.

Jeszcze zresztą w 1965 roku Julian Krzyżanowski w „Słowniku folkloru polskiego” uznawał przygody barona Münchhausena za „zbiór facecji łgarskich, zwłaszcza myśliwskich”. Znawca literatury nie docenił, moim zdaniem, tej pozycji i potraktował ją dość lekceważąco.

A przecież wystarczy to poczytać, by dostrzec, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż tylko z utworem „odsłaniającym schyłkowość i bankructwo moralne warstwy szlacheckiej” jak to chciało widzieć wydawnictwo KiW.

Zdumienie może budzić fakt, że literaturoznawcy nie zwrócili uwagi na formę, na styl i ujęcie poszczególnych tematów, które to elementy są w tej opowieści arcydziełem samym w sobie.

A to przecież właśnie, a nie co innego decydowało przez dziesiątki lat o jej popularności.

Niezrównana „logika” barona tłumaczącego szczegóły techniczne swych przygód jest tym, co bawiło kiedyś, bawi dziś, choć może już w mniejszej liczbie, szczególnie, że współcześni wydawcy uparli się zaliczać te pozycje do kategorii fantasy, co wg mnie świadczy o tym, że nigdy nie powinni zajmować się książkami.

 

Jak spuścić się z księżyca, gdy mamy sznur za krótki? To oczywiste – stopniowo odcinamy go z góry i przywiązujemy do dolnej części. Jak wyleźć z bagna? Nic prostszego – ciągniemy się za włosy i w ten sposób unikamy utonięcia. Jak zajrzeć do wnętrza wrogiej fortecy? Oczywiste – jadąc na armatniej kuli i w ten sam sposób wracając. Ktoś ma wątpliwości?

 

Te przykłady to najbardziej znana klasyka, ale książka zawiera setki innych, równie ciekawych i „oczywistych”.

Jest jeszcze jeden aspekt, który wydaje mi się istotny.

Te opowieści czytali ludzie. Jedni dla zabawy, inni czerpali z nich coś więcej.

Przygody barona musiały zapładniać wyobraźnię, szczególnie ludzi młodych, dla mnie to oczywiste.

W tych opowieściach nie było słowa „niemożliwe”, baron potrafił wszystko.

A tuż tuż, za progiem czaił się wiek XIX, wiek rewolucji technicznej, wiek w którym ludzie uwierzyli, że potrafią wszystko.

Między innymi urodzony w 1828 roku Julius Verne.

Czy mieli ze sobą coś wspólnego? Nie mam na to żadnych dowodów, ale jestem głęboko przekonany, że Verne był w młodości czytelnikiem przygód Münchhausena. Oczywiście, jako nieodrodne dziecko swej epoki oprawiał fabuły swych dzieł w argumentację zgodną z najnowszymi wynalazkami i zdobyczami nauki, a często twórczo rozwijał ich możliwości, ale zbyt wiele jest pomysłów jakby żywcem zaczerpniętych z przygód barona, bym mógł uznać to za przypadek.

Podróż na księżyc, przygody balonowe, podróż do wnętrza ziemi i in. to pomysły barona z XIX wieczną „obstawą” naukową. Bez trudu da się wyliczyć co najmniej kilkanaście tytułów Verne’a poruszających te same tematy co w opowieściach barona. Przypadek czy lektury z młodości, które głęboko utkwiły w sercu przyszłego pisarza?

Najważniejszy jest jednak klimat tych opowieści zrodzony z potrzeby dobrej zabawy, przyjaznego kontaktu z drugim człowiekiem i coś co doskonale ujął Okudżawa w swej „Gruzińskiej piosence”

Zaczyna się ciekawie:

„Udałem się do Rosji zimą, kierowany rozsądnym, jak mi się zdaje, przypuszczeniem, że drogi w północnych Niemczech, Polsce, Kurlandii i Inflantach, trudniejsze – zdaniem podróżników – do przebycia, niż drogi cnoty, poprawiają się nieco w porze mrozu i śniegów, bez żadnego uszczerbku dla skarbu owych państw.”

A potem jeszcze lepiej. Kiedy wzorem św. Marcina z Tours baron darowuje swój płaszcz biednemu, zziębniętemu człowiekowi, pan Bóg nie pozostaje obojętny i grzmi:

„ – Niech mnie diabli wezmą, mój synu, jeśli twój zacny czyn pozostanie bez nagrody!”

Czyż nie piękne? Takiego tekstu w usta pana Boga jeszcze chyba nikt nie wkładał.

Opowieść o tym, jak kamizelka uszyta ze skóry wściekłego psa pogryzła mu wszystkie ubrania w szafie świadczą nie tylko o nieokiełznanej wyobraźni, ale i o poczuciu humoru tyleż absurdalnego co w swym absurdzie konsekwentnego. Efekt rewelacyjny dla czytelnika/słuchacza.

Inny przykład. Wyruszył na polowanie z chartem (suką) i zdarzyło się, że gonił zajęczycę. Zajęczyca w biegu okociła się, to samo przydarzyło się suce.

„… zajączków przyszło na świat dokładnie tyle co szczeniąt. Zajączki poczęły instynktownie uciekać, szczenięta zaś poczęły gonić za nimi, ale pochwyciły je wreszcie, tak że z sześcioma psami i sześcioma zającami zakończyłem polowanie, które rozpocząłem z jednym psem i jednym zającem”.

Opowieściami Münchhausena bawili się wszyscy, także ilustratorzy jego przygód.

Słynny grafik Gustav Dorè tworząc rysunek popiersia barona zasugerował sygnaturą, że popiersie istnieje naprawdę i że jego twórcą jest słynny rzeźbiarz Antonio Canova (który oczywiście nic o sprawie nie wiedział). Czyż to nie po münchhausenowsku?

Dorè dodał herb złożony z elementów występujących w opowieściach plus „dewizę herbową” Mendace Veritas – Prawda jest w Kłamstwie – przewrotną, a doskonale oddającą filozofię tych utworów.

„W owym roku Europę nawiedziła taka fala chłodów, że nawet słońce nabawiło się odmrożeń, których ślady do dziś można dojrzeć na jego twarzy”.

„Co zaś tyczy trunków – wiadomo, że Mahomet zabrania wina swoim wyznawcom. Ale choć rzeczy tej nie praktykuje się jawnie, zdarza się jednak, że w tajemnicy ten i ów Turek, nie zważając na przepisy Koranu, potrafi nie gorzej, niż niemiecki prałat pociągnąć sobie z butelki”.

O zakochanej w nim carycy Katarzynie:

„Nie wiem czemu przypisać wrażenie, jakie wywieram na damach, ale muszę powiedzieć, że cesarzowa Rosji nie jest wyjątkiem wśród płci pięknej, która z wysokości trony nieraz ofiarowała mi rękę”.

I prosty argument dla niedowiarków( w opowieści o podróży na księżyc):

„… proszę tych, którzy mają wątpliwości co do prawdy mych słów, by udali się sami na księżyc i przekonali się, że pozostałem wierny prawdzie bardziej, niż jakikolwiek inny podróżnik”.

Szkoda, że dziś w zalewie Batmanów i innych Spidermanów, prostackich w porównaniu z baronem, jego opowieści są coraz mniej znane młodym ludziom.

Nie tylko zresztą młodym.

U mnie w domu czytają je wszyscy.

Może w natłoku bieżących zdarzeń zatrzymacie się Państwo na chwilkę, by podążyć śladem myśli barona von Münchhausena?

Za pozytywne efekty dla psychiki ręczę.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

9 komentarzy

  1. Magog 2015-08-16
  2. PIRS 2015-08-16
  3. slawek 2015-08-18
  4. A. Goryński 2015-08-19
  5. j.Luk 2015-08-19
  6. Monika Szwaja 2015-08-20
  7. j.Luk 2015-08-20
  8. Monika Szwaja 2015-08-20
  9. j.Luk 2015-08-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com