Urszula Glensk: Podróże po Polsce

Lipa (2)2015-11-08.

[dropcap]K[/dropcap]arierę robi triumfalne hasło: „Polska się zmienia”. Żeby było pełne, trzeba byłoby za każdym razem dodać, że dzięki unijnej transfuzji i globalnemu postępowi technologicznemu.

Ortega y Gasset zauważył, że wyemancypowane masy mają przekonanie, że wszystko zawdzięczają własnej pracowitości i sile, i nie zdobywają się na refleksję, że korzystają z dokonań poprzednich pokoleń. Nawet jeśli z rezerwą traktować spostrzeżenie konserwatywnego filozofa, to jednak przypomina ono, że o sukcesach warto pomyśleć w różnych kontekstach. Refleksja bywa chłodząca. Może elektryfikacja była większą zmianą cywilizacyjną niż autostrady? A wprowadzenie kanalizacji? W 1931 roku w polskich miastach wodociągi miało zaledwie 16 procent domów, a kanalizację jeszcze mniej. Kiedy propaganda gierkowska głosiła, że Polska się zmienia, w pewnym sensie nie mijała się z prawdą.

Zaznaczam swój dystans do tromtadrackiego ogłaszania zmiany. Niemniej sama w nią trochę uwierzyłam i chciałam zobaczyć.

Przedwojenni dokumentaliści chętnie ogłaszali zbiory reportaży zatytułowane „Podróże po Polsce”. Jeździli i opisywali. Miejsce po miejscu. Mieli ułatwione zadanie, bo co mógł przedwojenny mieszkaniec Horodna wiedzieć o Częstochowie, czy osiedlu Montwiłła-Mireckiego w Łodzi? Dlatego wszystko, co Pruszyński zobaczył i zanotował miało swoją wartość. Co więcej – ma ją także współcześnie, bo pozwala wyobrazić sobie miniony świat. Ta forma opisowego reportażu stała się dziś anachroniczna, a tego typu relacje nie są potrzebne, bo styl życia został wyrównany – lokalni krawcy zostali zastąpieni globalnymi (pracują w Bangladeszu), a regionalną kuchnię wypierają koncerny żywieniowe. Ponadto dostępność informacji – słownej, obrazkowej, filmowej – pozwala na łatwe wyobrażenia sobie każdego zakątka kraju. Do istniejącego obrazu można dorzucić co najwyżej subiektywne wrażenia.

Częstochowa. Kiedy się wjeżdża do centrum samochodem, pierwszym kościołem, jaki łatwo zobaczyć jest dawna cerkiew. W roku 1918 została przekazana Kościołowi rzymskokatolickiemu, ale jej architektura od razu przypomina, że jesteśmy w dawnym zaborze rosyjskim. Cerkiew-kościół znajduje się mniej więcej w środku Alei Najświętszej Marii Panny, a to bardzo reprezentacyjne miejsce, nawet imponujące, jak na skalę urbanistyczną polskich miast. Szeroka ulica ma półtora kilometra długości, co w połączeniu ze wzniesieniem, na którym leży, daje efektowny widok. Jej zwieńczeniem jest słynny klasztor. Zanim jednak dojdzie się do wzgórza Paulinów, można zobaczyć spacerowy deptak miasta – odnowiony, obsadzony lipami. Ikona jasnogórska została namalowana właśnie na drewnie lipowym, z trzech zespolonych desek, co tłumaczy wybór gatunku drzew, którymi obsadzona została pryncypalna ulica miasta.

Stuletnie lipy stają się w środku puste, a drzewo i tak potrafi żyć nawet 400 lat – z tą pustką w środku. Stąd powiedzenie: „na lipę”, inaczej mówiąc: mebli nie będzie. Ale obraz już tak.

Między częstochowskimi lipami przechadzają się mieszkańcy, czasem pątnicy, ale wyraźnie widać, że deptak nie jest ich celem. Turystów niewielu. Dużo tu młodzieży i rodzin z małymi dziećmi, ale tylko takich, które nie boją się wydatków, bo pokusy konsumpcyjne trudno ominąć. Panuje tu podobna zasada, co na wszystkich tego typu deptakach – ludzie siedzą i jedzą, i spoglądają na tych, którzy chodzą. I odwrotnie. Ci, którzy flanują, patrzą na tych, którzy jedzą, a raczej piją. W tym sensie Aleje NMP nie różnią się od barcelońskiej Rambli, czy gdańskiego Długiego Targu. Z tym, że nad alejami w Częstochowie co jakiś czas rozchodzącą się śpiewy sakralne i kazania, wzmocnione i zniekształcone potężnym sprzętem nagłaśniającym. Zdaje się, że nie robi to na nikim wrażenia.

Piwo leje się tu hektolitrami. Na placu ratuszowym (Biegańskiego) w czynnej całą dobę budzie o siódmej rano można zobaczyć młodych mężczyzn. Niektórzy zaczynają biesiadę, inni jej jeszcze nie skończyli. Wyglądają jakby byli modelami „piwnej” sylwetki, która stała się w ostatnich latach wzorem narodowej urody. Już nie ogolone głowy, ale wielkie brzuchy. Coraz więcej młodych mężczyzn wygląda jakby połknęli piłkę plażową.

Mnóstwo tu również młodych kobiet na szpileczkach. Mają na sobie dużo złota. Przetarte złotem torby, złote sandałki, bluzki złote, złote klamry i klamerki złote. Całe w złocie jak Dziewica Jasnogórska. Wiele dziewcząt mogłoby natychmiast wejść na okładkę „Vogue’a”. Wszystko mają piękne – figury, włosy, biusty. Nie pytajcie, na ile guziczków zapinają swoje bluzeczki (powtórzę ostrzeżenie Jerzego Pilcha).

Widać też dużo ofiar pierwszego pokolenia dobrobytu – młodzieży dokarmianej przez babcie zaprawione w gotowaniu, które nagle mogły z łatwością podtykać ukochanemu wnuczkowi kulinarne dobra. Realizowały w ten sposób własną wizję dobrobytu. Statystycznie Polska nie jest liderem europejskiej otyłości (mieści się w środku rankingu tzw. epidemii otyłości), ale mieszkańcy bardziej dostatnich miast przypominają rozprzestrzenieniem ciała amerykańską prowincję lub Węgrów odpoczywających nad Balatonem (którzy zresztą zdobyli pierwsze miejsce w rankingu).

Łatwo dostrzec też przykrą zasadę: im bardziej pulchne dziecko, tym większego loda trzyma w ręku. Częstochowskie aleje są jak wektor miasta.

Pójdźmy na Jasną Górę. Prowadząca do niej, ostatnia część Alei pod koniec lipca zakwitła hortensjami w kolorze ecru. Nie lubię hortensji, ale te robiły wrażenie boskich. Wielkie kremowe kule cieszyły oko i budziły podziw dla ogrodnika (lub Ogrodnika).

Na placu klasztornym wszyscy się uwijają, choć nie bardzo wiadomo dlaczego. Dużo tu okienek, gdzie można zamówić intencje mszalne. Takie sakralne kioski. Siedzą w nich miłe siostry zakonne. Wszędzie też ładne donice z wypielęgnowanymi kwiatami. Cieszą oko.

Wśród pomników, którymi obrósł Klasztor Paulinów, zwraca uwagę postać kardynała Wyszyńskiego, a szczególnie postument z wyeksponowanym nazwiskiem fundatorów – rodziny multimilionera z Chicago Czesława Sawko. Ten pomnik wygląda jakby upamiętniał kardynała i Sawków równocześnie. O upamiętnienie na Jasnej Górze zabiega zresztą wiele osób. Cegły, z których zbudowana jest strzelista wieża klasztorna, popisane są inskrypcjami „Weronika 2004”, „Tu byłam – Kamila”, „Robert i Ewa. Szczecin”. Że też ich autorom ręka nie drgnie.

Z Częstochowy jest blisko do Radomska. To niegdysiejsza stolica guberni carskiej Nowyj Radomsk, później miejsce urodzenia Tadeusza Różewicza. Małe kamieniczki w Rynku robią przygnębiające wrażenie. Posępna, zdewastowana pustka. W tych domach mieszkali przed wojną Żydzi, prawie 10 tysięcy ludzi, 40 procent radomszczan. Stan zniszczenia i niezagospodarowania narzuca pytanie, czy przypadkiem mieszkańcy tego miasta do dziś nie mają lęku przed przeszłością tych domów.

Widać, że nikt nie dba o nie, zmieniają się w rudery. Podwórka zarośnięte i zaśmiecone. Jakby świadomość minionego paraliżowała. Inaczej niż w dużych miastach, gdzie napływ ludności powoduje szybsze zacieranie śladów. Kolejni lokatorzy nic nie wiedzą o sąsiadach, ani aktualnych, ani dawnych. Zasiedziała ludność ma jednak pamięć przeszłości. Kto mógł, wyprowadził się już z nieswoich domów. Zresztą mają niski standard i niewielką wartość.

płot z kirkutuW Radomsku czuje się jakby zapuszczenie pożydowskich zabudowań wynikało ze starotestamentowego: „nie będziesz brał żony bliźniego swego, ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Zdaje się, że silniejszy tu wpływ Biblii niż niemieckich porządków.

Nie znaczy to, że etniczne stereotypy przeminęły. Te dają o sobie znać. Czasami kompulsywnie – aktami wandalizmu. W ubiegłym roku dzięki fundacji Rachel Lei Kesselman stworzone zostało Otwarte Muzeum Żydowskie w Radomsku, którego idea polega na upamiętnieniu kilkunastu miejsc i umieszczeniu w chodniku tablic z informacją o ludziach, którzy tu kiedyś mieszkali.

W maju 2014 roku, zanim jeszcze symboliczne muzeum odsłonięto, tablice zostały roztrzaskane przez dwóch młodych mężczyzn. Policja ustaliła, że nie kierowali się „przyczynami ideowymi”. Zdołali roztrzaskać trzynaście granitowych tablic w centrum miasteczka. Pozostali mieszkańcy akurat spali i nikt nie mógł na czas wezwać policji? Komisariat leży kilkaset metrów dalej. Tytaniczna siła dwóch osiłków.

Tablice zrobiono drugi raz i wmontowano w bruk ponownie. Dzięki nim można teraz zobaczyć, że w jednej z kamieniczek urodził się José Ber Gelbardem, minister gospodarki Argentyny w czasach Perona, albo zobaczyć domy, niegdyś prywatne synagogi, m.in. Salomona Rabinowicza. Te tablice pozwalają przejść śladami ludzi, którym nie dane było przeżyć własnego życia, umierali w dzieciństwie, młodości, albo w sile wieku. Ber Gelbard uniknął tego losu, bo jego rodzice wyemigrowali w 1930 roku. Wyprowadził gospodarkę Argentyny na piąte miejsce w świecie. Wygłodzony świat jadł wtedy południowoamerykańską wołowinę.

Instytucjonalne muzeum w Radomsku – ładnie odnowione – było zamknięte, bez podania przyczyn.

50 kilometrów na południe od Częstochowy leży Lelów, ważne miejsce na symbolicznej mapie żydowskiej historii. Tu 200 lat temu żył cadyk Dawid Biderman. W latach 90. zlokalizowano miejsce jego pochówku i zbudowano ohel (grobowiec). Można wejść do środka. Na metalowym sarkofagu leżą karteczki z prośbami do cadyka zapisane po hebrajsku. Ich autorzy musieli mieć w szkole kaligrafię. Sformułowanie i napisanie własnej modlitwy wymaga refleksji. Kosztuje więcej emocjonalnego wysiłku niż powtarzanie modlitwy z pamięci.

Obok ohelu odtworzono synagogę. Po wojnie była w niej fabryka, na parterze stały tokarki, na piętrze kobiety wyrabiały świece. Starszy pan otwiera bóżnicę, opowiada z przejęciem i życzliwie, ale używa słowa „Żydek”. Język jest jak skamielina, trwa dłużej niż ci, którzy się nim posługują. „Żydek”… czy takie samo mamy upodobanie do określenia „Polaczek”?

Wokół senne, czyste miasteczko: w jednym z ogrodzeń fragment kraty z kirkutu; miła pani w aptece; postument z drewnianą rzeźbą Kazimierza Wielkiego – nadał osadzie utracone później prawa miejskie, był przyjazny Żydom, stąd jego przydomek „król chłopów i Żydów”. Do jego królowania też pasuje zdanie: Polska się zmienia.

Na murze wokół parafii w Lelowie można zobaczyć tablicę z nazwiskami 15 osób zamordowanych przez hitlerowców w pierwszych dniach września’39. Wśród nich byli Henryk Frymorgen (29 letni robotnik), Wendel Kohman (60 letni kupiec), Jankiel Masserman (35 letni szewc), Herszlik Rosenbaum (kupiec), Bezael Szwarc (kupiec). Zostali rozstrzelani z innymi mieszkańcami swojego miasta koło kościoła. Wymieniam tych, których nazwiska mówią, że wkrótce stracone zostały także ich rodziny.

Wykuta niedawno tablica unaocznia wspólną przeszłość jeszcze sprzed nazistowskiego podziału na Polaków i Żydów (45 procent przedwojennych mieszkańców).

Zamku w Bobolicach (jednej z budowli Kazimierza Wielkiego) nie miałam ochoty zwiedzać po przeczytaniu tablicy, że miejsce to zwiedzali gwiazdeczka Anja Rubik i futbolista Włodzimierz Lubański, a formacja skalna, datowana przez geologów na 100 milionów lat i tworząca coś w rodzaju bramy, prowadzącej do zamku, nazwana została Bramą Laseckich, czyli aktualnych właścicieli Bobolic (nazwę zatwierdziła rada gminy). Te szczyty megalomanii i celebryctwa wpisane w to miejsce całkowicie mnie zniechęciły do panującego tu stylu.

Jeśli już jesteśmy przy symbolicznym znaczeniu przestrzeni, to warto dodać, że w kolejnych miastach jury krakowsko-częstochowskiej i ziemi świętokrzyskiej dominują dwa rodzaje pomników – Kościuszki i Piłsudskiego. Pomniki Kościuszce, „ostatniemu rycerzowi – pierwszemu obywatelowi”, wystawiano w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Mit naczelnika Insurekcji kościuszkowskiej kultywował Piłsudski. W mniejszych miejscowościach pomniki te powstawały również po drugiej wojnie i te sprawiają wrażenie jakby stanęły na mocy rozporządzenia nowej władzy (zdaje się, że należało pośrednio uczcić dywizję Berlinga im. Tadeusza Kościuszki).

Seweryn Lorych mawiał: kościoły zwiedzam od zewnątrz, góry od dołu, a knajpy od wewnątrz. Ta strategia turystyczna nie jest pozbawiona sensu, zważywszy, że akurat kościoły można oglądać wszędzie. Są zadbane i otoczone ładną zielenią. W dziesiątej miejscowości można stracić chęć oglądania kolejnego barokowego ołtarza. Często kryją w sobie podobieństwo. Zmieniają się wizerunki świętych, ale kształty kolumn, czy typy gzymsów ujawniają warsztat tego samego artysty.

Budowle sakralne są najbardziej wyrazistą częścią polskiej urbanistyki. Inne przestrzenie symboliczne nikną w cieniu kościelnych wież i klasztornych zabudowań. Gdzieniegdzie skromny pomnik, zdradzający kontekst polityczny czasu, w którym został wzniesiony, albo granitowe tablice, mówiące o martyrologii lub księdzu dobroczyńcy. Za to w lokalnych przewodnikach turystycznych dużo głośnych haseł: Pińczów to „sarmackie Ateny”, a Solec Zdrój ma „najsilniejsze ujęcia solankowe na świecie”. Jeśliby wierzyć informacjom turystycznym, to wszystko co jest „największe”, „najstarsze” i „najwyższe” można znaleźć w powiecie, którego folder informacyjny ma się w ręku. Daruję jednak nieadekwatność stosowanych miar i porównań, bo we wszystkich punktach, w których dostawałam prospekty, były przyjemne panie, starające się najlepiej podpowiedzieć, co ciekawego można zobaczyć w okolicy. Sprawnie działające biura informacji turystycznej to osiągnięcie niemniejsze niż „orliki”.

Siemiatyczach dzięki temu, że trafiłam do takiego punktu, mogłam zobaczyć wystawę Józefa Charytona, malarza prymitywisty, który w latach 70. malował sceny z życia podlaskich Żydów. Jakby Chagall namalował wojnę.

W cieniu historycznej architektury można zobaczyć też nowe kolorowe place zabaw. Czasami zaprojektowane z pomysłem, jak ten w Bystrzycy Górnej, gdzie zbudowano „Trójkąt Pokoleń”. Na dużym trawniku między strumieniem a ulicą rozstawione są sprzęty do zabawy i rekreacji. Bez trudu odnajdą tu miejsce i przedszkolaki i emeryci, i młodzież.

Od sanktuarium do sanktuarium. Garbarka rzeczywiście wygląda jak na fotografiach Adama Bujaka. Nastrojowo tu i cmentarnie. Żal, że drewniana cerkiew została podpalona i doszczętnie zniszczona w 1990 roku. Sprawców nie znaleziono. W jej miejsce stanęła nowa, ale już bez ikon Jerzego Nowosielskiego i krokwi sięgających 1710 roku, gdy święta góra miała chronić mieszkańców Podlasia przed epidemią cholery. Ostatnie ognisko tej choroby na ziemiach polskich zanotowano w 1922 roku, ale święta góra Garbarka wciąż jest potrzebna.

Puszcza BialowieskaRóżne sanktuaria, różne moce, różni wyznawcy. Animiści nie potrzebują budowli, wystarczy im siła przyrody. Łatwą ją odnaleźć w Puszczy Białowieskiej. Paweł Jasienica pisał, że przed wojną były w niej ukryte takie osady, do których nie docierał żaden sekwestrator, urzędnik podatkowy. Dodawał, że w czasie okupacji tego terenu nie zdołali opanować Niemcy.

Puszcza po dwóch stronach granicy zajmuje 1500 kilometrów kwadratowych, tyle co Londyn. W Londynie mieszka 8,5 miliona ludzi, w Puszczy tylko zwierzęta. W lesie jakby nie było powietrza, tak lekko się tu oddycha. Żadne pojazdy spalinowe tam nie wjeżdżają, nic nie wywożą. Idealna biocenoza bez ingerencji człowieka. Powalone drzewa czekają na naturalny rozkład, wykroty pozostają nietknięte, widoki oszałamiają. Wiele z tych drzew wygląda tak mitycznie jakby sadziła je co najmniej Inana, mezopotamska bogini z miasta Uruk, która nadawała drzewom moc.

Historia przyrody jest historią długiego trwania, historia polityczna jest historią szybkiej zmiany. Puszcza Białowieska to miejsce łączące polskich monarchów i kacyków. Polował tu Władysław Jagiełło (jak twierdzi Długosz) i inni królowie, przyjeżdżał tu car Aleksander II i inni carowie, potem bywał tu prezydent Drugiej Rzeczpospolitej Ignacy Mościcki, potem Gomułka zapraszał na polowania Chruszczowa (w czasie jednego z takich spotkań spalił się zabytkowy drewniany pałacyk myśliwski). Sztandary się zmieniają, upodobania wodzów nie.

A sama Białowieża? Jest jedynym znanym mi miejscem w kraju, w którym panuje architektoniczny ład, a plastikowo-kolorowy kapitalizm nie przysłania świata. Nie widać też pań na złotych szpileczkach. Pięknie.

I to był cel tej podróży po Polsce.

Urszula Glensk

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. j.Luk 2015-11-08
  2. Magog 2015-11-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com