Marian Marzyński: Liczenie Chińczyków

marzynski 32015-08-28.

Na spacery Grażyna wymyśliła nowa zabawę: które z nas pierwsze zauważy na ulicy Chińczyka, dostanie punkt i dopisze do naszych dwóch list: jedna obejmuje liczbę Chińczyków spotkanych w czasie całego spaceru, druga – liczbę ich na konkretnych ulicach, pokazując rozmieszczenie geograficzne. Zabawa zabawą, ale my badamy poważne zjawisko socjoekonomiczne.

Nagły przypływ bogatych obywateli Chin do Nowego Jorku, Bostonu, San Francisco i kilka innych dużych miast jest nie tylko widoczny gołym okiem, ale zaczyna już kształtować rynek nieruchomości; w ostatnim cotygodniowym wykazie zakupionych w naszym mieście domów i mieszkań wśród czterdziestu nazwisk, czternaście jest chińskich.

Nabywcy milionowych nieruchomości, na ogół płacący w gotowce, to posiadacze amerykańskich wiz biznesowych: za wpłacenie do amerykańskiego banku kaucji w wysokości pół miliona dolarów otrzymuje się trzyletnią wizę na założenie biznesu.

Rodzina, która zatrzymała się w naszym BB (rodzice mają poniżej 30 lat), napisała w aplikacji wizowej, że ma zamiar produkować w Los Angeles aluminium, ale przyjechała do Bostonu i… nie ma zamiaru pracować. Ich celem jest posłanie 8-letniej córki do amerykańskiej szkoły (za takie szkoły w Chinach bogaci płacą kilkanaście tysięcy dolarów rocznie), oraz wyprodukowanie w okresie wizy tylu dzieci, ile się da (w Chinach mają prawo mieć tylko jedno, w lokalnych administracjach dwoje, jeżeli pierwsza urodziła się dziewczynka). Niezałożenie biznesu będzie ich kosztowca trzyletnie odsetki, około 50,000 dolarów, pół miliona wróci z nimi do Chin.

Biznesowi turyści nie mają nic wspólnego z emigracja. W Chinach jest im dobrze (nasz gość jest właścicielem trzech prywatnych szkol z językiem angielskim, ale tak marnym, że swojego dziecka by tam nie posłał); wygląda na to, że są dziećmi postkomunistycznych nowobogackich, a wnukami partyjnej nomenklatury.

Przyjeżdżają do miast, w których istnieje „Chinatown”, żeby tam pogadać po chińsku i zaopatrzyć się w towary, angielski jest im niepotrzebny, ale będzie konieczny ich dzieciom. W bostońskich chińskich restauracjach obsługują ich prawdziwi emigranci; najstarsi są tu już ponad pół wieku, ich dzieci przejmują biznesy, a wnuki uczą się profesji, bazą ekonomiczną tych rodzin są zakupione przez dziadków wielorodzinne domy, w których mieszkania wynajmują bostońscy studenci.

Gdy to piszę – ślinka mi leci na suszi; za rogiem jest mała restauracja, której właściciel i reszta załogi pochodzi z kilku przyległych do siebie miasteczek w południowych Chinach. Na pytanie czy chcieliby kiedyś wrócić do Chin, odpowiadają : – Zwariowałeś?

Marian Marzyński

lifeonmarz.com

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. j.Luk 2015-08-28
  2. Magog 2015-08-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com